Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#pasta

Gruba ryba

w Hydepark

34piorunów


Pełnia sezonu na grzyby to coroczny okres, kiedy to z pozoru normalni ludzie, zamieniają się w leśnych komandosów. O piątej rano, parking pod lasem wygląda jak ewakuacja miasta po katastrofie jądrowej. Ciemno, zimno, mgła, a z samochodów wysiadają ludzie w kaloszach i pelerynach, pędząc przed siebie w sina dal. Ludzie, którzy przez cały rok podjeżdżają samochodem 300 metrów do Żabki, nagle bez mrugnięcia okiem robią półmaraton po bagnach. Bo Polak nie idzie na grzyby. Polak idzie PO GRZYBY. To jest zasadnicza różnica. Jak zobaczy prawdziwka, to dostaje takiego przyspieszenia, że kolana, które od 2017 roku wymagają endoprotezy, nagle jakimś cudem odzyskują pełną sprawność. Rwa kulszowa ustępuje, dyskopatia się cofa, a ciśnienie 190/110 okazuje się wyłącznie sugestią. Najgorzej, kiedy w pobliżu pojawi się drugi grzybiarz. Wtedy nadchodzi czas na rozpoczęcie skomplikowanej gry terytorialnej. Niby „dzień dobry”, niby uśmiech, ale wzrok już leci do jego koszyka, a mózg analizuje lokalizację, z której przybył wróg. Mapy google to przy nich trzy osiedlowe stare baby, wyglądające przez firankę. Bo swoich miejsc grzybiarz oczywiście nie zdradza. Prędzej poda PIN do karty i nazwisko kochanki niż lokalizację polany z prawdziwkami. Po powrocie do domu z trzema wiadrami polski grzybiarz nie usiądzie odpocząć. O nie! Najpierw trzeba zrobić zdjęcie. Stół zawalony grzybami, opis:
Taki tam krótki spacerek po lesie ❤️🍄KRÓTKI SPACEREK. Co w prostym tłumaczeniu oznacza, że babcia zrobiła 19 kilometrów po mokradłach, przeskoczyła dwa rowy, przedarła się przez jeżyny i prawdopodobnie zagryzła konkurenta przy dorodnym koźlarzu. Wieczorem nie może wstać z fotela, ale już nastawia budzik na 4:30, bo podobno jutro ma padać…
Za to właśnie kocham sezon grzybowy.
Człowiek cały rok narzeka, że ledwo żyje. A potem wyrasta prawdziwek i okazuje się, że jednak symulował 🤷♀️

GURU1piorunów
Prędzej poda PIN do karty i nazwisko kochanki niż lokalizację polany z prawdziwkami.

Nom. Ja ostatnio czekałem aż sobie stara baba w czerwonym pójdzie zanim poszedłem w moje miejsce z kurkami. Żeby nie odkryła. 😛

@Fishery

które od 2017 roku wymagają endoprotezy

FUCK YOU w maju będą mi robić. 😛

ALE NA GRZYBY IDĘ KOOOHWA!

Pokaż więcej komentarzy (5)

Autorytet

w Hydepark

31piorunów

Jako, że nie wszyscy śledzą alkoinwestora na fb, a ostatni post się przyjął bardzo dobrze to lecimy z kolejnym.

Wczoraj dyrektor zwołał spotkanie całego działu.

Na ekranie wyświetlił slajd:

„MYŚL JAK WŁAŚCICIEL”.

Usiadłem bliżej.

Pierwszy raz od dawna nazwa spotkania sugerowała, że mogę z niego wyjść z czymś więcej niż dodatkowym zadaniem.

Wyjąłem długopis.

- Chciałbym, żebyśmy zmienili nasze podejście do pracy - zaczął dyrektor. - Nie możemy funkcjonować tak, że każdy patrzy tylko na swój zakres obowiązków.

Już mi się nie podobało.

Zakres obowiązków był jednym z moich ulubionych dokumentów.

Zaraz po powiadomieniu o wpłynięciu wynagrodzenia.

- Potrzebujemy właścicielskiego podejścia. Odpowiedzialności. Zaangażowania. Myślenia długoterminowego. Chciałbym, żeby każdy traktował tę firmę jak swoją.

Podniosłem rękę.

Dyrektor uśmiechnął się.

- Słucham.

- Kiedy dostaniemy udziały?

Uśmiech został.

Ale przestał się rozwijać.

- Nie o takich kwestiach teraz rozmawiamy.

- Przepraszam. Usłyszałem „jak swoją” i poszedłem w stronę własności.

- Chodzi o postawę.

- Czyli udziały nie?

- Nie.

Zapisałem.

Udziały: zero.

- Będzie jakiś udział w zysku?

- System premiowy na razie pozostaje bez zmian.

Dopisałem.

Dyrektor spojrzał na mój notes.

- Co ty tam zapisujesz?

- Warunki wejścia.

Dyrektor przeszedł do przykładu.

- Wyobraźcie sobie, że jest szesnasta, a ważny projekt nie został skończony. Osoba myśląca tylko jak pracownik zamyka komputer i wychodzi.

Bardzo dokładny opis mojego planu na dzisiejsze popołudnie.

- Natomiast właściciel zastanawia się, co może zrobić, żeby dowieźć temat.

- Bo ma udział w wyniku - powiedziałem.

- Bo czuje odpowiedzialność.

- Jedno nie wyklucza drugiego. Możemy mu zaproponować, żeby oddał udziały i został z samą odpowiedzialnością. Zobaczymy, o której wyjdzie.

- Naprawdę musisz sprowadzać wszystko do pieniędzy? - zapytał dyrektor.

Rozejrzałem się po sali.

Biuro.

Poniedziałek.

Dziewięć osób, które przyjechały tutaj zamiast zostać w domu.

- Wydaje mi się, że to dość istotny element naszej znajomości.

Pani z HR-u postanowiła pomóc.

- Chodzi o poczucie wpływu. Żeby pracownicy wiedzieli, że mogą realnie kształtować organizację.

To brzmiało już lepiej.

- Czyli będziemy mieć wpływ na podział zysku?

- Nie w tym sensie.

- Na obsadę zarządu?

- Też nie.

- Na wynagrodzenia?

- Możecie zgłaszać propozycje.

Mogłem również zgłosić propozycję obniżenia cen w sklepie.

Nie czyniło mnie to współwłaścicielem Biedronki.

Spojrzałem na notes.

Udziały: zero.

Nowe korzyści finansowe: zero.

Prawo do podejmowania decyzji: zero.

Dodatkowe zaangażowanie: bez podanego limitu.

Zrozumiałem ofertę.

Nie obraziłem się.

Gdybym mógł pozyskać dziewięć dodatkowych wieczorów za jedno zdanie na slajdzie, też sprawdziłbym zainteresowanie rynku.

Problem polegał na tym, że siedziałem po niewłaściwej stronie transakcji.

- To jest inwestycja w waszą przyszłość - powiedział dyrektor. - Jeżeli firma się rozwija, wszyscy na tym korzystają.

- Firma w zeszłym roku miała rekordowy wynik.

- Właśnie.

- A na rozmowie o podwyżce powiedział pan, że wynik firmy nie przekłada się automatycznie na moje wynagrodzenie.

Zapadła cisza.

Lubię pamiętać takie rzeczy.

Ludzie nie doceniają, ile można zaoszczędzić na dobrej pamięci.

Dyrektor odłożył pilota.

- Nie chciałbym, żebyśmy zmienili to spotkanie w negocjacje płacowe.

- Ja też nie. Na razie próbuję ustalić, kim jestem.

- Jesteś ważną częścią zespołu.

- Ale gdy trzeba zostać po godzinach, mam być właścicielem?

- Masz wykazać się odpowiedzialnością.

- A gdy pytam o zysk, wracam na etat?

Nie odpowiedział od razu.

- Proszę tylko doprecyzować, w których godzinach obowiązuje która rola. Nie chciałbym przez pomyłkę zachować się jak właściciel podczas wypłacania dywidendy.

Po spotkaniu dyrektor zatrzymał mnie przy drzwiach.

