Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

MordiKosmonauta

Dołączył/a:

  • 153 wpisów
  • 369 komentarzy
  • 13 obserwujących

Sum

w Hydepark

35piorunów

A później się wszyscy dziwią, że nikt nie lubi rowerzystów...

A było tak: idę spacerem z wózkiem, w wózku dziecko lvl 0.4. Przechodzimy przez ulicę w miejscu, gdzie nie ma przejść dla pieszych w promieniu kilometra. Zza zakrętu, ok 50m od nas wyłania się rowerzysta, wiecie, typowy sportowiec-amator, oczojebliwa lycra, biały kask, bez świateł. Myślę daleko jest, nic innego nie jedzie, to pcham swą latorośl przez ulicę. Nagle kolarz mija mnie na 30 cm krzycząc " wolniej przechodzi cymbale".

Zdążyłem za nim tylko rzucić soczyste spier@$laj i zniknął za następnym zakrętem.

Nie jestem agresywny. Zwykle. Ale miałem nadzieję że się gościu zatrzyma bo serio miałem ochotę mu łomot spuścić. Zjeb jedzie przez wieś, ograniczenia do 30 i się jeszcze pulta.

Nie lubię rowerzystów.

Pokaż więcej komentarzy (18)

Osobistość

w Rowerowy Równik

32piorunów

343 997 + 19 + 19 + 19 + 19 + 19 + 19 = 344 111

Jupi można dodawać już bezpośrednio ze stravy ❤️. Standardowe dojazdy, tym razem mniej bo byłem leniem i poszedłem oddać krew 😁. Kontrola łańcucha, przejechane ma ok 300km, nie widać na ten moment zużycia. Zobaczymy co będzie dalej ale nie wykluczam zakupu czujnika kadencji 😅.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Pokaż więcej komentarzy (19)

Fenomen

w Hydepark

55piorunów

Jedziesz sobie spokojnie na rowerku szosowym ze znajomymi, gdy nagle rozpędzony kierowca betoniarki przewraca się na Ciebie na łuki drogi, giniesz na miejscu, a on umiera chwilę później. Typowa przejażdżka z której już nie wracasz.

Z tego powodu nie czuję przyjemności z jazdy rowerem po polskich drogach, jest tylko stres. A jak w waszym przypadku?

Około godz. 14:40, mieszkańcy kilku domów w Czernichowie usłyszeli potężny huk i wybiegli na drogę. Potężna betoniarka leżała na boku przygniatając **31 - letnią rowerzystkę** z powiatu krakowskiego.



Jak widzieli świadkowie zdarzenia, samochód ciężarowy jechał od strony Żywca w kierunku Międzybrodzia Bialskiego. Grupa rowerzystów poruszała się w odwrotną stronę. Z przodu 31 – latka, za nią w pewnej odległości trzy inne kobiety (zatrzymały się na zakręcie), a za nimi kolejnych pięć osób. Grupa była zatem dość liczna. Rowerzystki miały przebywać w gminie Czernichów na zaproszenie koleżanki.

https://dziennikzachodni.pl/makabryczny-wypadek-w-czernichowie-betoniarka-przygniotla-rowerzystke-potezny-huk-a-potem-makabryczny-widok-oni-rzucili-sie-na-ratunek/ar/c1p2-29184323

Jeździsz rowererem po polskich drogach?

  • Tak, krajowe i lokalne, team szosa9%
  • Tylko drogi lokalne, ale czuję lęk44%
  • Nie jeżdżę, boję się20%
  • Tylko lasy i szutry27%

179 głosów

Fanatyk0piorunów

Po polskich drogach jeździ się coraz gorzej. Czy gość z betoniarki zapierdalał? To jak pytać dzika czy sra w lesie. Obok mnie trwa budowa kolejnego osiedla, sąsiedzi mocno się wkurzają na kierowców betoniarek. We wtorek zablokowali wjazd bo tak i co im zrobimy. Potem taki wsiada w swoje kałdi i to samo robi na np. Parkingu sklepowym. Widziałem dzisiaj takiego, od razu widać że budowlanka. 50 przez parking i rapopolo przez otwarte szyby

Autorytet0piorunów

Husaria lubi zapierdalać. W tym kraju to chyba ludzie biorą sobie za punkt honoru jazdę grubo ponad limit. Brak kultury na drodze i myślenia dotyczy większości użytkowników dróg, nie ważne czym się poruszają.

