Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

George_StarkGruba ryba

Dołączył/a:

  • 887 wpisów
  • 4133 komentarzy
  • 8 obserwujących

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

8piorunów

Globalne ocieplenie

_(wersja antropogenna)_

Gdzie będzie mi gorzej?

Na polu? Na dworze? –

i tutaj, i tutaj

jest cholerny upał.

By chciało się pożyć,

a tu sen morzy –

energii żadnej

i pachnie nieładnie.

Toksyczna chmura,

mariacki kurant –

na całym świecie

jest cieplej, bo przecież

Kraków świat nęka

węglami w tlenkach.

*

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

23piorunów

Po spotkaniu poetów niespełnionych

(i jednego spełnionego)

Choć droga powrotna to była mordęga

(noga mnie boli od wciskania sprzęgła –

dziś chyba cała trasa A1

ma średnią prędkość 21,37)

i chociaż Splaszowi wiszę pieniądze,

znów dobre wspomnienia zwiążę z Grudziądzem.

Co też innego można by związać,

kiedy się wczoraj do miasta Grudziądza

zjechało poetów (w tym jeden spełniony!)

i filmowały ich nawet drony?

Bo, choć jest zabiegany, to znalazł moment

żeby się z nami zobaczyć @zomers

(i to on właśnie przyjechał z dronem).

Ponoć nie każdy do końca był zdrowy,

lecz Prometeusz nasz dwumetrowy

ognisko zdołał rozpalić tak szybko,

że nikt nie zauważył, że @Trypsyna z chrypką.

Nie tylko z chrypką, ze @scorpem przybiegła!

(Gdy ich nogi bolą, to nie od sprzęgła)

A skoro o nogach, to stał od nich o krok

przybyły z Krakowa @CzosnkowySmok.

Tak żeśmy stali, przy tym gadali,

ogień na środku się palił i palił,

a Smok wtedy pojął, że @myoniwy

to nie jest żaden @minionowy

co pojął ponownie, więc pojął na bis;

i @KatieWee była, i był @patryk-pis

którzy w tym samy motelu co i ja spali,

gdzie przez sen nawet nas monitorowali.

Było ognisko, kiełbasa, kijki,

i @Wrzoo też była, i był Nietrzymryjski.

A skoro @Wrzoo była, to była i woda,

dość duży akwen, i to nieopodal –

Owczarek tam poszedł trenować żabkę.

Później mu @Wrzoo rzucała zabawkę

i tak biegali po plażowych piaskach,

a nawadniała się (psycho)Patka.

Niedzielna rozkosz na podniebienie?

Zamknięte! Czego szczególnie niech żałuje Zenek,

(i może jeszcze @mywyioni) –

@qbuch ma bliżej, nie musi gonić

przez Polski połowę by zaznać ochłody

i u Francuza zjeść ciasto czy lody.

A taka ochłoda? – rzecz ważna szalenie!

(przed nią już tylko jest nawodnienie)

bo, gdy dziś wyjeżdżałem, w mieście był upał,

zaś wczoraj (to milsze) był @AndrzejZupa.

Andrzej jest spoko, nie to co gorąc,

lecz czego spodziewać się lipcową porą?

Choć, nawet jeśli byłby to grudzień,

to miło jest z Wami się spotkać, ludzie!

(I w tajemnicy coś jeszcze Wam powiem:

podobno wrzesień. Ponoć w Gorzowie.)

*

Wołam jeszcze tych, których nicków nie udało mi się wpleść we wiersz tak, jak je sobie złośliwie wymyślili: @splash545 @owczareknietrzymryjski @Patkapsychopatka @LesnyZenek

A na koniec jeszcze raz wszystkim dziękuję za miłe spotkanie, tym razem już prozą. :smiley:

I naprawdę na koniec załączam jeszcze zdjęcie konstrukcji, którą dziś zauważyłem obok mojego parkingu w Grudziądzu. Zainteresowała mnie, bo mi się skojarzyła z tym, co stoi na Rysach i zastanawiam się teraz, czy to skojarzenie jest tak trafne, jak ta rura pod spodem, która trafia prosto do Wisły.