- Mogłeś nie robić tego przy wszystkich.

- Myślałem jak właściciel.

- To znaczy?

- Zanim zainwestuję dodatkowe zasoby, chcę wiedzieć, co dostanę w zamian.

Popatrzył na mnie.

Przez chwilę miałem nadzieję, że doceni tempo wdrożenia szkolenia.

- Po prostu rób dobrze swoją pracę - powiedział w końcu.

- W dotychczasowym zakresie?

- Tak.

- W dotychczasowych godzinach?

- Tak. Tylko skończmy już ten temat.

Zgodziłem się.

Nie należy przedłużać negocjacji po uzyskaniu korzystnych warunków.

O szesnastej zamknąłem komputer.

Projekt, o którym mówił dyrektor, rzeczywiście wymagał jeszcze pracy.

Zostawiłem informację, od czego zacznę rano.

Wychodząc, zobaczyłem go w gabinecie.

Nadal siedział.

Bardzo dobrze.

Powinien traktować firmę jak swoją.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Hydepark

26piorunów

Wczoraj ugotowałem pyszny obiad za pomocą Pyszne PL. Niektórzy uważają, że jak zamawiam z restauracji za pomocą Pyszne PL to nie jest gotowanie, ale zapominają że to jest tylko narzędzie, jak kiedyś internet czy młotek.

Gotowanie z Pyszne PL wcale nie jest tak łatwe jak się wydaje, bo potrzeba wybrać dobrą restaurację i jeszcze potrawę, trzeba wiele prób nim wyjdzie wymarzony posiłek.

Jasne, niektórzy uważają że to nie gotowanie, bo wystarczy kliknąć i już jedzenie gotowe, ale research, odpowiednie parametry, kategorie i opinie o restauracji, cały ten meal engineering, same się nie zrobią.

Mądrale uważają to za nieetyczne i szkodliwe, po tym co Pyszne PL zrobiło kurierom, ale nie wszyscy przecież mają talent do gotowania i urodzili się bez umiejętności gotowania, a dzięki temu narzędziu osoby bez talentu mogą naprawdę gotować. Hejtowanie nazywania tego narzędziem jest ableizmem.

Osobistość1piorunów

Potrzebuje takiej pasty o twitterowych/x krzykaczach ktorzy uwazaja, ze siedzą w sejmie. A jeszcze warto o youtuberach, ktorzy czują sie jak ksiądz na ambonie albo jezus na górze podczas uczenia xD

Autorytet

w Hydepark

217piorunów

W zeszłym tygodniu wpadła do nas koleżanka żony.

Tylko na chwilę.

Została dwie godziny.

Po pierwszej szklance wody powiedziała, że kupiła robot gotujący za siedem tysięcy złotych.

Od razu wiedziałem, że tę znajomość trzeba będzie stopniowo wygaszać.

- Jest fantastyczny - mówiła. - Gotuje, waży, sieka, miesza. Oszczędzam mnóstwo czasu.

Kilka dni później żona wysłała mi rolkę.

Kobieta wrzucała warzywa do urządzenia, naciskała ekran i po chwili miała zupę.

Na początku zastosowałem strategię pasywną.

Nie reagowałem.

Większość impulsów konsumpcyjnych, jeżeli nie dostarcza się im uwagi ani kapitału, z czasem wygasa.

Wieczorem przeczytałem wszystko.

Cena.

Funkcje.

Koszty serwisu.

Darmowy pokaz.

Następnego dnia powiedziałem żonie:

- Umów pokaz.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.

- Ty chcesz obejrzeć robot za siedem tysięcy?

- Chcę rzetelnie ocenić produkt.

Przed spotkaniem sprawdziłem wszystko jeszcze raz.

Warunki.

Przebieg pokazu.

Najczęściej przygotowywane potrawy.

Opinie ludzi, którzy nie kupili.

Nie znalazłem żadnego punktu mówiącego, że po zjedzeniu zupy przechodzi na nas obowiązek zapłaty siedmiu tysięcy złotych.

To mi wystarczyło.

Przedstawicielka przyszła w czwartek o siedemnastej.

Punktualnie.

To doceniam.

Przywiozła urządzenie, torby z produktami i bardzo dużo entuzjazmu człowieka, który zarabia tylko wtedy, kiedy ktoś inny wyda siedem tysięcy.

- Na początek chciałabym poznać państwa potrzeby - powiedziała.

- Chcemy zjeść coś ciepłego - odpowiedziałem.

Żona spojrzała na mnie.

- Chodzi o potrzeby związane z gotowaniem - doprecyzowała przedstawicielka.

- Gotujemy codziennie - powiedziała żona. - Ale przydałoby się coś, co oszczędza czas.

Przedstawicielka uśmiechnęła się.

Miała punkt zaczepienia.

- Właśnie po to jest ten robot. Oszczędza czas, pieniądze i miejsce w kuchni.

Najpierw zaczęliśmy robić zupę.

Później ciasto na bułki.

Następnie pastę warzywną.

Na końcu deser.

Musiałem przyznać, że urządzenie działało sprawnie.

Ważyło.

Mieszało.

Gotowało.

- Proszę zobaczyć. Dzięki temu robotowi wiele rodzin przestaje zamawiać jedzenie – powiedziała przedstawicielka.

- Nie zamawiamy – odpowiedziałem.

- Rzadziej chodzi do restauracji.

- Nie chodzimy.

- Rezygnuje z gotowych dań.

- Nie kupujemy.

Jedliśmy dalej.

Zupa była dobra.

Bułki również.

Wziąłem dokładkę pasty.

Przedstawicielka obserwowała mnie i najwyraźniej uznała apetyt za sygnał zakupowy.

To był błąd.

Pozytywna ocena produktu spożywczego nie oznacza akceptacji urządzenia, które go przygotowało.

Lubię chleb.

Nie oznacza to, że chcę kupić piekarnię.

Po deserze przedstawicielka usiadła naprzeciwko nas.

- I jak wrażenia?

- Bardzo mi się podobało - powiedziała żona.

Przedstawicielka spojrzała na mnie.

- Jedzenie było poprawnie przygotowane.

Nie była to odpowiedź, na którą liczyła, ale trudno było ją podważyć.

- Tak się składa - powiedziała - że mam jeszcze jedną fabrycznie nową sztukę w samochodzie. Mogliby państwo mieć robota już dzisiaj.

Klasyczna presja dostępności.

- Nie jesteśmy zainteresowani zakupem - powiedziałem.

Przedstawicielka nadal się uśmiechała.

- Rozumiem. Chociaż warto pamiętać, że można skorzystać z rat zero procent.

- Cena nadal wynosi prawie siedem tysięcy.

- Ale płatność rozkłada się na wygodne miesięczne raty.

- Pokrojenie wydatku na mniejsze kawałki nie zmniejsza wydatku.

Przedstawicielka zmieniła kierunek.

- Proszę pomyśleć o czasie, który państwo odzyskają.

- Ile godzin miesięcznie urządzenie nam zaoszczędzi?

- Każda rodzina korzysta inaczej.

- Czyli nie znamy liczby, ale mamy już wycenę.

Żona wzięła głęboki oddech.

Przedstawicielka spróbowała odwołać się do emocji.

- Nie wszystko musi się zwracać. Czasem warto zapłacić za komfort.

- Od czterdziestu minut tłumaczy pani, że urządzenie oszczędza pieniądze.

- Bo oszczędza.

- Ale kiedy proszę o wyliczenia, okazuje się, że nie wszystko musi się zwracać.

Na chwilę zapadła cisza.

Wiedziałem, że jesteśmy blisko końca.

- Większość osób po pokazie decyduje się na zakup - powiedziała.

Dowód społeczny.

Późna faza procesu sprzedażowego.

- Większość ludzi nie inwestuje regularnie, wymienia sprawne telefony i wybiera samochód na podstawie wysokości raty - odpowiedziałem. - Nie używam większości jako wskaźnika jakości decyzji finansowej.

Przedstawicielka spojrzała na żonę.

- A pani co o tym myśli?

Sprytne.

Próba rozdzielenia komitetu zakupowego.

Żona spojrzała na robota.