Pokaż więcej komentarzy (27)

Fanatyk

w Rowerowy Równik

41piorunów

334 350 + 97 = 334 447

Nic nie zapowiadało, że będą dziś takie przygody. Połowa trasy tak nudna, że nie było czemu zdjęcia zrobić.

Pech zaczął się podczas przechodzenia przez barierkę, gdy uderzyłem w nią piszczelem xD, czym zapewniłem sobie 3 centymetrową krwawiącą ranę.

Dojechałem do Zalesia, gdzie czekały na mnie smerfy :grinning:

Po skręceniu w łącznik, czekało na mnie super błotko wymieszane z gliną, które zalepiło mi cały bieżnik i musiałem pchać rower. Mimo, że buty też zaraz były zalepione. Do tego zaczęły mnie ciąć jak głupie ślepaki. Droga zamieniła się w staw xD No ale czego się nie robi dla kwadrata 😉

No właśnie czego, niedaleko dalej wjebałem się w takie krzaki, które przewyższały rower. Na koniec były 2 metrowe pokrzywy, które ostatecznie mnie pokonały, a brakowało może z 50 metrów. I w tych pokrzywach, znów atakowany przez ślepaki dałem radę sprawdzić, że można wjechać z drugiej strony. Co nie zmarnowało mojego poświęcenia 😛

W sumie, takie babranie się w błocie, batożenie pokrzywami, przyjmowanie ukąszeń owadów to jest to co kocham i jednocześnie nienawidzę w zbieraniu kwadratów :smiley:

Max square: 28x28

Max cluster: 2235 (+24)

Total tiles: 4960 (+17)

*

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Wirtuoz0piorunów

Niedźwiedzie mięso! Samo pyszne!

Kosmonauta4piorunów

W takich sytuacjach koła od rowera możesz użyć jako kosiarki:) Sprawdziłem, działa:)

Pokaż więcej komentarzy (10)

Kosmonauta

w Rowerowy Równik

36piorunów

333 685 + 27 + 18 + 12 = 333 742

Witam.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Gruba ryba4piorunów

O taki powrót nic nie robiłem. No dobra, trzymałem kciuki po cichutku od czasu do czasu.

Fanatyk3piorunów

Przedwczoraj o Tobie myślałem. 😉

Pokaż więcej komentarzy (22)

Wirtuoz

w Rowerowy Równik

49piorunów

331 706 + 101 = 331 807

Sporo pod wiatr, ale też ładny kawałek z wiatrem.

Przy okazji spłoszyłem lisa :smiley:

*

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Osobistość6piorunów

możesz chodzić do najlepszego barbera ale takiej grzywy nigdy nie będziesz miał ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Kosmonauta9piorunów

Ale dojebany lis 😯

Pokaż więcej komentarzy (6)

Kosmonauta

w Hydepark

33piorunów

Na polowania na Cieniostwory trzeba iść z własnym Cieniostworem:)

Fanatyk0piorunów

Weź się kup pada i graj jak człowiek

Gruba ryba2piorunów

@Mordi wyobrażam sobie jak trzyamsz telefon w ustach z ustawionym autowyzwalaczem aby zrobić to zdjęcie

Pokaż więcej komentarzy (10)

Kosmonauta

w Rowerowy Równik

37piorunów

328 997 + 7 + 3 + 3 + 2 + 3 + 7 + 5 + 122 = 329 149

Co zrobić jak chcesz iść na rower, ale równocześnie nie chcesz zrobić sobie z mózgu kaszanki z jajecznicą? Niewiele, chyba że pójdziesz na rower zimą. Do zimy jednak jeszcze dość daleko, a że nie chcieliśmy czekać to po burzliwej burzy mózgów wpadliśmy na pomysł, że pojeździć pójdziemy głuchą nocą.

Pętelka, jaką zaplanowała @vvitch prowadziła przez kilka urokliwych zakątków regionu, z czego zdecydowanie najciekawszym i najładniejszym była droga pomiędzy morzem (mamy jedno więc wiadomo o jakim mówię) a jeziorem, którego nazwy nie pamiętam, a wrodzone lenistwo nie pozwala mi sprawdzić bo musiałbym włączyć jakieś mapy. Dość powiedzieć że jezioro o którym mowa, znajduje się gdzieś w prawo od Darłowa i w lewo od Jarosławca. W górę od Wałbrzycha.