Lider9piorunów

@George_Stark wspaniały wiersz! Coś pięknego! 😁

Gruba ryba9piorunów

@splash545 A dziekuję. :smiley: To za sprawą takich fantastycznych inspiracji.

@zomers Nie no, najgorzej bylo pod Łodzią. Juz bym chyba wolał po jakichś górskich serpentynach jeździć.

Fanatyk5piorunów

Przepiękne podsumowanie!

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Zaraz wsiadam do mojego opla perłowowczarnego

i na północ będę gonił, w ceglanokrzyżackie strony.

Wcale jednak nie zamierzam zwiedzać wieży czy spichlerza –

inne w głowie mam pomysły! To za sprawą syren z Wisły,

bowiem kiedyś tak słyszałem (i to prawda, jak sądzę),

że oddają się kieleckim turystom pod Grudziądzem.

*

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

11piorunów

Nic się już chyba nie zmieni, a morzy mnie sen.

Tak że ten:

temat: rok 1984

rymy: Jelcyna - głowa - łysina - Chruszczowa.

Proszę bawić się bardzo dobrze, droga młodzieży,a ja idę spać. :smiley:

GURU5piorunów

Jelcyna - głowa - łysina - Chruszczowa

Tego co Jelcyna

Wymyśliła głowa

nie zniosłaby łysina

samiutkiego Chruszczowa

Lider5piorunów

Dżordżu wymyślił dziś Jelcyna

Od szukania natchnienia boli głowa

Rwę włosy, powstała już łysina

Chyba wolałbym już Chruszczowa

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

8piorunów

Mnóstwo niestety jest w naszym narodzie zawiści. Jeden drugiemu rzuca kłody pod nogi, często zupełnie bez powodu i to nawet nie dla własnej korzyści, ale wyłącznie po to, żeby bliźniemu było gorzej. Frustracja wylewa się wszędzie, w tym i na drogach, a może na drogach to wylewa się nawet szczególnie. Kogo nikt nigdy nie popędzał długimi światłami na lewym pasie autostrady, na kim nikt nigdy nie wymusił pierwszeństwa, przy okazji pozdrawiając go wyprostowanym środkowym palcem, kto nigdy nie został obtrąbiony bez żadnego powodu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Najlepiej w szybę tego nowego auta, co to je sąsiad sobie nie wiadomo za jakie pieniądze ostatnio kupił i postawił pod blokiem żeby inni zazdrościli.

Na szczęście są też przykłady pozytywne i takie przykłady należy nagłaśniać, co też w poniższym wytworze starałem się uczynić, powracając przy okazji do dawnego, a ostatnio trochę niestety zaniedbanego tematu przewodniego naszej kawiarni :

*

Sonet szesnastowersowy o solidarności i wzajemnym wsparciu kierowców w czasie przypadkowego spotkania na stacji benzynowej, ale też i o tym, że efekty naszych działań zależą przede wszystkim od nas samych, choć czasami do tego żeby osiągnąć sukces potrzebujemy jednak jakiegoś bodźca z zewnątrz

A kiedy zza drzwi usłyszałeś głos:

– „Nie wal konia, tylko sraj!”,

wtedy pojąłeś, że jest też ktoś,

kto, tak jak i ty, przemierza kraj.

Też na stacji pod Zamościem

się zatrzymał zalać bak,

też pomyślał, że najprościej

będzie wysrać się na zaś.

Może spedytor w trasę go gnał?

Może się spieszył spotkać z żoną?

A może inne powody miał

żeby tak krzyczeć przed kabiną?

Tylko że jakoś nie leciało ci –

może za mało błonnika jesz?

Ale się spiąłeś: raz, dwa i trzy! –

wszystko potrafisz, gdy tylko chcesz.

*

Gruba ryba2piorunów

@George_Stark alternatywne zakonczenie

Ale się spiąłeś: raz, dwa i trzy! –
Tak się pracuje na hemoroidy
Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Niby mamy lipiec...

Niby mamy lipiec, a marznie mi nos –

wyjątkowo zimno, prawie tak jak maj.