Potem na mnie.

- Bardzo mi się podoba - powiedziała. - Ale na razie nie kupimy.

Przedstawicielka zaczęła pakować urządzenie.

Powoli.

Bez wcześniejszego entuzjazmu.

Na koniec wręczyła żonie wizytówkę.

- Proszę się odezwać, gdyby zmienili państwo zdanie.

- Oczywiście - powiedziała żona.

Zamknęły się drzwi.

Przez chwilę staliśmy w kuchni.

Na blacie zostały dwie bułki, pół pojemnika pasty i porcja deseru.

Pełny sukces.

Żona odwróciła się do mnie.

- Ty od początku nie zamierzałeś tego kupić.

- Od początku zamierzałem uczciwie ocenić produkt.

Wyjąłem telefon

Otworzyłem arkusz i pokazałem go żonie.

Na ekranie widniał tytuł:

„Przedstawiciele Thermomix - baza kontaktów i potencjalne menu”.

Siedemnaście nazwisk.

Numery telefonów.

Obszary działania.

Przy niektórych dopiski:

„robi pizzę”,

„specjalizacja: pieczywo”,

„na pokazach podobno risotto”,

„możliwy deser lodowy”.

Żona patrzyła na ekran.

- Co to jest?

- Znalazłem przedstawicieli w promieniu trzydziestu kilometrów.

- Po co?

- Każdy oferuje darmowy pokaz.

- Nie będziemy umawiać siedemnastu pokazów.

- Oczywiście, że nie.

Odetchnęła.

- Nie ma sensu organizować ich wszystkich od razu. Rozłożyłem je na kilka miesięcy, żeby zachować różnorodność menu - doprecyzowałem.

- Ty chcesz ciągać tutaj tych biednych ludzi, wiedząc, że niczego nie kupisz?

- Każdy przedstawiciel dostanie równe szanse przekonania mnie.

- Nikt cię nie przekona.

- W takim razie podejmiemy bardzo dobrze udokumentowaną decyzję zakupową.

Przesunąłem arkusz w dół.

Na końcu była symulacja.

Liczba pokazów.

Średnia liczba porcji.

Szacunkowa wartość produktów.

Oszczędność na kolacjach.

Żona zamknęła oczy.

- Zarezerwuj sobie czwartek. Zabieram Cię do Włoch. A raczej Pani Monika nas zabierze. Focaccia, krem pomidorowy i lody - powiedziałem.

Żona nic nie odpowiedziała.

Schowałem pozostałe bułki do pojemnika.

Thermomix faktycznie może oszczędzać pieniądze.

Trzeba tylko bardzo uważać, żeby go nie kupić.

Gruba ryba1piorunów

Ta pasta idealnie pokazuje typ ludzi, których w życiu unikam za wszęlką cenę :slightly_smiling_face:

Pokaż więcej komentarzy (15)

Koneser

w Dyskusje

108piorunów

Drugiego dnia szkoły zadzwoniła wychowawczyni mojego syna.

Godzina 10:43.

Nie lubię telefonów ze szkoły przed południem.

O tej porze placówka edukacyjna powinna przekazywać dziecku wiedzę, a nie generować zadania operacyjne dla rodzica.

- Czy może pan dzisiaj przyjść na rozmowę? - zapytała.

- W jakiej sprawie?

- Chodzi o zachowanie pańskiego syna na lekcji.

- Co zrobił?

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

- Wolałabym porozmawiać osobiście.

Nie lubię takich odpowiedzi.

- Czy sprawa jest pilna?

- Kilkoro dzieci płakało.

Odłożyłem długopis.

- Czy syn kogoś uderzył?

- Nie.

- Obraził?

- To zależy, jak rozumiemy obrażanie.

Czyli nie.

Pojechałem.

Wychowawczyni czekała w sali.

Syn siedział obok.

Spokojny.

Ręce na kolanach.

Przed nim leżała kartka w kratkę pokryta liczbami.

Usiadłem.

- Co się wydarzyło?

Pani westchnęła.

- Dzisiaj dzieci rozmawiały o wakacjach. Jedni byli w Hiszpanii, inni w Grecji, ktoś w Turcji, ktoś na Malediwach...

Klasyczny błąd.

Pierwszy tydzień szkoły.

Zamiast od razu wejść w matematykę, język polski i nauki przyrodnicze, nauczyciele uruchamiają dzieciom publiczny przegląd statusu majątkowego rodziców.

- I kilkoro dzieci zaczęło się śmiać z pana syna, że on nigdzie nie był za granicą.

Spojrzałem na niego.

- Śmiali się?

Syn wzruszył ramionami.

- Trochę.

- Co im odpowiedziałeś?

- Najpierw nic.

Dobrze.

Nie należy reagować na pierwszą rynkową prowokację.

- A później?

- Potem zapytałem jednego chłopaka, ile kosztował ich wyjazd do Grecji.

Wychowawczyni zamknęła oczy.

Jakby już znała dalszy ciąg i nadal nie potrafiła go zaakceptować.

- Powiedział, że nie wie, więc zapytałem, ile osób, czy na własną rękę i ile mieli posiłków. Podał mi wszystkie dane, a ja oszacowałem koszt.

Popatrzyłem na kartkę.

Na górze widniał napis:

„Niewykorzystany potencjał kapitałowy klasy”.

Poniżej tabela.

Kraj.

Liczba osób.

Liczba dzieci.

Szacowany koszt jednego wyjazdu.

Częstotliwość.

Hipotetyczna wartość inwestycji.

Musiałem przyznać, że układ dokumentu był przejrzysty.

Brakowało tylko źródeł danych i daty sporządzenia.

- Przyjąłem, że taki wyjazd kosztował około czternastu tysięcy złotych - wyjaśnił syn.

- I powiedziałeś to koledze? - zapytała wychowawczyni.

- Najpierw zapytałem, czy jeżdżą tak co roku.

- I co odpowiedział?

- Że prawie co roku.

- Co znaczy „prawie”? - wtrąciłem.

- Dlatego dopytałem.

Spojrzał na swoją kartkę.

- Siedem razy w ciągu ostatnich ośmiu lat.

- Następnie założyłem, że zamiast wydawać czternaście tysięcy rocznie, rodzice mogliby inwestować te pieniądze w szeroki ETF - kontynuował. - Przy założonej średniej stopie zwrotu wartość portfela wynosiłaby dzisiaj około stu trzydziestu tysięcy złotych.

- Jakiej stopy użyłeś?

- Osiem procent.

Zmarszczyłem brwi.

- Po podatku?

- Nie.

- Następnym razem zaznacz założenia.

- Dobrze.

Wychowawczyni spytała się:

- Czy pan uczy syna takich rzeczy?

- Uczę go, że każda decyzja ma koszt alternatywny.

Pani zacisnęła usta.

- Pan uważa, że to jest w porządku?

Zastanowiłem się.

- Zależy, co powiedział później.

- Powiedziałem, że jeżeli ktoś co roku wydaje kilkanaście tysięcy na wakacje, a potem mówi dziecku, że nie ma pieniędzy na mieszkanie na start albo edukację, to nie jest problem dochodów, tylko alokacji kapitału – odpowiedział syn.

Pani uniosła głowę.

- Właśnie o tym mówię.

- Ale to jest prawda - powiedział młody.

- Nie chodzi o to, czy to jest prawda!

Syn spojrzał na mnie.

Ja spojrzałem na niego.

To było jedno z tych zdań, po których człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego edukacja finansowa w Polsce wygląda tak, jak wygląda.

Pani próbowała tłumaczyć:

- Dzieci mają prawo opowiadać o wakacjach. Nie powinieneś ich zawstydzać.

- Ja ich nie zawstydzałem.

- Powiedziałeś Mai, że jej rodzice „sprzedali 30 lat procentu składanego za zdjęcie z palmą”. Ona zaczęła płakać.

- Bo zrozumiała procent składany.

- Nie. Zaczęła płakać, bo powiedziałeś jej, że rodzice zabrali jej sto czterdzieści tysięcy złotych.

Musiałem interweniować.