W podziwianiu widoków lekko przeszkadzała panująca wokół ciemność rozświetlana lekko lampkami przezornie przez nas zabranymi. Ciemność rozdzierała również szarówka północno-wschodniego nieba upatrzonego obłokami srebrzystymi. Spotkaliśmy kilka egzemplarzy dzikiej zwierzyny, w postaci lisów, bliżej nieokreślonych bestii buszujących w krzakach przy drodze i jakiegoś typa urządzające go sobie piknik na środku drogi dla rowerów (piknik dość skromny bo składający się ze szluga i piwa, ale zawsze coś).

Na Orlenie w Sławnie zrobiliśmy krótką pauzę na kawę i bułkę z serem, napawając się natchnionymi dialogami stojącej opodal młodzieży, która zasób słów miała równie bogaty jak bogaty w rozum jest mózg konfederaty. Głównie to sylabizowali i chrumkali coś niezrozumiale podlewając to co rusz k⁎⁎wą lub innym c⁎⁎⁎em wyjętym bez skrępowania z zanadrza.

Ze Sławna wróciliśmy starą DK wjeżdżając po drodze w przepiękne jezioro utkane z porannej mgły muskanej przez promienie wschodzącego daleko na wschodzie rozgrzanego atomowego armageddonu, który kolejne dwa dni uczynił dość mizernymi.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Gruba ryba1piorunów

uwielbiam nocne jazdy, ale latać wojewódzką, w sezonie urlopowym, w okolicy turystycznej, w temperaturach które za dnia każą sebkom odsypiać...

edit: tak, przeczytałęm właśnie niżej co @vvitch napisała o ilości aut, ale po fakcie to wiadomo. i tak S11 ściągnęła auta, tym bardziej bym się spodziewał najebanego sebka na pustej drodze

Wirtuoz6piorunów
W podziwianiu widoków lekko przeszkadzała panująca wokół ciemność rozświetlana lekko lampkami przezornie przez nas zabranymi. Ciemność rozdzierała również szarówka północno-wschodniego nieba upatrzonego obłokami srebrzystymi.

Nie tylko przezorny, ale i poeta :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (16)

Fanatyk

w Hydepark

8piorunów

To i ja coś dorzucę, choć nie wiem do końca czy to ten gatunek:

https://youtu.be/E2QkL_8VwWM?si=D7fSnl42ggwdVvNR

Kat

Głos z ciemności.

Za Wiki:

38 Minutes of Life[[a]](https://pl.wikipedia.org/wiki/38_Minutes_of_Life-4) – pierwszy album koncertowypolskiego zespołu muzycznego Kat), wydany w grudniu 1987roku na płycie winylowej nakładem wydawnictwa PolJazz(KPSJ 019)[[4]](https://pl.wikipedia.org/wiki/38_Minutes_of_Life-5)[[1]](https://pl.wikipedia.org/wiki/38_Minutes_of_Life-ds-1). Zawiera nagrania zrealizowane podczas koncertów zagranych przez Kata w hali Spodek) w Katowicachw okresie od grudnia 1986 do kwietnia 1987 roku, w tym dwóch koncertów poprzedzających koncerty zespołu Metallica w dniach 10–11 lutego 1987 r

Gruba ryba3piorunów
nie wiem do końca czy to ten gatunek:

@rith no tak średnio bym powiedział

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fanatyk

w Rowerowy Równik

97piorunów

322 453 + 503 + 9 + 20 = 322 985

Dzień dobry się z Państwem.

Od czego by tu zacząć…?

To może tak: żyję.

Pomimo 500km szutrów, piachów, leśnych ścieżek i innych “ujebów” oraz żaru lejącego się z nieba.

Ale od początku.