Siedzę, rymy składam, niczym jakiś Łoś –

graj piękny Cyganie, na harmonii graj!

Chciałbym się wywiązać z mojej powinności,

którą bez przymusu sam wziąłem na kark,

w cyklu o Krakowie nie chcę zaległości –

muszę coś napisać! Słownym jest George Stark.

Gdyby się zjawiła mucha… Albo pchła?

Herbata wystygła, już zapada zmrok…

Niech mi ktoś pomoże! Kto rym do „pchła” zna?

A myśl z pierwszej strofy? Może to jest trop?

Niby mamy lipiec, a nos marznie mi…

Nawet już nie pchła, ale choćby wesz…

W Kielcach są ulewy, od jakichś trzech dni.

A w Krakowie, na Brackiej, kwaśny deszcz.

*

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

17piorunów

1076 + 1 = 1077

Tytuł: Gołoborze

Autor: Maciej Siembieda

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10

*

A jednak ksiądz przyszedł. Odczekał, zrobił swoje i kiedy został sam nad grobem grzesznika, przyszło mu do głowy, że okrutny Bóg ze Starego Testamentu mógłby mieć za cmentarzem parę mórg pola i czuć się w Grabinie jak w domu.

Gdyby okna mojego mieszkania znajdowały się na innej ścianie budynku, mógłbym z nich oglądać gołoborza. No dobra, musiałyby ich jeszcze nie zasłaniać rosnące na stokach poniżej drzewa, a i kilka budynków po drodze też należałoby wyburzyć, ale chodzi o to, że mam je naprawdę blisko. I to, że jest to książka o regionie, było jednym z powodów, że zdecydowałem się za nią zabrać, choć jednak z ostrożnością. Ostrożność moja wynikała z faktu, że o książce ostatnio było bardzo, bardzo głośno i atakowała mnie, tak mi się wydawało, niemal zewsząd. Miałem wrażenie, że marketing tej książki jest na tyle silny, że nie może ona być dobra – ot taka moja (być może świętokrzyska?) przekorność. Zabrałem się więc za Gołoborze z ostrożnością, ale wsiąkłem w nie już po kilku pierwszych stronach, od razu po przeczytaniu prologu.

Mnóstwo rzeczy przychodzi mi do głowy po lekturze Gołoborza, ale najważniejszą z nich jest chyba to, że pan Siembieda odmalował region tak dokładnie, że czułem się tak, jakbym przeniósł się jakimś sposobem do podstawówki, znów pojechał na wakacje do babci na wieś i znów brał udział w życiu tej świętokrzyskiej wsi, w życiu którego absolutnie nie rozumiałem i które było dla mnie tak pełne sprzeczności. Życia, w którym tak rozbieżne było to, co się mówiło i to, co się robiło. Bo tak jest chyba do dzisiaj, że Świętokrzyskie jest jednym z bastionów katolicyzmu, tylko niekoniecznie tego rzymskiego, ale raczej naszego, takiego polskiego. Nieodłącznym wówczas (a podejrzewam, że jest tak do dziś) elementem życia wsi, a więc i moich wakacji, była niedzielna msza święta (choć wolałem oglądać na Polsacie Disco Relax albo inne Power Rangers, no ale nie miałem przecież wyboru) i było dokładnie tak, jak to autor w G_ołoborzu_ opisał – ludzie szli do kościoła, słuchali księdza, śpiewali pieśni, przekazywali sobie znak pokoju, a jednak jedni siadali daleko od drugich (każdy miał w kościele „swoje” własne miejsce i nie daj Boże, żeby ktoś mu je zajął!), a później, po mszy wracała rzeczywistość. Bliźni znów przestawał być bliźnim – ludzie dzielili się na „swoich” i „tamtych”. Winowajcom się nie wybaczało, pielęgnowało się w sobie żale, choć przyczyn zatargów nikt już nie pamiętał, a nawet jeśli wracały we wspomnieniach, to były tak błahe, że aż nie do uwierzenia. Można było to wszystko wyjaśnić od razu, ale przez lata niezgoda narosła tak bardzo, że była już nie do przezwyciężenia. Tak, wychowałem się w Świętokrzyskim, którego chyba nie rozumiałem, później kilkanaście lat mnie tutaj nie było (a mieszkałem w międzyczasie kilka lat w Opolu, które w książce też występuje), ostatnio wróciłem i przeżyłem mentalny szok, bo zdążyłem zapomnieć (albo wyprzeć) to, jak tutaj jest. Myślę, że największą wartością z lektury Gołoborza jest dla mnie to, że ta książka pozwoliła mi ten region chyba trochę lepiej zrozumieć.