- Proszę pani, oczywiście rozumiem, że forma mogła być zbyt bezpośrednia.

Syn spojrzał na mnie zaskoczony.

Podniosłem lekko rękę.

Jeszcze nie skończyłem.

- Ale nie możemy też udawać, że decyzje konsumpcyjne nie mają kosztu alternatywnego tylko dlatego, że robimy je w lipcu.

Pani patrzyła na mnie nieruchomo.

- Ja naprawdę nie chcę teraz prowadzić rozmowy o inwestowaniu.

- Ja też nie.

Wychowawczyni westchnęła.

- Chcę, żeby pański syn przeprosił klasę.

Spojrzałem na niego.

On spojrzał na mnie.

- Za co konkretnie ma przeprosić? - zapytałem.

- Za ocenianie rodziców innych dzieci.

Syn się wtrącił:

- Ale nie oceniałem wszystkich negatywnie.

Przesunął palcem po tabeli.

- Rodzice jednej dziewczynki pojechali pod namiot w Polsce. Koszt był niski, byli razem przez dwa tygodnie, a ona nauczyła się pływać kajakiem. Zaznaczyłem ich jako efektywnych kosztowo.

Nauczycielka była już zrezygnowana i powiedziała tylko:

- Proszę z nim porozmawiać.

Kiedy wyszliśmy na korytarz, syn zapytał:

- Mam ich przeprosić?

Spojrzałem na niego.

- Za to, że nie przedstawiłeś dokładnych założeń.

- A za resztę?

- Nie.

Skinął głową.

- A jutro mogę im pokazać, ile kosztują coroczne wakacje przez dziesięć lat przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w kilku wariantach?

Zastanowiłem się.

- Możesz.

Przerwa.

- Ale uwzględnij inflację.

Pokaż więcej komentarzy (13)

Lider

w Wybierz Społeczność

28piorunów

Był sobie raz facet, który był zapalonym wędkarzem. Pewnego dnia dowiedział się o fantastycznym wprost miejscu, małym jeziorku w lesie, gdzie ogromne ryby niemalże same wskakują na haczyk. Nie mógł się już doczekać weekendu, zakombinował w pracy, pozamieniał się na dyżury, nastawił budzik na 4 rano, po długiej podróży odnalazł małe jeziorko w lesie, rozstawił wędki i czekał...

Minęła godzina - nic... Druga - nic... po trzech godzinach wreszcie spławik drgnął. Wędkarz szarpnął, patrzy, a tam ogromne, nadziane na haczyk gówno. Zaklął szpetnie i zauważył, że z tyłu ktoś za nim stoi. Był to miejscowy. Wędkarz, wściekły i zawiedziony, zawołał:

- Panie, skąd się tu wzięło to gówno?!

Mężczyzna stojący za nim podszedł bliżej, usiadł obok niego i w zadumie wpatrzył się w spokojną taflę jeziora.

- A bo wie pan, z tym jeziorkiem związana jest pewna bardzo smutna historia. Otóż niech pan sobie wyobrazi, przed 1 wojną światową tutaj, w tej wiosce opodal, żył młody chłopak i piękna dziewczyna, kochali się niesamowicie. To jeziorko było ich ulubionym miejscem spotkań, umawiali się tu na spacery i romantyczne schadzki. Ale niebawem wybuchła wojna. Chłopaka wzięli do wojska. Przez cały czas wysyłał listy do swojej ukochanej, a ona codziennie przychodziła nad to jeziorko wspominać wspólne chwile. Ale po jakimś czasie nadeszła wiadomość że on zginął na froncie. Dziewczyna nie mogła sobie wyobrazić życia bez niego. Jeszcze tego samego dnia przyszła nad jezioro i z rozpaczy odebrała sobie życie.

- Niesamowite - odparł wędkarz.

- Ale to jeszcze nie koniec, proszę pana! Otóż po wojnie okazało się, że nastąpiła pomyłka, chłopak przeżył, był tylko ranny. Kiedy wyzdrowiał, natychmiast wrócił tutaj, żeby spotkać się ze swoją ukochaną. Ale kiedy dowiedział o tym, co się stało, przyszedł tu, w to miejsce na którym pan siedzi, i z żalu i wielkiej miłości również się utopił!

- To naprawdę bardzo smutna historia - przyznał wędkarz - no ale co z tym gównem?

- A nie wiem, ktoś pewnie nasrał.

GURU

w Hydepark

22piorunów

K⁎⁎wa, kto narzędzia kupował, ten się w cyrku nie śmieje XD

Szukam narzędzi za jakieś łączne 5k PLN i teraz najlepsze.

Wchodzę na Allegro i widzę spoko cenę na piłę, ale chujową na wyżynarkę, bo u innego sprzedawcy jest stówę taniej.

Wchodzę na strony obu tych sprzedawców. U jednego na stronie drożej, u drugiego jeszcze taniej niż na Allegro. Zaczynam kompletować koszyk i nagle widzę, że szyny, torby i łączniki mają drożej niż na Allegro, łącznie o jakieś 8 dych.

NO K⁎⁎WA MAĆ.

Klikam dalej i trzeci sprzedawca ma jeszcze 5 dych taniej, ale oczywiście tylko szynę metrową, bo jest promka. Szyna 1,5 m już u kogoś innego. Łączniki z kolei 3 dychy taniej u jeszcze innego.

Więc szukam odkurzacza i k⁎⁎wa rozstrzał cenowy 500 zł.

To wchodzę na OLX i szukam używek, bo już mnie c⁎⁎j strzela. Jeden nie wysyła, tylko odbiór osobisty. Drugi ma rezerwację. Trzeci już sprzedał, ale oczywiście zapomniał usunąć ogłoszenia.

Wracam na Allegro.

Myślę sobie: C⁎⁎J, zobaczę na Amazonie. Mają fajny system zwrotów, jak coś się zjebie, to przynajmniej nie będę się pi⁎⁎⁎⁎lił z reklamacją.

No i fajnie. Cena dobra, pierwsze, drugie, trzecie do koszyka.

A tam PIŁA Z DOSTAWĄ NA 23 LUTEGO 2027 XDDDDDD

CO DO K⁎⁎WY.

Wracamy do punktu wyjścia.

Zaczynam kombinować: a gdyby tak zamówić wszystko u różnych sprzedawców? Niby spoko, ale weź potem reklamuj pięć rzeczy w pięciu różnych miejscach, jak coś się zjebie.

No to może lepiej wszystko na Allegro, nawet jeśli u różnych sprzedawców. Tylko wtedy wychodzi mi jakieś 5 stów drożej na całym zestawie.

I tak właśnie od dwóch godzin próbuję kupić kilka elektronarzędzi.

K⁎⁎WA, JA TYLKO CHCIAŁEM KUPIĆ NARZĘDZIA.

i chyba troche

Wirtuoz0piorunów

jaka jest szansa, że 5 rzeczy Ci się zje..., bierz u różnych, wyjdzie najtaniej.

@edit albo dzwoń do sklepu co było taniej niż na allegro i gadaj, że duże zakupy i jakiś rabat byś chciał.

Autorytet0piorunów

Jak biorę narzędzia (i nie tylko) z Allegro, to mając "smart" nie patrzę czy dany sprzedawca ma wiertarkę i szlifierkę najtaniej, tylko zamawiam najtańsze (ale też sprawdzam opinie o sprzedawcy) osobno, bo wysyłka gratis, a mi wisi czy to będzie w jednej paczce, czy w kilku osobnych.

Pokaż więcej komentarzy (11)

Lider

w Heheszki

10piorunów

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że hiszpańskie rozgrywki Copa del Rey wcale nie są nazwane na cześć żadnego króla. To skrzętnie skrywana prawda: chodzi oczywiście o Lanę Del Rey.

Lana Del Rey zasłynęła na całym świecie dzięki utworowi „Trochę jak Lana Del Rey” autorstwa Quebonafide, a hiszpańscy działacze, zachwyceni jej międzynarodową sławą, postanowili uczcić ją w najbardziej hiszpański możliwy sposób — organizując turniej piłkarski. Dlatego „Copa del Rey” oznacza tak naprawdę „Puchar Lany Del Rey”. „Del Rey” zostało zachowane, żeby nikt się nie zorientował.