Plan przejechania Mazowieckiego Gravela na koronnym dystansie 500km chodził za mną już od dawna. Dwa lata temu zrobiłem nawet pierwsze podejście, ale wtedy dużo rzeczy poszło nie tak i pokonany przez mazowieckie błota, poobijany musiałem się wycofać. Później dwie kolejne edycje jeździłem sobie przygodowo z dzieciakami na dystansie 100km. Dzieciaki jednak dorosły, odkryły, że wcale nie muszą się zgadzać na głupie pomysły ojca i powiedziały “jedź se sam!” A mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.

Nauczony poprzednim doświadczeniem, które śmiało można nazwać porażką, tym razem postanowiłem się jednak trochę przygotować. W tym celu na jakiś tydzień przed startem zatrudniłem sobie profesjonalnego trenera. To znaczy “Czata GPT” sobie zatrudniłem. Nakarmiłem go informacjami o sobie, parametrami trasy, swoimi oczekiwaniami i po krótkiej dyskusji, po której czat doszedł do wniosku, że jednak nie uda mu się wybić tego durnego pomysłu z mojej głowy, przygotowaliśmy Plan. Plan bardzo wyraźnie (wielokrotnie i stanowczo) podkreślał, żeby przede wszystkim pilnować tętna (a nie jak na początku chciałem tempa), nawadniania i jedzenia. Uzbroiłem się zatem w żele, batoniki, izotoniki, powerbanki, rozpisałem sobie krytyczne punkty na trasie, upchnąłem wszystko w sakwę i byłem gotowy (xD) do startu.

Start o 6:05 w sobotę z rynku w Warce. W związku z tym pobudka o 3:15, szybkie (ale pożywne) śniadanko, żeby zdążyć na pociąg o 4:26. 10 km na dworzec, wiadomo - rowerem. Przecież nie będę o tak nieludzkiej godzinie budził szanownej małżonki, żeby mnie zawiozła. W ten sposób na starcie byłem z półgodzinnym zapasem.

Na rynku zaskoczył mnie kolega @Ragnarokk, który już wcześniej groził ma na hejto, że się tam zobaczymy. Dlaczego zaskoczył? Bo po tym jak przejrzałem jego posty i nie znalazłem tam żadnych treści “okołorowerowych”, za to mnóstwo treści o “grzybkach” doszedłem do wniosku, że może po prostu z nimi przesadził. Okazało się jednak, że kolega był jedną z tych osób, dzięki którym Mazowiecki Gravel w ogóle może się odbyć i jak pracowita pszczółka uwijał się w roli jednego z organizatorów. Szacun i wielkie dzięki!

No więc start. Od samego początku, trzymając się planu mojego profesjonalnego trenera, pilnowałem tętna. Wbrew pozorom nie było to takie proste - noga świeża, temperatura rano milusia, jedzie się wspaniale - to jak to tak, że mnie wyprzedzają?! Ale zacisnąłem zęby i pilnowałem, żeby serducho nie waliło szybciej niż 145-150 razy na minutę. I takim spokojnym tempem przez pierwsze godziny turlałem się przez piękne tereny w okolicach Warki, a później przez szutrowe autostrady Puszczy Kozienickiej, gdzie dopadła mnie pierwsza i jedyna awaria na trasie. Może awaria to za dużo powiedziane, bo zachowując czujność udało mi się jej uniknąć. Kto jeździ dłuższe trasy, ten wie jak denerwujące są wszelkiego rodzaju trzaski, stuki i inne niepożądane dźwięki w rowerze. Więc kiedy przez szum łańcucha, chrupot moich starych stawów i jęki zmęczenia przedarło się rytmiczne pukanie, postanowiłem się zatrzymać i sprawdzić o co może chodzić. Okazało się, że w dodatkowym uchwycie na bidony, który miałem przykręcony do siodła, poluzowały się śruby i jeszcze parę kilometrów i pewnie bym go zgubił. Niestety trzeba było rozmontować wszystko, dogrzebać się do klucza, przykręcić porządnie śrubę, zmontować wszystko z powrotem, schować klucz, po czym rozmontować wszytko jeszcze raz, ponownie dogrzebać się do klucza, przykręcić drugą śrubę, której nie dokręciłem za pierwszym razem, zmontować wszystko po raz drugi i już po 30 minutach przerwy mogłem ruszyć dalej.