Imponującą sprawą jest z jednej strony rozmach książki, bo jej akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad stu lat, a z drugiej strony umiejętność przedstawienia przez autora tego, co dla historii jest istotne. Pomiędzy rokiem 1863 a 1988 wydarzyło się w Polsce wiele rzeczy i one oczywiście wpływają na życie jej bohaterów, ale na pierwszym planie zawsze jest to, co być tam powinno. Taka umiejętność nieuciekania w dygresje (choć ja dygresje bardzo lubię, ale to trzeba robić umiejętnie) wydaje mi się bardzo cenna, a na pewno sprawiła, że Gołoborze czyta się bardzo płynnie. Poza tym to pan Siembieda napisał tę książkę fantastycznie pod względem konstrukcyjnym. Bardzo często stosowanym przez niego zabiegiem jest przedstawienie efektu, a później opis jak do tego doszło (tak jak jest napisane na przykład świetne Czyż nie dobija się koni? pana Horace'a McCoya). Takich sprytnych zabiegów narracyjnych zresztą w książce całe mnóstwo, a ich repertuar jest bardzo szeroki – autor naprawdę po mistrzowsku potrafi przykuć i utrzymać uwagę. Jeśli już jestem przy tym, jak tę książkę się czyta, to nie mógłbym nie wspomnieć o kwestii języka. Istnieje coś takiego jak gwara świętokrzyska, ona nie jest skomplikowana i nie jest bardzo daleka od czystej polszczyzny, ale istnieje. I właśnie taką gwarą jest ta książka napisana. To czuć, kiedy się ją czyta, a najoczywistszym przykładem jest odmiana nazwisk zwaśnionych rodów: Kończaki i Cebrzny, więcej argumentów bez analizy podać nie umiem, ale w czasie lektury miałem flasbacki tego, jak mówiło się u babci na wsi, a mówiło się właśnie tak, jak to w Gołoborzu czytałem.

Choć wszystkie postaci występujące w książce są bardzo wyraźne (ciekawym zabiegiem wśród tak wielu bohaterów jest to, że nie wszystkie nazwiska są podane – poza tymi, którzy dla opowieści są istotni i wiemy, jak się nazywają, występują postaci, które są opisywane swoją rolą, jak „esbek” czy „żona Zbigniewa”, co z jednej strony, moim zdaniem, ma wartość literacką o tyle, że wiadomo na których postaciach skupić uwagę, ale też buduje ten klimat „swoich” i „obcych”), mnie najbardziej w pamięć zapadła Pężarka. Bo jeśli książka jest o Górach Świętokrzyskich, to nie może w niej zabraknąć pogaństwa i legend (i nie zabrakło), a przez tę postać Gołoborze tak bardzo ociera się o realizm magiczny, że aż miałem mimowolne skojarzenia ze Stoma latami samotności, co uważam za ogromny komplement.

Jest w Gołoborzu mnóstwo zła, jest nienawiść, jest zemsta, jest zacietrzewienie, źle pojęty honor i wszystkie inne świętokrzyskie przywary. Jest w niej też trochę humoru, jest wspaniały popis umiejętności narracyjnych autora, słowem jest w tej książce wszystko, co sprawia przyjemność w czasie lektury. I, na sam koniec, jest też w tej książce posłowie, w którym pan Siembieda opisuje, które z opisanych wydarzeń przeszczepił do tkanki powieści (to jego sformułowanie, bardzo ładne) z rzeczywistości. I lektura tego posłowia jest, delikatnie mówiąc, przerażająca.