Dowodem jest oczywiście fakt, że finał odbywa się raz w roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy hiszpańska federacja musi sprawdzić, czy Lana nadal jest wystarczająco sławna.

I tak oto przez lata miliony ludzi oglądały Copa del Rey, nie mając pojęcia, że tak naprawdę uczestniczą w największym hołdzie dla Lany Del Rey w historii europejskiego futbolu.Prawda była cały czas przed nami. Wystarczyło tylko połączyć kropki.

Mocarz

w Hydepark

63piorunów

Witam wszystkich... Poszukuję osób które zostały oszukane przez @cweliat na tagu . Wierząc w jego przemowy, uwierzyłem że po tygodniu schudnę i zmniejszę obwód w pępku. Biegałem, spacerowałem, jadłem twaróg i kebaby... Robiłem to wszystko, zbierając resztki sił i silnej woli, które miały iść na moją wymarzoną sylwetkę. Jestem łącznie tylko 0,6 kg na minusie... Jestem na ten moment ze 3 cm w obwodzie pępka w plecy... A teraz do sedna, poszukuję osób które dały się naciągnąć temu oszustowi tak jak ja. Proszę również o wszelkie informacje o nim na pw... Będę szykował pozew zbiorowy przeciwko temu sku... Proszę o jak największy odzew... Im więcej osób dołączy do pozwu, tym lepiej...

Wyniki 08.08 (w nawiasach zmiana od poprzedniego tygodnia):

Waga: 105,6 kg (-0,6 kg)

Bebzon: 117 cm (-3 cm)

Dodatkowo:

Ciśnienie: 135/86 (było 137/89)

Kroki: średnio na dzień 11946

Zjedzony twaróg: 751 g

Ranga na hejto: Gwiazdor (+2 od zeszłego tygodnia)

Not great, not terrible…

Dawać tuczniki! Nie poddajemy się! Cała nasza masą atakujemy!

Pokaż więcej komentarzy (3)

Lider

w Jedzenie

37piorunów

Makaronik po bolońsku

Gruba ryba4piorunów

Ciekawostka: chciałem zjeść makaron po bolońsku w Bolonii i nigdzie nie mogłem znaleźć. U nich to się nazywa ogólnie ragu.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Lider

w Jedzenie

27piorunów

GURU1piorunów

@WujekAlien a konkretnie co to

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Hydepark

95piorunów

Mało kto wie, że gdy w 1975 r. FSO próbowało wejść na rynek amerykański, to wykupiło pakiet reklam podczas imprez sportowych, m. in. meczów koszykówki i hokeja. Firma, która to załatwiała, zażyczyła sobie płatności z góry w dolarach. FSO chcąc niechcąc zapłaciło, a potem cała koncepcja eksportu 125p do USA się wywaliła, więc reklamy nie zostały wyemitowane.

Jednak jak się okazało, zamówienie nie zostało nigdy anulowane, a że było opłacone, to syndyk masy upadłościowej FSO w 2012 r.upomniał się o zwrot pieniędzy. Firma od reklamy odmówiła, więc sprawa poszła do sądu, jest to znana sprawa FSO v. Szuchman & Rotsztajn. Sprawa ciągnęła się bardzo długo, ale wreszcie w 2025 r. sąd wydał wyrok: pieniędzy zwracać nie trzeba, jednak skoro reklamy zostały wykupione, to muszą zostać wyemitowane. Jeśli firma Sz & R by ich nie wyemitowała, musiałaby zwrócić FSO S.A. kwotę 2,137 mln dolarów.

I dlatego podczas mundialu na ekranach wokół murawy wyświetla się logo FSO.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fenomen

w Sport

80piorunów

TO NIE MOJA PASTA!!!

Zajumałem z FB, bo mnie rozśmieszyła, źródło na dole:

Moi drodzy Amerykanie.

Właśnie obejrzałem mecz. Wszyscy go oglądaliśmy. I powiem wam jedno: to był największy przekręt w historii futbolu. Większy niż wszystkie razem wzięte. Uwierzcie mi.

Mówią, że Belgia wygrała 4:1. Naprawdę? Ja widziałem zupełnie inny mecz. Moi ludzie widzieli inny mecz. Miliony patriotów widziały inny mecz. Tak naprawdę to Stany Zjednoczone wygrały. Ile? Wciąż liczymy.

Każda belgijska bramka była podejrzana. Bardzo podejrzana. Sprawdzimy to. Słyszałem, że ci ludzie są tutaj nielegalnie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Belgowie? Lubię ich. Naprawdę. Ale muszą przestać kraść gole. To nie jest w porządku. Nie można przyjechać do Ameryki, zdobyć czterech bramek i udawać, że wszystko jest w porządku.

Dlatego podpisuję dziś rozporządzenie wykonawcze. Wynik zostaje odwrócony. Oficjalny rezultat brzmi: USA 4, Belgia 1. Jeśli komuś się to nie podoba… cóż, nie powinien był strzelać do Ameryki. Nikt, powtarzam, nikt nie będzie tak robił. Ostrzegam innych. To lekcja dla świata.

FIFA będzie musiała to zaakceptować. Nie mają wyboru. Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Najlepszymi ludźmi. Wszyscy mówią: „Panie Prezydencie, to najbardziej sprawiedliwy wynik, jaki kiedykolwiek widzieliśmy”.

A Belgii radzę jedno. Skupcie się na czekoladzie. Skupcie się na piwie. Jesteście w tym dobrzy, wiem co mówię. Piłkę nożną zostawcie zwycięzcom.

God bless America. I gratulacje dla prawdziwych zwycięzców… Stanów Zjednoczonych.


Źródło jak ktoś chce to zobaczyć na FB: https://www.facebook.com/rudzki77/posts/pfbid0ubGiPrP4bZN2Skd3muqCgi9MSDf5FQgE35BfVjuQoPFs8arQf4QoWanjSRv8ECvil

Pokaż więcej komentarzy (11)

Fanatyk

w Hydepark

61piorunów
Niektórzy twierdzą że PM nie musi być techniczny, bo on jest od zarządzania pracą, więc liczą się miękkie umiejętności a techniczne są nieistotne. Czaicie co by było jakby to samo przenieść np. na budowlankę? Zrobić takiego Oskarka brygadzistą na budowie?

"Jak to płyta fundamentowa musi schnąć dwa tygodnie? A jak ci dorzucę kilku ludzi to wyschniecie ją do wtorku?"

"Betoniarka się zjebała? To nawet lepiej, powinniśmy rezygnować z narzędzi third-party, weź dwóch praktykantów i poskładajcie nową in-house"

"Nie potrzebujesz uprzęży, musisz być bardziej agile"

"Po co te rury w kuchni? Klient chce wodę bezprzewodowo, wiem że się da bo czytałem o tym na jednym blogu"

"Wiem, że nie dowieźli zbrojenia, ale piętro musi być dokończone w tym sprincie, wylejcie beton normalnie a zbrojenie doda się w refaktorze w przyszłym kwartale"

"Mieliśmy już robić odbiór, ale przyszedł change request, na ile wyestymujecie dobudowanie piwnicy i przesunięcie klatki schodowej o 15 metrów w lewo? UX mówi że dla nich to nie problem poprawić plany, więc mam rozumieć że uwiniecie się do końca miesiąca?