I mniej więcej w tym momencie pojawił się on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura przekroczyła 30 stopni i już poniżej tego progu nie spadła. A przynajmniej do późnego wieczora. Teraz oprócz kontroli tętna doszło pilnowanie regularnego nawadniania się i uzupełniania bidonów, co na trasie, która w większości prowadzi przez pola i lasy potrafi być nie lada logistycznym wyzwaniem. Zresztą stąd te dodatkowe bidony pod siodłem.

Pierwszy oficjalny pitstop był po 140 kilometrach na rynku w Zwoleniu. Mój żołądek karmiony do tej pory głównie słodkimi rogalami i żelami z dużą radością przywitał zupę gulaszową (w wersji vege, żeby nie zamulać się mięsem) i kilka herbat z cytryną i dużą ilością cukru - wiadomo w gościach słodzimy najwięcej. Na koniec szybkie chłodzenie głowy w fontannie i można jechać dalej.

O ile odcinki prowadzące przez las, schowane w cieniu, wśród świergotów ptactwa były bardzo przyjemne, o tyle te w szczerych polach dostarczały zupełnie innych atrakcji - żaru, lepiącego się do spoconego ciała kurzu i owadów wpadających we wszystkie otwory ciała. Dosłownie - we wszystkie!

Kolejny pitstop zaplanowany był na 218 kilometrze w Pętkowicach, w okolicy Bałtowa. Na 70 kilometrach dzielących te dwa punkty dwa razy musiałem uzupełniać zapasy izotoników i wody, i wlałem w siebie dwa soki pomidorowe, żeby poczuć w ustach coś innego niż cukier i muchy. Do Pętkowic dojeżdżałem z ogromną nadzieją na jakiś sensowny posiłek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pitstop jest lokalną imprezą, przy wiejskiej remizie, z dmuchańcami dla dzieciaków, DJem puszczającym… powiedzmy, że lokalną muzykę, a do spożycia zaoferowano nam kiełbasę z grilla i piwo. Z alkoholem. To znaczy była oczywiście woda, jakieś kruche ciasteczka, a wiejskie koła gospodyń napiekły ciast, ale wierzcie mi po 200km w upale, żrąc tylko i wyłącznie cukier w różnych postaciach i stanach skupienia, sam widok ciasta wywołuje odruch wymiotny. Po szybkim zestawieniu trasy z punktami gastronomicznymi w google maps okazało się, że powinienem zdążyć do pizzerii w Iłży oddalonej o kolejne 60 kilometrów. Jeszcze tylko szybka wizyta w toalecie, w trakcie której odkryłem, że moje spodenki faktycznie - zgodnie zresztą z zapewnieniami na stronie producenta - są idealne na wycieczki do 5h. A później zamieniają się w papier ścierny. No nic, drugich na zmianę nie zabrałem, więc od tej pory, przez (ponad) połowę trasy ratowałem się co jakiś czas kremem na obtarcia, który przezornie ze sobą zabrałem. Cierpienie zmniejszał tylko na chwilę. A ja nie jestem jak @wagabundowy i na stojąco tylu kilometrów nie pojadę, więc przez najbliższy tydzień pewnie będę chodził bez majtek…

Do Iłży dotarłem chwilę po godzinie 22:00. Zamówiłem pizzę i przebrałem się w koszulkę na noc, bo temperatura łaskawie zaczęła spadać. Niestety mam taką przypadłość, że przy takim wysiłku posiłki w formie stałej ciężko mi wchodzą, więc wmusiłem w siebie raptem 3 z 4 kawałków, popiłem dzbankiem herbaty z cytryną i dużą - a jakże - ilością cukru, po czym o 23:00 zostałem z lokalu wyproszony.

