Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#alkoinwestor

Autorytet

w Hydepark

31piorunów

Jako, że nie wszyscy śledzą alkoinwestora na fb, a ostatni post się przyjął bardzo dobrze to lecimy z kolejnym.

Wczoraj dyrektor zwołał spotkanie całego działu.

Na ekranie wyświetlił slajd:

„MYŚL JAK WŁAŚCICIEL”.

Usiadłem bliżej.

Pierwszy raz od dawna nazwa spotkania sugerowała, że mogę z niego wyjść z czymś więcej niż dodatkowym zadaniem.

Wyjąłem długopis.

- Chciałbym, żebyśmy zmienili nasze podejście do pracy - zaczął dyrektor. - Nie możemy funkcjonować tak, że każdy patrzy tylko na swój zakres obowiązków.

Już mi się nie podobało.

Zakres obowiązków był jednym z moich ulubionych dokumentów.

Zaraz po powiadomieniu o wpłynięciu wynagrodzenia.

- Potrzebujemy właścicielskiego podejścia. Odpowiedzialności. Zaangażowania. Myślenia długoterminowego. Chciałbym, żeby każdy traktował tę firmę jak swoją.

Podniosłem rękę.

Dyrektor uśmiechnął się.

- Słucham.

- Kiedy dostaniemy udziały?

Uśmiech został.

Ale przestał się rozwijać.

- Nie o takich kwestiach teraz rozmawiamy.

- Przepraszam. Usłyszałem „jak swoją” i poszedłem w stronę własności.

- Chodzi o postawę.

- Czyli udziały nie?

- Nie.

Zapisałem.

Udziały: zero.

- Będzie jakiś udział w zysku?

- System premiowy na razie pozostaje bez zmian.

Dopisałem.

Dyrektor spojrzał na mój notes.

- Co ty tam zapisujesz?

- Warunki wejścia.

Dyrektor przeszedł do przykładu.

- Wyobraźcie sobie, że jest szesnasta, a ważny projekt nie został skończony. Osoba myśląca tylko jak pracownik zamyka komputer i wychodzi.

Bardzo dokładny opis mojego planu na dzisiejsze popołudnie.

- Natomiast właściciel zastanawia się, co może zrobić, żeby dowieźć temat.

- Bo ma udział w wyniku - powiedziałem.

- Bo czuje odpowiedzialność.

- Jedno nie wyklucza drugiego. Możemy mu zaproponować, żeby oddał udziały i został z samą odpowiedzialnością. Zobaczymy, o której wyjdzie.

- Naprawdę musisz sprowadzać wszystko do pieniędzy? - zapytał dyrektor.

Rozejrzałem się po sali.

Biuro.

Poniedziałek.

Dziewięć osób, które przyjechały tutaj zamiast zostać w domu.

- Wydaje mi się, że to dość istotny element naszej znajomości.

Pani z HR-u postanowiła pomóc.

- Chodzi o poczucie wpływu. Żeby pracownicy wiedzieli, że mogą realnie kształtować organizację.

To brzmiało już lepiej.

- Czyli będziemy mieć wpływ na podział zysku?

- Nie w tym sensie.

- Na obsadę zarządu?

- Też nie.

- Na wynagrodzenia?

- Możecie zgłaszać propozycje.

Mogłem również zgłosić propozycję obniżenia cen w sklepie.

Nie czyniło mnie to współwłaścicielem Biedronki.

Spojrzałem na notes.

Udziały: zero.

Nowe korzyści finansowe: zero.

Prawo do podejmowania decyzji: zero.

Dodatkowe zaangażowanie: bez podanego limitu.

Zrozumiałem ofertę.

Nie obraziłem się.

Gdybym mógł pozyskać dziewięć dodatkowych wieczorów za jedno zdanie na slajdzie, też sprawdziłbym zainteresowanie rynku.

Problem polegał na tym, że siedziałem po niewłaściwej stronie transakcji.

- To jest inwestycja w waszą przyszłość - powiedział dyrektor. - Jeżeli firma się rozwija, wszyscy na tym korzystają.

- Firma w zeszłym roku miała rekordowy wynik.

- Właśnie.

- A na rozmowie o podwyżce powiedział pan, że wynik firmy nie przekłada się automatycznie na moje wynagrodzenie.

Zapadła cisza.

Lubię pamiętać takie rzeczy.

Ludzie nie doceniają, ile można zaoszczędzić na dobrej pamięci.

Dyrektor odłożył pilota.

- Nie chciałbym, żebyśmy zmienili to spotkanie w negocjacje płacowe.

- Ja też nie. Na razie próbuję ustalić, kim jestem.

- Jesteś ważną częścią zespołu.

- Ale gdy trzeba zostać po godzinach, mam być właścicielem?

- Masz wykazać się odpowiedzialnością.

- A gdy pytam o zysk, wracam na etat?

Nie odpowiedział od razu.

- Proszę tylko doprecyzować, w których godzinach obowiązuje która rola. Nie chciałbym przez pomyłkę zachować się jak właściciel podczas wypłacania dywidendy.