"Biznes uznał że dźwigowy z uprawnieniami jest za drogi, za te same pieniądze zatrudniliśmy do zespołu 6 praktykantów"

"Do wykonania fundamentów zatrudniliśmy kontraktora, wy róbcie ściany a oni fundamenty zrobią u siebie na budowie w Bengaluru a potem się zintegruje"



Oprócz tego codzienne daily gdzie pyta każdego z osobna co robił wczoraj, co będzie robił dzisiaj i czy coś go nie blokuje na którym 56-letni Zbyszek mówi że wczoraj nosił cegły, dzisiaj będzie nosił cegły, a blokuje go czasem Rychu bo leży na⁎⁎⁎⁎ny, potem kawka i krótki wpis na Muratorze o nowych trendach w budownictwie


Tak mi się przypomniała moja ulubiona. Zupełnie niezwiązana z moją pracą

Lider14piorunów

PM to nie jest brygadzista na budowie xD
PM to moze byc kierownik kontraktu, ktory techniczny byc nie musi, a kompetencje miekkie musi miec za⁎⁎⁎⁎ste zeby j⁎⁎ac wykonawcow jednoczesnie majac z nimi dobry kontakt xD

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gwiazdor

w Hydepark

107piorunów

Skończyłem kurs psiego behawiorysty z nudów, bo akurat miałem trzy wolne weekendy, a wszystkie seriale już obejrzane. Myślałem, że będzie śmiesznie: trochę o smyczach, trochę o lęku separacyjnym, ktoś powie „piesek musi mieć granice” i do domu. Tymczasem po dwóch dniach dostałem certyfikat z moim imieniem, złotą łapką w rogu i podpisem kobiety, która przez cały kurs mówiła do owczarka niemieckiego „panie Krzysztofie”.

No to pomyślałem: skoro mam papier, to czemu nie. Założyłem szkołę dla psów.

Nazwę wymyśliłem profesjonalną: Akademia Świadomego Pyska. Logo zrobiłem w Canvie: pies w okularach i slogan „Twój pies wie. Ty jeszcze nie.” Ludzie zaczęli się zapisywać jak szaleni, bo wiadomo, pies w domu szczeka, gryzie kapcie, patrzy dziwnie na teścia - trzeba specjalisty.

Na pierwszych zajęciach przyszło osiem osób z psami. Ja stoję w polarze z haftem „behawiorysta”, ręce za plecami, mina jakbym rozumiał wilki lepiej niż one same. Patrzę na grupę i mówię:

- Zanim zaczniemy, musicie zrozumieć jedno. Pies nie ma problemów behawioralnych. To wy macie problemy ludzkie.

Wszyscy zapisują.

Pomyślałem: oho.

No i się zaczęło.

Jedna pani mówi, że jej maltańczyk nie chce wracać ze spaceru. Ja zamknąłem oczy, pokiwałem głową i powiedziałem:

- On panią testuje. Proszę przez tydzień, kiedy nie będzie chciał iść do domu, położyć się obok niego na chodniku i też odmówić powrotu. Musi zobaczyć, że jest pani częścią stada, a nie administracją budynku.

Pani prawie się wzruszyła.

Drugi facet mówi, że pies ciągle wchodzi mu do łóżka. Ja mówię:

- To nie pies wchodzi do pana łóżka. To pan bezprawnie śpi w legowisku lidera. Od dziś pan śpi na macie przy drzwiach, a pies na materacu. Po trzech nocach sytuacja się ustabilizuje.

Facet pyta, czy żona się zgodzi.

- Żona też jest częścią stada - mówię. - Niech wybierze: kanapa albo korytarz.

Wszyscy kiwają głowami, bo powiedziałem to spokojnym głosem.

Najlepsze było przy panu z labradorem, który jadł wszystko na spacerach. Patyki, chusteczki, raz podobno pół zapiekanki razem z papierem. Facet pyta, jak to zatrzymać.

Ja zrobiłem długą pauzę, taką terapeutyczną, po czym mówię:

- Musi pan odzyskać kontrolę nad zasobami. Kiedy pies coś podniesie, pan też musi coś podnieść. Ale szybciej. Pies ma zobaczyć, że pan jest szybszym zbieraczem.

- Czyli co mam podnosić?

- Cokolwiek. Liść. Kamień. Paragon. Symbolicznie. Proszę warczeć przy tym nisko.

I nagle osiem dorosłych osób stoi na trawniku i ćwiczy podnoszenie liści z warczeniem.

Ja już ledwo wytrzymuję.

Na trzecich zajęciach wprowadziłem moduł „komunikacja międzygatunkowa”. Powiedziałem, że psy poznają świat przez zapach i dotyk, więc jeśli chcemy, żeby pies nam zaufał, musimy przestać się brzydzić jego „naturalnego języka”.

- Proszę dziś w domu powąchać psie łapy - mówię. - Ale nie tak normalnie. Z szacunkiem. Każdą osobno. Przednią lewą najdłużej, bo tam zwykle siedzi konflikt emocjonalny.

Jedna pani zapytała, co jeśli pies zabierze łapę.

- To znaczy, że nie jest gotowy na dialog.

Potem dodałem, że bardziej zaawansowani mogą delikatnie polizać opuszkę, żeby „domknąć rytuał akceptacji”. Myślałem, że wtedy ktoś wstanie i powie: dobra, panie, koniec tej komedii.

Nikt nie wstał.

Jedna pani nawet zapisała: „lizać łapy - bez presji”.

Zrozumiałem wtedy, że mam władzę, której człowiek mieć nie powinien.

Kulminacja przyszła, gdy na zajęcia przyszedł pan z buldogiem francuskim, który gryzł.

Nie jakoś dramatycznie. Nie „rzuca się do tętnicy”. Bardziej: podgryzał gości, łapał za nogawki, robił z łydki test smaku. Pan mówi, że pies gryzie, kiedy ktoś wchodzi do mieszkania.

Ja od razu w tryb specjalisty. Przykucnąłem, spojrzałem buldogowi w oczy, a on prychnął na mnie jak stary autobus.

- To nie jest agresja - powiedziałem tonem człowieka, który właśnie wrócił z trzyletnich badań nad wilkami w Bieszczadach. - To jest nie zaadresowana korespondencja emocjonalna.

Wszyscy zapisują.

- Co mamy robić? - pyta właściciel.

- Kiedy pies gryzie gościa, gość musi oddać mu symboliczny dług.

- Jaki dług?

- Nogawek.

Cisza.

- Proszę przygotować w domu koszyk ze starymi skarpetami. Każdy gość, zanim wejdzie, bierze jedną skarpetę, kładzie ją przed psem i mówi: „przynoszę okup, nie przynoszę chaosu”.

Kobieta z border collie spytała, czy skarpeta ma być uprana.

Zamknąłem oczy, jakbym kontaktował się z psim kolektywem.

- Nie musi.

I oni to zapisali.

Potem dodałem, że jeśli pies mimo wszystko ugryzie, nie wolno krzyczeć, tylko należy spokojnie powiedzieć:

- Dziękuję za informację zwrotną.

Na następnych zajęciach facet powiedział, że pies gryzie mniej, ale teściowa odmówiła składania skarpety przy wejściu i została „bardzo stanowczo oceniona przez buldoga”.

Powiedziałem, że proces działa.

A potem nadszedł moment, który do dziś czasem wraca do mnie w nocy.

Pewien chłop zapytał, że jego pies ma dziwne kupy i czy powinien iść do weterynarza. Normalny człowiek powiedziałby od razu: tak, proszę iść do weterynarza. I ja też wiedziałem, że tak trzeba powiedzieć. Weterynarz. Badanie. Dieta. Pasożyty. Normalna odpowiedź.

Ale wtedy spojrzałem na grupę.

Osiem dorosłych osób. Notesy w dłoniach. Oczy pełne zaufania. Ludzie, którzy już warczeli do liści, spali na wycieraczce i pytali, czy łapę psa lizać zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

I pojawiła się myśl.

Mała, czarna, okropna myśl.

„Powiedz im”.

Poczułem, jak gdzieś w środku otwiera się klapka, a zza niej wychyla się diabeł w polarze behawiorysty.

„Powiedz im, że trzeba spróbować”.

Nie dlatego, że trzeba. Nie dlatego, że to ma sens. Tylko dlatego, że mogłem.

Wiedziałem, że oni to zrobią.

To było najgorsze.

Nie miałem przed sobą sceptyków. Nie miałem przed sobą ludzi, którzy wstaną i powiedzą: panie, puknij się pan w miskę. Miałem przed sobą uczniów Akademii Świadomego Pyska. Ludzi po module „stanie bokiem do psa w celu przeproszenia przestrzeni”. Oni by to zapisali. Oni by poszli do domu. Oni by się kłócili, czy próbkę należy pobrać rano, czy po spacerze.