Wsiadłem na rower, i po przejechaniu kilkuset metrów troszkę mnie po posiłku zmuliło, więc stwierdziłem, że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie żeby drzemkę, którą miałem zaplanowaną dopiero na 330km w Szydłowcu odbyć już teraz. Podjechałem pod kościół, znalazłem schowaną w cieniu ławeczkę, przypiąłem sobie rower linką do ręki, ustawiłem budzik i zamknąłem oczy. Budzik zadzwonił po piętnastu minutach więc… przestawiłem go o kolejne piętnaście. A później jeszcze raz… W ten sposób udało mi się zdrzemnąć jakieś pół godziny. Ze snu bardziej niż dźwięk budzika wyrwał mnie dźwięk terkoczącej piasty jakiegoś innego przejeżdżającego uczestnika, którego zatrzymałem w nadziei, że razem - żeby było raźniej - przejedziemy przez noc. Okazało się, że kolega ma zarezerwowany nocleg w Iłży i zaczął mnie gorąco namawiać, żeby się tam z nim zabrać, bo są miejsca i w ogóle. Przez zmęczenie i późną porę (było już po północy) w pierwszym momencie dałem się mu namówić, ale po chwili jazdy stwierdziłem, że jak położę się w miękkim łóżku, to prędko się z niego nie podniosę. Perspektywa kolejnego całego dnia w upale, z obtartymi jajkami szybko przywołała mnie do rozsądku, podziękowałem koledze i pojechałem w noc. I w las…

I to była najlepsza decyzja w tym całym porąbanym pomyśle. W nocy temperatura spadła do 14 stopni, drogi pożarowe w lasach w Górach Świętokrzyskich okazały się niewiele gorsze od asfaltów, a z podcastem w uchu nawet błyskająca na horyzoncie burza nie wydawała się taka straszna.

Następny na trasie był Szydłowiec. Szydłowiec był w moim planie niezmiernie istotny. A był istotny dlatego, że znajdowała się w nim jedyna otwarta 24h/dobę stacja benzynowa, a za nim przez kolejne 100 kilometrów, poza lasami, nie było zupełnie nic. Należało więc chwilę odpocząć, posilić się i uzupełnić zapasy. Po dojechaniu na Orlen okazało się, że:

* toaleta zamknięta, bo właśnie jest sprzątana,

* maszyna do kawy i herbaty też jest wyłączona, bo dopiero czeka na sprzątanie, przez tą samą panią co właśnie ogarnia toaletę

* piec do ciepłych posiłków jest w trybie serwisowym

* a hot-dogi wyjedli już Ci co byli ode mnie szybsi

Jedyne co pani była w stanie mi zaoferować, to hamburger podgrzany w opiekaczu. ale o drugiej w nocy, po 300km, człowiek raczej nie wybrzydza. Niestety bułka po podgrzaniu okazała się twarda jak kamień więc wyjadłem tylko ze środka mięso z ogórkiem przywalone keczupem i musztardą. Zresztą “mięso” to też nadinterpretacja, ale akurat w tym wypadku to nawet dobrze. Na szczęście w międzyczasie udrożniła się toaleta i ekspres więc mogłem zalać posiłek kolejną herbatą z cytryną i - wiadomo - dużą ilością cukru. Chwilę jeszcze posiedziałem, żeby podładować telefon i nawigację.

Jak tylko ruszyłem to zaczęło się robić jasno, bo to przecież najkrótsza noc w roku. Po podjechaniu kilku podjazdów, które na mapie wyglądały dużo groźniej niż w rzeczywistości i kilku odcinków “specjalnych”, które w rzeczywistości wyglądały dużo gorzej niż na mapie spotkałem kolegę, który jak tylko mnie zauważył zaczął gorączkowo machać. Zdecydowanie nie wyglądało to na pozdrowienie, a na prośbę o pomoc - dlatego też postanowiłem się zatrzymać. Okazało się, że kolega - na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Adam, chociaż imię miał zupełnie inne - złapał gumę i swoją pompką uszkodził już zawór w pierwszej zapasowej dętce, więc z drugą dętką bał się ryzykować i w towarzystwie owadów czekał, aż go ktoś inną pompką poratuje. No więc poratowałem. Podarowałem mu też jedną ze swoich zapasowych dętek, żeby bidula nie jechał bez zapasu, życzyłem powodzenia i pośpiesznie ruszyłem dalej, pozwalając komarom kontynuować konsumpcję nieszczęśnika.

Tak jak wspomniałem od Szydłowca przez kolejne 100 kilometrów nie było nic. To znaczy trasa prowadziła przez jakieś mieściny, ale jako że była już niedziela i wczesnoporanne godziny to na nic ciekawego nie można było liczyć. Nawet wiejskie psy nie wykazywały zainteresowania.