Osobistość3piorunów

@George_Stark warto dodać dla miłośników audiobooków, że jest bardzo dobrze przygotowana wersja audio.

Gruba ryba

w Książki

17piorunów

1075 + 1 = 1076

Tytuł: Zimne wybrzeża

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

W grzechu czuł się bardziej chrześcijaninem, ponieważ komunista nie grzeszy, może najwyżej złamać komunistyczne zasady, ale nie zgrzeszyć.

Poszukiwań pana Twardocha późniejszego w panu Twardochu wcześniejszym ciąg dalszy.

Tym razem autor zabiera czytelnika na Spitsbergen, największą wyspę archipelagu Svalbard (Svalbard z norweskiego oznacza właśnie „zimne wybrzeże”), do miejsca, które, co wiem z wywiadów, pana Twardocha zawsze pociągało i które od czasu do czasu odwiedza (choć nie wiem czy był tam przed napisaniem tej książki). W Arktyce zresztą rozgrywa się też akcja jednego z opowiadań pana Twardocha, Tak jest dobrze, które można znaleźć między innymi w tomie Ballada o pewnej panience, które to opowiadanie nie tylko jest świetne, ale i zainspirowane stylem pana Cormaca McCarthyego, to tak na marginesie.

Książka opowiada o pobycie na Spitsbergenie Johna Smitha, Brytyjczyka, który oficjalnie przybywa tam po to, żeby prowadzić badania socjologiczne. Tyle tylko, że John Smith nie jest socjologiem, zresztą John Smith nie jest nawet Johnem Smithem, co już przywodzi na myśl bohaterów pojawiających się w późniejszych utworach pana Twardocha. W Zimnych wybrzeżach jest trup, jest już na samym początku, jest polska placówka badawcza, są norwescy górnicy i są jeszcze (fantastyczni!) rosyjscy dawnowiercy. A także są Chruszczow, Stalin, Jeżow i Mołotow, bo to takie czasy i choć akcja powieści rozgrywa się w 1957 roku, to nawet martwy już od jakiegoś czasu Stalin swoje piętno na historii Spotzbergenu odcisnął, przynajmniej w wersji tej historii w wykonaniu pana Twardocha.

Językowo ta powieść jest (tylko) poprawna. Językowy przełom, moim zdaniem, u autora nastąpi dopiero w jego kolejnej powieści, w Wiecznym Grunwaldzie. Historia jest ciekawa i spójna, choć mnie nie porwała, ale może to dlatego, że nie jestem ani fanem powieści kryminalnych ani szpiegowskich (a Zimne wybrzeża to po trochu i to i to). Postaci, może poza Awwakumem Awwakumowiczem Łomkowem (to ten opisywany tym cytatem na początku wpisu) też nie wydały mi się jakoś szczególnie interesujące, dużo ciekawszy był dla mnie Antoni Szarzycki, bohater czytanego wcześniej przeze mnie Przemienienia. Przy całym moim podziwie dla twórczości pana Twardocha, dla mnie ta książka, szczególnie na tle późniejszych jego dokonań (ale też i za sprawą tego, o czym ja czytać lubię, a o czym nie lubię) jest mocno średnia.

O samych Zimnych wybrzeżach to tyle, ale jest jeszcze jedna rzecz, która niezwykle mnie fascynuje. Otóż, Zimne wybrzeża, powieść z roku 2009 po zmianie przez autora barw wydawniczych i przejściu z Wydawnictwa Literackiego do Marginesów w roku 2025 doczekała się wznowienia właśnie przez wydawnictwo Marginesy. To wznowienie zostało ciepło przyjęte, a sama powieść zaczęła zbierać bardzo pozytywne recenzje. Inaczej ponoć było przy okazji jej pierwszego wydania, kiedy to przeszła w zasadzie bez echa. To, co bardzo mi się w całej tej sytuacji podobało, to reakcja autora na te pozytywne recenzje po wznowieniu, która zawierała się w pytaniu do zachwycających się „gdzie byliście w roku 2009?”.

