Earl_Grey_BlueFanatyk
0piorunówThai Handmade Shu Cha - Próbuję sięgnąć pamięcią, ale nie przypominam sobie żebym kiedyś pił herbatę z Tajlandii. Mimo tak herbacianych okolic, jak Indie od zachodu, Malezja od południa i przede wszystkim Chiny od północy Tajowie nie skupili się tak mocno na uprawie tej rośliny przedkładając soki i inne wywary ponad herbatę. Jak się myśli o Tajlandii i herbacie to pierwsze skojarzenie mam z Cha Yen. To popularna na ulicach zmrożona cejlonka z mlekiem i cukrem.
Sytuacja wygląda trochę inaczej w położonej na północy prowincji Chiang Rai. Król Tajlandii skorzystał z pomocy chińskich uchodźców, z Kuomintangu i rozporządził zmianę uprawy z opium na herbatę. Większość uprawy stanowią tajwańskie odmiany robione pod oolongi (chociażby Jin Xuan), ale starają się też produkować herbaty zielone, czy pu-erh.
Ja właśnie miałem okazję spróbować pu-erhowy eksperyment, bo w sumie ciężko sklasyfikować herbatę Shu Cha. Z jednej strony jest lekko fermentowana z drugiej nie jest to typowy pu-erh. Fermentuje się ją na szybko w wodzie, przez co traci gorycz, a liście mocno ciemnieją. W ogóle to zwróciłem uwagę na to, że niektóre są naprawdę duże, więc mimo, że herbata rzemieślnicza to ten przyśpieszony proces produkcji i większe liście stawiają te górskie społeczeństwa w pozycji leniuszków haha.
Sam susz praktycznie nie pachnie. Walory dopiero uaktywniają się po zaparzeniu i jest no... dziwnie. Aromat ziemisty i zapach mokrych ścian przy remoncie. Barwa całkiem fajna, pomarańcz przechodząca lekko w bursztyn. W smaku trochę ziemisto, trochę drzewnie, ale na szczęście nie aż tak tragicznie jak z Liu Bao. Nie wiem jak to ująć, ale czuć, że te liście były robione na szybko ;D Jest lekka cierpkość, troszkę słodyczy, ale wszystko jest takie wypłycone.
W styczniu jadę do Chiang Rai to może uda mi się trochę popróbować na miejscu i przekonać do ich lokalnych wyrobów 😉



