I tak, przeklinając kilka razy na piachach organizatorów, dojechałem do Odrzywołu (417km) do kolejnej otwartej 24h stacji benzynowej. Tutaj na szczęście udało mi się dostać hot-doga, który przy moim oporze do stałych posiłków, wszedł zaskakująco gładko. Został popity, a jakże - herbatą i butelką soku pomarańczowego. Tutaj też dogonił mnie Adam (ten, który ma zupełnie inaczej na imię) i postanowiliśmy, że do mety pojedziemy już razem.

W towarzystwie czas mija zdecydowanie szybciej więc nawet nie wiem, kiedy minęło nam tych kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Wiem za to, że minęło nam na marudzeniu, narzekaniu i plotkowaniu. Mieliśmy nadzieję dojechać do mety już bez postojów, ale niestety pojawił się znowu on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura znowu przekroczyła 30 stopni, a momentami zbliżała się nawet do 40. Dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze na chwilę na kolejnej stacji na 460km, czyli niecałe 40 km przed metą. Jeszcze nigdy bezalkoholowe piwo nie smakowało mi tak bardzo. Przy okazji odkryłem, że potrafię wypić całą półlitrową puszkę jednym haustem, ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje o sobie przy okazji takich przygód. Kiedy ja przyjemnie siedziałem sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu odpisując na SMSy, Adam wyszedł dokończyć swoje napoje na zewnątrz. Kiedy po 10 minutach wyszedłem, znalazłem go - jak przystało na prawdziwego ultrasa - śpiącego na trawie przy koszu na śmieci.

Z przykrością go obudziłem i podjęliśmy ostatni już tego dnia wysiłek. Okazało się, że ten króciutki postój dał nam nowy zastrzyk energii i - jak to mawiają - poszedł ogień na tłoki. Perspektywa, zbliżającej się z każdym obrotem korby, mety spowodowała, że przestaliśmy już nawet dbać o jedzenie i poiliśmy się tylko izotonikami - po to, żeby oszukać głód i nie dostać udaru.

I tak po niecałych 32 godzinach wjechałem na metę, gdzie ku mojemu zaskoczeniu czekali na mnie z niespodzianką rodzice.

500 kilometrów, ponad doba na rowerze, hektolitry herbaty z cukrem, kilka kryzysów i dokładnie zero powodów, żeby robić to ponownie.

Do zobaczenia za rok.

*

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Specjalista3piorunów

@fonfi Nie tylko świetna przygoda, ale i wspaniale opisana.

Gruba ryba3piorunów

Wrzucali wpisy z setką, też wrzuciłem. Sto mil? Zrobiłem. Wrzucają dwósetki? Już się przymierzam. Wpada 500? Chyba porzucę kolarstwo XD

Gratulacje, taki dystans to nie w kij dmuchał!

Pokaż więcej komentarzy (84)

Kosmonauta

w Memy

15piorunów

@TwojStaryJeSuchary

Osobistość11piorunów

@Skawarotka wczoraj jechałem ścieżką rowerową typu namalowana na jezdni. Chcę skręcić w lewo, oglądam się za siebie, lewa ręka w bok, zbliżam się do środka jezdni bo za mną auto daleko. Zwalniam stopniowo dojeżdżając do miejsca skrętu bo z naprzeciwka jadą pojazdy i w tym momencie przez szybę auta wyprzedzającego mnie prawą stroną słyszę że mam "wypierdalać na ścieżkę rowerową". Aż mi zadzwonił w uszach post starego od sucharów który czytałem kilka godzin wcześniej. Wracając do domu zastanawiałem się czy z tej okazji nie poczynić wpisu, że zarówno rowerzyści jak i kierowcy w swoich grupach mają pewien odsetek debili (najcześciej to ten najbardziej widoczny odsetek). Stwierdziłem jednak że mi się nie chce.

Zamiast się dzielić to wartałoby spróbować zrozumieć drugą stronę. Nie usprawiedliwiam jeżdżenia jezdnią wzdłuż której prowadzi ścieżka rowerowa. Nie usprawiedliwiam kierowców przekraczających 50km/h na pięćdziesiątce.