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

17piorunów

O! Siedzę nad sonetem, a tu cztery rymy trzeba:

temat: awaria

rymy: draniem -chwilę - branie - bilet

Proszę się bawić wspaniale! :smiley:

Lider5piorunów

Chcesz, możesz mnie nazwać draniem

Walczyłem z awarią w związku chwilę

W związku z tym spakowałem ubranie

Wziąłem je i w jedną stronę bilet

Gruba ryba6piorunów

@George_Stark

Dawno z takim nie spotkalem sie draniem.

Usiadlem sobie w pociągu, na chwilę.

Pół godzinki nie siedzę, za ramię branie,

A to kanar się pruje, że czy mam ja zaś bilet

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

13piorunów

Słyszałem kiedyś teorię, że nie należy wstrzymywać bąków, bo – zgodnie z prawami fizyki – gazy unoszą się do góry, trafiają do mózgu i stąd się biorą posrane pomysły. Może podobny wpływ na nasze myśli ma i skład powietrza, którym oddychamy? No a w Kielcach ostatnio wiało. Niby nic nowego, ale wiało od Krakowa.:

*

Sonet o Krakowie, ale za to z morałem

Powietrze (rzec można) kolor ma mleczny

(o ile jest to mleko od kozy

i rozpuszczone w nim kozie boby)

w mieście (jak by nie patrzeć) to ex-stołecznym.

W takich okolicznościach (chyba?) przyrody

(mnóstwo jest o niej relacji sprzecznych,

przez widok zaćmiony – niedostateczny)

rzuciła się kiedyś Wanda do wody.

Że niby Grudziądz i topielica?

Nie – trup na miejscu, później kostnica

i kurhan, który dla niej wzniesiono.

A morał z wiersza, pro wasze bono,

niech zapamięta, dyrektor czy woźny:

w Krakowie nie smok, a smog jest groźny.

*

GURU3piorunów

@George_Stark cykl krakowski widzę dobrze się miewa!! :grinning:

Gruba ryba2piorunów

@Endrevoir Nie że miewa, tylko cały czas ma się dobrze! 😉

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

5piorunów

Ryba i Plusk

Mówili na nią Ryba, tak jak na komisarza Rybę, choć nazywała się zupełnie inaczej i żadnym komisarzem nie była. W ogóle nie miała nic wspólnego z policją – Ryba była nauczycielką.

Uczniowie lubili Rybę. Najbardziej lubili w niej to, że zawsze była pogodna. Ryba, niezależnie od aury za oknem, niezależnie od temperatury i ciśnienia, niezależnie od opadów lub ich braku zawsze była uśmiechnięta.

– Niestety, Jureczku, wykorzystałeś w tym semestrze już wszystkie trzy nieprzygotowania, wobec czego zmuszona jestem postawić ci jedynkę. – Tak na przykład w drugim tygodniu września powiedziała Ryba do Jurka Ostrowskiego, a słowa te wypowiedziała z tym swoim nieodłącznym uśmiechem, który z jej twarzy nie zniknął również i wtedy, kiedy tę, bądź co bądź zasłużoną ocenę wpisywała Jurkowi do dziennika.

– To już trzecia! – wykrzyknął Jurek.

– Tak trzecia – zgodziła się Ryba. – Trzy jedynki, a trzy to dokładnie tyle, ile lat już spędzasz w ósmej klasie – dodała, po czym wybuchnęła śmiechem. Jurek Ostrowski również się wtedy roześmiał i było w tym ich wspólnym śmiechu coś niezwykłego, coś co łączyło ich oboje, jakieś wzajemne zrozumienie i obopólna sympatia. Ryba i Jurek Ostrowski często się razem śmiali.