Po spotkaniu dyrektor zatrzymał mnie przy drzwiach.

- Mogłeś nie robić tego przy wszystkich.

- Myślałem jak właściciel.

- To znaczy?

- Zanim zainwestuję dodatkowe zasoby, chcę wiedzieć, co dostanę w zamian.

Popatrzył na mnie.

Przez chwilę miałem nadzieję, że doceni tempo wdrożenia szkolenia.

- Po prostu rób dobrze swoją pracę - powiedział w końcu.

- W dotychczasowym zakresie?

- Tak.

- W dotychczasowych godzinach?

- Tak. Tylko skończmy już ten temat.

Zgodziłem się.

Nie należy przedłużać negocjacji po uzyskaniu korzystnych warunków.

O szesnastej zamknąłem komputer.

Projekt, o którym mówił dyrektor, rzeczywiście wymagał jeszcze pracy.

Zostawiłem informację, od czego zacznę rano.

Wychodząc, zobaczyłem go w gabinecie.

Nadal siedział.

Bardzo dobrze.

Powinien traktować firmę jak swoją.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Autorytet

w Hydepark

218piorunów

W zeszłym tygodniu wpadła do nas koleżanka żony.

Tylko na chwilę.

Została dwie godziny.

Po pierwszej szklance wody powiedziała, że kupiła robot gotujący za siedem tysięcy złotych.

Od razu wiedziałem, że tę znajomość trzeba będzie stopniowo wygaszać.

- Jest fantastyczny - mówiła. - Gotuje, waży, sieka, miesza. Oszczędzam mnóstwo czasu.

Kilka dni później żona wysłała mi rolkę.

Kobieta wrzucała warzywa do urządzenia, naciskała ekran i po chwili miała zupę.

Na początku zastosowałem strategię pasywną.

Nie reagowałem.

Większość impulsów konsumpcyjnych, jeżeli nie dostarcza się im uwagi ani kapitału, z czasem wygasa.

Wieczorem przeczytałem wszystko.

Cena.

Funkcje.

Koszty serwisu.

Darmowy pokaz.

Następnego dnia powiedziałem żonie:

- Umów pokaz.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.

- Ty chcesz obejrzeć robot za siedem tysięcy?

- Chcę rzetelnie ocenić produkt.

Przed spotkaniem sprawdziłem wszystko jeszcze raz.

Warunki.

Przebieg pokazu.

Najczęściej przygotowywane potrawy.

Opinie ludzi, którzy nie kupili.

Nie znalazłem żadnego punktu mówiącego, że po zjedzeniu zupy przechodzi na nas obowiązek zapłaty siedmiu tysięcy złotych.

To mi wystarczyło.

Przedstawicielka przyszła w czwartek o siedemnastej.

Punktualnie.

To doceniam.

Przywiozła urządzenie, torby z produktami i bardzo dużo entuzjazmu człowieka, który zarabia tylko wtedy, kiedy ktoś inny wyda siedem tysięcy.

- Na początek chciałabym poznać państwa potrzeby - powiedziała.

- Chcemy zjeść coś ciepłego - odpowiedziałem.

Żona spojrzała na mnie.

- Chodzi o potrzeby związane z gotowaniem - doprecyzowała przedstawicielka.

- Gotujemy codziennie - powiedziała żona. - Ale przydałoby się coś, co oszczędza czas.

Przedstawicielka uśmiechnęła się.

Miała punkt zaczepienia.

- Właśnie po to jest ten robot. Oszczędza czas, pieniądze i miejsce w kuchni.

Najpierw zaczęliśmy robić zupę.

Później ciasto na bułki.

Następnie pastę warzywną.

Na końcu deser.

Musiałem przyznać, że urządzenie działało sprawnie.

Ważyło.

Mieszało.

Gotowało.

- Proszę zobaczyć. Dzięki temu robotowi wiele rodzin przestaje zamawiać jedzenie – powiedziała przedstawicielka.

- Nie zamawiamy – odpowiedziałem.

- Rzadziej chodzi do restauracji.

- Nie chodzimy.

- Rezygnuje z gotowych dań.

- Nie kupujemy.

Jedliśmy dalej.

Zupa była dobra.

Bułki również.

Wziąłem dokładkę pasty.

Przedstawicielka obserwowała mnie i najwyraźniej uznała apetyt za sygnał zakupowy.

To był błąd.

Pozytywna ocena produktu spożywczego nie oznacza akceptacji urządzenia, które go przygotowało.

Lubię chleb.

Nie oznacza to, że chcę kupić piekarnię.

Po deserze przedstawicielka usiadła naprzeciwko nas.

- I jak wrażenia?

- Bardzo mi się podobało - powiedziała żona.

Przedstawicielka spojrzała na mnie.

- Jedzenie było poprawnie przygotowane.

Nie była to odpowiedź, na którą liczyła, ale trudno było ją podważyć.

- Tak się składa - powiedziała - że mam jeszcze jedną fabrycznie nową sztukę w samochodzie. Mogliby państwo mieć robota już dzisiaj.

