Strasznie kisnę z tego, że moją biżuterię kupują głównie starsze panie. Trudno o bardziej namacalny dowód, że do nich już należę - bo robię rzeczy, które naprawdę mi się podobają i nosiłabym je sama. Ogólnie estetyka emerytek z klasy średniej w Polsce to drag queen. Różowe i fioletowe włosy, mocne kolory i wzory ubrań, mocny makijaż - czerwone usta, malowana kreska brwi, obwieszenie się biżuterią od stóp do głów. Doskonale komponuje się do tego looku na przykład imponujący naszyjnik (vide pani Joanna Senyszyn).
Rzeczy sprzedają się szybciej, niż je robię - o ile sama rzeczywista ilość roboty nie jest duża, to często rzeczy leżą "work in progress" po dwa, trzy tygodnie, zanim wszystko dobrze przemyślę, dopasuję i zmontuję, uznając że wygląda dobrze i nie trzeba nic dodać ani nic ująć. Po wystawieniu znika czasami w mniej niż godzinę, bez targowania się, bez zadawania pytań, z wiadomością od kupującego "tylko proszę dobrze zapakować".
Niedawno jeden poszedł w moment, a za chwilę napisała do mnie zmartwiona jakaś pani, że jest przepiękny, chciała właśnie go kupić ale ktoś ją ubiegł. Wzięła mnie komplementami pod włos (porównała wyrób do Orno, kultowej biżuterii z czasów PRL), więc przejrzałam materiały, stwierdziłam że będzie jeszcze na drugi taki sam naszyjnik, spięłam poślady i zrobiłam kolejny egzemplarz.
Każdy zarobiony hajs oczywiście rozwalam na kolejne materiały i narzędzia. Skala jest za mała, żeby zarabiać w ten sposób na życie (poza tym, szybko znudziłoby mi się jakbym miała to klepać na akord), ale racjonalizuje kolejne zakupy, które bez tego uważałabym za zbędne rozwalanie kasy. Dzięki temu, że ktoś to kupuje, mogę sobie pozwolić na kolejne zabawki - kolejne rzeczy i materiały, których jeszcze nie miałam wpadają mi w łapki. Właśnie przeglądam polerki bębnowe do kamieni. Coś czuję, że będzie to wspólna rozrywka z młodszą córką.
#diy #gazelkacontent #chwalesie