Facet patrzył na mnie i czekał.

Ja otworzyłem usta.

- W takich przypadkach - zacząłem powoli - kluczowa jest pełna analiza sensoryczna…

Grupa pochyliła się nad notesami.

I wtedy zobaczyłem siebie z boku.

Nie jako trenera. Nie jako żartownisia. Tylko jako człowieka, który stoi na granicy. Po jednej stronie: niewinny trolling, skarpety dla buldoga, oddawanie łóżka jamnikowi. Po drugiej stronie: totalna ciemność. Behawiorystyczna przepaść. Miejsce, z którego nie wraca się już tym samym człowiekiem.

W głowie miałem dwie myśli naraz.

Pierwsza: „Nie rób tego”.

Druga: „Ale wyobraź sobie opinie w Google”.

Przez sekundę naprawdę walczyłem sam ze sobą. Palce mi zadrżały. Certyfikat w ramce na ścianie błysnął złotą łapką, jakby też mnie kusił. Buldog francuski ziewnął, jakby mówił: „dawaj, człowieku, zobaczmy, jak nisko upadniecie”.

Wziąłem oddech.

- …ale - powiedziałem w końcu - absolutnie nie smakiem.

Ktoś przestał pisać.

- Proszę nie próbować psiego stolca - dodałem bardzo wyraźnie. - To nie jest metoda. To nie jest metafora do praktykowania. To jest moment, w którym idzie się do weterynarza.

W sali zrobiło się dziwnie cicho. Jakby byli trochę rozczarowani.

Pani od maltańczyka uniosła rękę.

- Czyli tylko obserwujemy?

- Tylko obserwujemy.

- A zapach?

Zacisnąłem powieki.

- Z bezpiecznej odległości.

Właściciel psa zapisał: „weterynarz, nie próbować, zapach z dystansu”.

I na tym się skończyło.

Przynajmniej wtedy.

Bo prawda jest taka, że ta myśl czasem do mnie wraca. Nie często. Nie codziennie. Ale są takie momenty: jadę tramwajem, mieszam herbatę, stoję w kolejce po bułki i nagle pojawia się w głowie szept:

„Mogłeś im kazać”.

I od razu robi mi się zimno.

Bo wiem, że mogli to zrobić.

Wiem, że wróciliby tydzień później z tabelką w Excelu, kolumnami: kolor, konsystencja, bukiet, refleksje emocjonalne psa.

A ja musiałbym tam stać w polarze z haftem i udawać, że to był element procesu.

Dzisiaj prowadzę drugi poziom kursu: „Człowiek jako smycz energetyczna”.

Na pierwszych zajęciach każę uczestnikom przez piętnaście minut udawać drzwi, żeby pies mógł „przepracować przejścia”.

Mam już zapisy do listopada.

Ale przy temacie stolca zawsze mówię jedno:

- Weterynarz.

Potem robię pauzę.

Bo człowiek musi znać swoje granice.

Nawet behawiorysta.

https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4223712624548778

Twórca0piorunów

Dobra pasta, ale szybko można się zorientować, że to fikcja, bo najpierw jest mowa o trzech wolnych weekendach a za chwilę a dyplomie po dwudniowym kursie.

Pokaż więcej komentarzy (21)

Gruba ryba

w Hydepark

28piorunów

Mało który sklep tak mnie wkurza swoim brakiem logiki jak Rossmann...

Jak idziesz do Obi, czy nie wiem Liroya-Merlina i szukasz czegokolwiek to masz za⁎⁎⁎⁎ście ułożone działy. Wiesz, że dział “łazienki” będzie obok “farby/lakiery/kleje” a tuż obok będzie “stolarnia” bo wszystko się ze sobą łączy i jak szukasz kantówki sosnowej to będziesz potrzebował impregnatu który jest obok. Wiesz, że “narzędzia” będą obok “artykuły metalowe” żeby dobrać sobie klucze do nakrętek, czy wiertła do wkrętów. Jak masz cel i listę rzeczy które potrzebujesz to spędzisz tam w porywach 20 minut z czego 10 minut zajmie Ci przemieszczanie się bo to dojebanie wielkie sklepy, a 5 minut wybór produktów biorąc pod uwagę ich cenę i jakość, pozostałe 5 minut to czerpanie radości z zakupów.

A w Rossmannie? A w Rossmannie jak w lesie. Nie, w Rossmannie jak w chlewie obsranym gównem. Masz listę: farba do włosów, grzebień do farbowania włosów, mydło szare "biały jeleń", krem do opalania dla dzieci, krem do opalania dla dorosłych, krem ELOBAZA i mokre chusteczki i myślisz sobie, spoko, odnajdę to wszystko w mig na tych 200 metrach kwadratowych. Otóż taki, kolego drogi, c⁎⁎j. Jak Cię laska wysłała do Rossmana po zakupy, to zrób sobie prowiant za wczasu.

Najłatwiej będzie znaleźć farbę do włosów. Masz fotkę opakowania, więc nie będzie trudno. Bierzesz pudełko z tą samą mordą i szukasz w pobliżu grzebienia do farbowania. Obok są szampony i podkłady do ryja. Ok, może są gdzieś niżej? Nie, cała ściana w farbach, obok cała ściana w szamponach, obok cała ściana w podkładach. No dobra, nie skupiamy się na tym, szukajmy kremu do opalania. Na 100% będzie w kremach, to w końcu logiczne, tam też idziemy. Kremy do ryja, kremy na noc, kremy na pięć po siódmej, kremy na rozstępy, kremy do rąk. No i nie ma. Lecisz całą półkę jeszcze raz. Obok kremów są pieluchy (?!) a z drugiej strony szminki i pomadki. No nic, nie zniechęcamy się, gdzieś na 100% są więc poszukajmy mydła szarego. Idziesz w kierunku żeli pod prysznic bo przecież obok muszą być mydła, ale zaczynasz mieć w sumie wątpliwości. Po drodze mijasz wielki stand z kremami do opalania, więc jest, kolejna pozycja na liście odhaczona! Ale moment, zaraz. Jest krem dla dorosłych, ale ani śladu kremu dla dzieci. Przeszukujesz cały stand bo wiesz, że ludzie to jak w chlewie, potrafią zrobić rozpierdziel i może ukryli gdzieś z tyłu w ferworze poszukiwania. Ale niestety. No nic, może wykupili. Lecisz dalej w kierunku żeli pod prysznic żeby szukać mydła. Cała ściana żeli. Po lewej antyperspiranty, po prawej szampony (a jeszcze dalej znane już farby do włosów). Mydeł niet. A może wezmę w płynie? Będzie z bańki. Ale nie, teraz to już jest quest niczym w RPG, znaleźć te 3 itemy to wygrać życie. Odwracasz się w swojej naiwności. Nie ma. Dobra, nie zniechęcajmy się, poszukajmy może dla rozluźnienia tego grzebienia do włosów. Wchodzisz w alejkę która ma podejrzanie randomowe itemy - jakieś gąbki, skarpety, obcinaczki do paznokci, pasty do butów. JEST! Szare mydło! No tak, wiadomo, że jak pasta do butów to szare mydło musi być obok, tak na wszelki wypadek. O JEST I GRZEBIEŃ DO FARBOWANIA WŁOSÓW! Okej, dobra może teraz wróćmy do kremu do opalania dla dzieci. Idziesz znów przeszukiwać stand z innymi kremami do opalania i ścianę kremów na różne pory, do różnych części ciała w zależności od wieku, płci, tożsamości etnicznej i samopoczucia. W końcu myślisz - dobra, idę do mistrza gry po wskazówkę. Dziewczyna w kitlu z napisami “Rossman”, “Kasia”, “w czym mogę pomóc?” odczytuje Twoją listę i pędzi przed siebie. Znajdujecie krem do opalania dla dzieci między bobofrutami i mlekami w proszku (no tak, oczywiste!), a następnie pani informuje cię, że w aplikacji rossmann oprócz wyjątkowych promocji na każdy dzień jest też nawigacja po sklepach. Nie ufasz za bardzo, bo to brzmi za łatwo jak na twoje dotyczasowe doświadczenie klienta. Dwa itemy na liście, na pierwszy rzut krem ELOBAZA (kto to w ogóle tak nazwał). Twoje przeczucie że przeszukanie kremów do rąk, mordy i wszystkiego innego nic nie da nie zawiodło. Otwierasz apkę - o losie, faktycznie jest nawigacja! Regał 7, Półka 5, Pozycja 3. Liczył regały. Liczysz jeszcze raz, bo wyszło ci 5. Znów wyszło 5. Głupio teraz podejść do facetki i powiedzieć, że nie umiesz liczyć do siedmiu. Próbujesz liczyć wzdłuż, wszerz, na skos. No nie chce wyjść 7. Nieważne, powiesz żonie, że nie było. Ostatni item - mokre chusteczki. Regał 1, półka 3, pozycja 2. Idziesz do pierwszego regału z lewej. Zaczynamy od lewej, bo do tego przyzwyczaiła nas cywilizacja zachodnia. Alkohole i przetwory. Ok, chyba jednak trzeba z prawej. Szampony i farby do włosów. A może oni liczą od środka, jak na dworcu w Poznaniu? Idziesz do regału, który jest 2 albo 3, zależy jak liczyć, liczysz półki od lewej i prawej regału. No nie ma. Dobra, kupię w lidlu.