A gość od "wypierdalania na ścieżkę" w łapie telefon trzymał XD

Pokaż więcej komentarzy (20)

Fenomen

w Dyskusje

90piorunów

Nie wiem czasami po co miasto wydaje kasę na ścieżki rowerowe 😒 Jest droga, jest ścieżka obok ładnie opisana (z kostki ale wygodnie się jeździ sam jeżdżę) i koleś na góralu żadnej tam szosie jedzie środkiem ulicy i jeszcze się patrzy do tyłu żeby nikt broń Boże nie śmiał jaśnie pana wyprzedzać.

Zamiast na ścieżki rowerowe musimy inwestować w badania psychiatryczne

Jak już mamy infrastrukturę żeby każdy był bezpieczny to używajmy jej 😒

Tytan4piorunów

Ale się cykliści zesrali 😂😂😂

Kosmonauta3piorunów

@TwojStaryJeSuchary No halo! Gdzie to nieprzycięte zdjęcie albo lokalizacja tej "drogi rowerowej"? Co jest, masz odwagę pyskować dziecko drogie ale odwagi aby dokładnie pokazać miejsce już ci brakuje? No już, raz, raz, czekam.

Pokaż więcej komentarzy (111)

Kosmonauta

w Rowerowy Równik

35piorunów

315 204 + 20 = 315 224

Pojechaliśmy z @vvitch zobaczyć, wieczorową porą, piękno Koszalina.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Osobistość4piorunów

@Mordi @vvitch

Jeździcie koło Koszalina? Bo mam pytanko.

Jak wygląda stara "szóstka" pod względem rowerowym, bo np. Słupsk - Sławno dość sprawnie się jeździ, w święta i niedziele ruch samochodowy znikomy - i jestem ciekawa, czy Sławno-Koszalin też tak wygląda.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gwiazdor

w Rowerowy Równik

41piorunów

312 635 + 5 + 62 + 5 + 3 + 5 + 6 + 2 + 404 = 313 127

Były niezliczone setki i dwusetki, była trzysetka oraz pięćsetka (w warunkach wyścigowych) ale 400 km jeszcze nie miałem okazji zrobić. Po powrocie z Włoch miałem robić bikepacking na południu Polski ale pogoda trochę pokrzyżowała plany. Ale miałem taką traskę do zrealizowania "kiedyś".

Z Białego startuję lekko niewyspany ale od początku wiatr mocno pomaga i szybko dojeżdżam do Mężenina gdzie została już zrealizowana ścieżka rowerowa w stronę Łomży. Jestem pod wrażeniem długości inwestycji.

Potem Łomża i przeszkoda w postaci budowy torów, trzeba lekko omijać, potem znów ścieżka rowerowa i w Nowogrodzie ponownie niespodzianka bo realizowane jest przedłużenie drogi rowerowej aż do Zbójnej. Za zbójną widać wycięty pas drzew przy drodze i pociągnięte zostanie to aż do granicy województwa.

Przed Myszyńcem kilka nowych kwadratów wpadło i zrobiło się ponuro. Do Wielbarka, na drodze, chyba powiatowej, jest niesamowity ruch aut ciężarowych. Gorzej niż na krajówce.

Następnie lasy i jeziorka do Olsztynka i gdzieś w tych okolicach ponownie robi się słonecznie. Później malownicze krajobrazy w stronę Morąga i Pasłęka. Przed tym drugim znajduje się najwyższy punkt tej bardzo płaskiej trasy.

Potem Elbląg, który na początku zachwyca infrastrukturą aby za chwilę zamazać pierwsze dobre wrażenie.

Następnie modyfikuję trasę aby dostać się na wyspę Sobieszewską zanim oznaki zachodu słońca schowają się za horyzontem. Coś tam jeszcze udało się złapać w obiektywie.

Na koniec ponad 20 km dojazdu na prysznic i krótkie spanie. Nawigacja po ciemku nie była zbyt przyjemna.

Trasa poprowadzona raczej głównymi arteriami. Głównym celem było dojechanie do morza. Cel zrealizowany. Następnym razem może jakieś 600?

A dziś jeszcze dokładka - gravelem z Gliwic przez Katowice do Mysłowic. Bardzo zielone tereny.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Gruba ryba6piorunów

@icecrypt co tu za wyniki ostatnio wpadają :smiley: Kozacki dystans, czasowo chyba też nieźle poszło, skoro zdążyłeś na późny wieczór, a nie wyruszałeś na wieczór?

Pokaż więcej komentarzy (11)