Klasyczna presja dostępności.

- Nie jesteśmy zainteresowani zakupem - powiedziałem.

Przedstawicielka nadal się uśmiechała.

- Rozumiem. Chociaż warto pamiętać, że można skorzystać z rat zero procent.

- Cena nadal wynosi prawie siedem tysięcy.

- Ale płatność rozkłada się na wygodne miesięczne raty.

- Pokrojenie wydatku na mniejsze kawałki nie zmniejsza wydatku.

Przedstawicielka zmieniła kierunek.

- Proszę pomyśleć o czasie, który państwo odzyskają.

- Ile godzin miesięcznie urządzenie nam zaoszczędzi?

- Każda rodzina korzysta inaczej.

- Czyli nie znamy liczby, ale mamy już wycenę.

Żona wzięła głęboki oddech.

Przedstawicielka spróbowała odwołać się do emocji.

- Nie wszystko musi się zwracać. Czasem warto zapłacić za komfort.

- Od czterdziestu minut tłumaczy pani, że urządzenie oszczędza pieniądze.

- Bo oszczędza.

- Ale kiedy proszę o wyliczenia, okazuje się, że nie wszystko musi się zwracać.

Na chwilę zapadła cisza.

Wiedziałem, że jesteśmy blisko końca.

- Większość osób po pokazie decyduje się na zakup - powiedziała.

Dowód społeczny.

Późna faza procesu sprzedażowego.

- Większość ludzi nie inwestuje regularnie, wymienia sprawne telefony i wybiera samochód na podstawie wysokości raty - odpowiedziałem. - Nie używam większości jako wskaźnika jakości decyzji finansowej.

Przedstawicielka spojrzała na żonę.

- A pani co o tym myśli?

Sprytne.

Próba rozdzielenia komitetu zakupowego.

Żona spojrzała na robota.

Potem na mnie.

- Bardzo mi się podoba - powiedziała. - Ale na razie nie kupimy.

Przedstawicielka zaczęła pakować urządzenie.

Powoli.

Bez wcześniejszego entuzjazmu.

Na koniec wręczyła żonie wizytówkę.

- Proszę się odezwać, gdyby zmienili państwo zdanie.

- Oczywiście - powiedziała żona.

Zamknęły się drzwi.

Przez chwilę staliśmy w kuchni.

Na blacie zostały dwie bułki, pół pojemnika pasty i porcja deseru.

Pełny sukces.

Żona odwróciła się do mnie.

- Ty od początku nie zamierzałeś tego kupić.

- Od początku zamierzałem uczciwie ocenić produkt.

Wyjąłem telefon

Otworzyłem arkusz i pokazałem go żonie.

Na ekranie widniał tytuł:

„Przedstawiciele Thermomix - baza kontaktów i potencjalne menu”.

Siedemnaście nazwisk.

Numery telefonów.

Obszary działania.

Przy niektórych dopiski:

„robi pizzę”,

„specjalizacja: pieczywo”,

„na pokazach podobno risotto”,

„możliwy deser lodowy”.

Żona patrzyła na ekran.

- Co to jest?

- Znalazłem przedstawicieli w promieniu trzydziestu kilometrów.

- Po co?

- Każdy oferuje darmowy pokaz.

- Nie będziemy umawiać siedemnastu pokazów.

- Oczywiście, że nie.

Odetchnęła.

- Nie ma sensu organizować ich wszystkich od razu. Rozłożyłem je na kilka miesięcy, żeby zachować różnorodność menu - doprecyzowałem.

- Ty chcesz ciągać tutaj tych biednych ludzi, wiedząc, że niczego nie kupisz?

- Każdy przedstawiciel dostanie równe szanse przekonania mnie.

- Nikt cię nie przekona.

- W takim razie podejmiemy bardzo dobrze udokumentowaną decyzję zakupową.

Przesunąłem arkusz w dół.

Na końcu była symulacja.

Liczba pokazów.

Średnia liczba porcji.

Szacunkowa wartość produktów.

Oszczędność na kolacjach.

Żona zamknęła oczy.

- Zarezerwuj sobie czwartek. Zabieram Cię do Włoch. A raczej Pani Monika nas zabierze. Focaccia, krem pomidorowy i lody - powiedziałem.

Żona nic nie odpowiedziała.

Schowałem pozostałe bułki do pojemnika.

Thermomix faktycznie może oszczędzać pieniądze.

Trzeba tylko bardzo uważać, żeby go nie kupić.

Gruba ryba1piorunów

Ta pasta idealnie pokazuje typ ludzi, których w życiu unikam za wszęlką cenę :slightly_smiling_face:

Gruba ryba2piorunów

@Pawelvk obaj dobrze wiemy, że nie 😉 Chodzi o tego biedaka faktycznego i mentalnego. W każdej rodzinie się taki znajdzie, wzbudza śmiech i politowanie dla żony, a myśli że jest zajebisty 😂

Pokaż więcej komentarzy (15)