Misja nieukończona: 48 minut za 200 metrach kwadratowych.

Dlaczego? Za co?

Fenomen5piorunów

100% rel

kiedyś Rossmann był za⁎⁎⁎⁎sty ale teraz zaczęli wymyślać (półki pod skosem na przykład ) i pytanie czy to polski pomysł czy niemiecki.

Teściu robił w handlu detalicznym i mówił, że bardzo wielu menadżerów Januszów uwielbia robić co rok reorganizację sklepu i przekładanie towaru i półkę bo wtedy wychodzi w jakimś wskaźniku że spędzasz więcej czasu w sklepie (i nóż coś kupisz extra)

No nie wiem ja zawsze wychodzę wku… i właśnie jakoś od roku nie cierpię robić zakupów w R

Gruba ryba4piorunów

Potwierdzam. Najbardziej nieprzyjazne miejsce do robienia zakupów, gdzie już na starcie dostaję luja ogłuszacza w postaci chemicznych zapachów. Jak za długo tam siedzę, zaczyna boleć mnie głowa. Ostatnio miałem żonie wziąć jakiś szampon, odżywkę (oba produkty tej samej marki, więc liczyłem, że będzie w miarę łatwo) i coś tam jeszcze. Po długiej walce, wzajemnym wysyłaniu zdjęć (bo np. znalazłem nie ten wariant) oraz otrzymaniu dokładnej nawigacji (który regał, półka) doszedłem do wniosku, że po prostu tego nie ma. Po opuszczeniu sklepu niczym Jan Paweł II ucałowałem ziemię, dziękując Stwórcy za to, że znów mogę oddychać powietrzem. Wieczorem żona w tym samym roSSmannie kupiła sobie co tam chciała (choć sama przyznała, że nie było łatwo tego znaleźć).

Pokaż więcej komentarzy (6)

Fanatyk

w Heheszki

5piorunów

z pismanaodpierdol


Służby przyszły po Maćka o godz. 11.37, akurat gdy kończył latte z miodem i podbijchujkę - popularny, modny, warszawski deser dla aspirujących z dodatkiem bobu i sosu twarogowego z rozmarynem.
W odpowiedzi na słowa: "Dzień dobry, starszy aspirant Jan Wielkopalski, czy zastaliśmy Pana Macieja...", Maciej odruchowo zerwał się z biurka, jak Bambi na odgłos wystrzału (do matki Bambi) i rzucił się pędem w głąb kancelaryjnego korytarza. Pozwoliło mu to co prawda zyskać przewagę, ale też od razu wskazało policjantom, że - yes indeed, k⁎⁎wa, zastali Pana Macieja.

Wielkopalski, w reakcji na to, z nietypowym jak na mundurowego profesjonalizmem, sięgnął do kabury i ryknął: "Stój, bo strzelam!"

Ja odruchowo skuliłem się za biurkiem, spodziewając się wystrzału z granatnika w drzwi pomieszczenia socjalnego, natomiast Basia, nasza recepcjonistka, najbardziej przypominająca Bambi, dzięki wielkim brązowym oczom, wykazała się nadzwyczajną odwagą i przytomnością umysłu, wołając do gliniarza:

- Proszę się nie wahać, tylko strzelać. W tym dziale to akurat pracują sami aplikanci, zatem zabłąkana kula tylko skróci ich cierpienia.

Jakby usłyszał to nasz młodszy aplikant Zenon Ziembiewicz, nazywany przez nas pieszczotliwie "Granicą", który akurat precyzyjnie wpakował się na linię wystrzału.

- God Damn it! - zaklął szpetnie Wielkopalski, rezygnując ze strzelaniny - Odetnijcie go! - nakazał swojemu zespołowi, tłoczącemu się za jego plecami, jak boty z pierwszego Counter Strike'a.

Sam tymczasem pognał korytarzem bezpośrednio za Maćkiem, w tempie jakby nie był to prawdziwy pościg, tylko doroczne ćwiczenia w Legionowie.

Stety-niestety, Maciek był z tego pokolenia, które nie umie uciekać. Nie zdążył odpalić GPS, więc już na wysokości wejścia do kibla, zgubił się na prostej drodzę i musiał zerknąć na komórkę, żeby zapytać ChataGPT: "Jak spierdolić przed Policją?"

EjAj nie okazało mu empatii, wyrzucając komuniakt: "Niestety nie mogę Ci pomóc w unikaniu zatrzymania ani ucieczce przed Policją. Mogę za to dać Ci praktyczny, bezpieczny wariant: jak zachować się przy zatrzymaniu tak, żeby nie pogorszyć sobie sytuacji."

- Oż ty j⁎⁎⁎ny, konfidencki, tosterze - westchnął Maciek i rzucił się do konferencyjnej.

Wpadł do środka, zatrzasnął drzwi i instynktownie zablokował je stertą segregatorów z opiniami prawnymi dotyczącymi skutków podatkowych wniesienia aportem znaku towarowego do spółki komandytowo-akcyjnej wg stanu prawnego na 2013 r. Po raz pierwszy rys historyczny instytucji aportu od czasu Jaćwingów, na 250 stron, fontem 6 pkt, do czegoś się przydał.

Wielkopalski naparł na drzwi, ale te nawet nie drgnęły.

- Panie Macieju, proszę się nie wygłupiać - nakazał.

- Nic nie zrobiłem. Spierdalaj! Nic na mnie nie macie - wrzasnął w odpowiedzi Maciek, wykorzystując całą wiedzę prawniczą zdobytą przy oglądaniu "W11".

- O co chodzi? - na miejscu akcji pojawił się nagle Partner Zarządzający.

- Policja po Maćka - poinformowała Basia.

- W jakiej sprawie?

- Nie wiem, ale raczej nie w sprawie nominacji do Chambersów.

PeZet spojrzał na nią z błyskiem w oku.

- Maciek, słuchaj. To jest Twoja szansa - powiedział nagle. - Być może jedyna taka szansa w Twoim żałosnym, marnym życiu - dodał poważnie.

- Na co? - zapytał naiwnie Maciek.

- Na to żebyś był znany. I renomowany. A nawet z Warszawy... ("Ty gnojku spod Rzeszowa" - dodał cicho, tak żeby prawnik za drzwiami nie usłyszał).'

To ostatnie podziałało. Maciek wszystko zrozumiał.

Minęła chwila i dobrowolnie, pokornie oddał się w ręce Policji.

Wprawdzie teraz grozi mu kilka lat pozbawienia wolności za jakieś machloje, a potem być może nawet nagana od samorządu (albo upomnienie i zakaz wykonywania patronatu przez tydzień), ale znalazł "jeden prosty sposób" i w jednej chwili osiągnął więcej, niż typowy jurysta po piętnastu latach wpierdalania lunchu przed komputerem.