Tak, uczniowie lubili Rybę, a Ryba lubiła uczniów. Wśród wszystkich jednak uczniów, z którymi miała do czynienia przez długie lata swojej zawodowej kariery, Ryba szczególnie polubiła Jurka Ostrowskiego, zresztą polubiła go ze szczególną wzajemnością. To właśnie za sprawą Ryby Jurek Ostrowski, pomimo całkiem niezłych ocen z pozostałych przedmiotów, pomimo piątek z języka polskiego w klasach cztery-siedem, od dwóch lat kończył rok szkolny z jedynką na świadectwie. Niedostateczny z języka polskiego skutecznie uniemożliwiał Jurkowi ukończenie podstawówki, co nieuchronnie wiązałoby się ze zmianą szkoły, a więc również z zaprzestaniem uczestniczenia przez Jurka w lekcjach prowadzonych przez Rybę, a na to Jurek zdecydoanie nie chciał pozwolić.

Już piąty rok z rzędu, odkąd tylko Jurek Ostrowski uzyskał promocję do klasy czwartej, lekcje języka polskiego wyglądały w taki sam sposób. Zaraz po dzwonku, kiedy rozwrzeszczana hałastra dzieciaków, niesiona jeszcze ostatnimi tchnieniami przerwy, głośno zajmowała swoje miejsca w klasie, Jurek Ostrowski już stał przy biurku Ryby.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – mówił, a Ryba przez trzy pierwsze lekcje semestru wpisywała ołówkiem przy jego nazwisku „np”, a później, już długopisem, dostawiała kolejne jedynki w coraz bardziej wydłużającym się rządku.

Później Jurek Ostrowski zajmował swoje miejsce w pierwszej ławce, tuż przed biurkiem Ryby (które, z racji niedofinansowania szkoły, również było ławką, taką samą jak te uczniowskie, tylko nazywało się inaczej) i wówczas rozpoczynało się misterium. Lekcje języka polskiego nie były zwykłymi lekcjami, były czymś dużo większym. W czasie lekcji języka polskiego Jurek Ostrowski dyskutował z Rybą na wszystkie możliwe tematy. Rozprawiali o etyce, ontologii, teorii poznania i podejmowali wiele innych tematów, a ciężar tych rozmów i czynionych w nich spostrzeżeń był tak duży, że, gdyby tylko ktoś te rozmowy spisał, można by je pomylić z dialogami Platona. Tak, można było te rozmowy Jurka Ostrowskiego z Rybą pomylić z rozmowami Platona z Sokratesem, o ile tylko założyć, że ci dwaj wielcy filozofowie czytywali kiedyś Muminki.

Nie ma jednak ludzi bez wad (oprócz, rzecz jasna, Jurka Ostrowskiego) więc nawet i Ryba miała swoją przywarę. Kiedy nadchodził drugi tydzień maja, kiedy organizowany był w Zielonej Górze coroczny zjazd miłośników Ani z Zielonego Wzgórza, Ryba brała tydzień urlopu i przez całe długie pięć dni nie pojawiała się w szkole. Jurek Ostrowski cierpiał wtedy, cierpiał męki straszliwe. Męki Jurka były już wystarczająco straszliwe z powodu tęsknoty za Rybą, a ich straszliwość potęgowana była dodatkowo przez panią Orzeszkową, która Rybę zastępowała.

– Dobrze, już dobrze. Zamknij gębę i siedź tam cicho – uciszała Jurka pani Orzeszkowa głosem tak beznamiętnym jak opisy przyrody, kiedy Jurek chciał rozwinąć któryś z wątków omawianego właśnie tematu, a później pani Orzeszkowa takim samym głosem kontynuowała swój wykład aż do dzwonka, którego dźwięku, obwieszczającego uczniom koniec męczarni, często zdawała się nie zauważać. Pani Orzeszkowa gadała, Jurek cierpiał i tak właśnie wyglądał każdy drugi tydzień maja w przeciągu ostatnich pięciu lat. W tym roku zdarzyło się jednak inaczej.

Było już trzy minuty po dzwonku. Do sali, nawykowo pochylając się w drzwiach, wszedł ubrany w czerń wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Zwyczajny rozgardiasz, który panował w klasie dotąd, dopóki nauczyciel nie uderzył dziennikiem w swoją szumnie nazywaną biurkiem ławkę, ucichł natychmiast. Uczniowie zadarli głowy i wpatrywali się w tę postać, której pojawienie się zaskoczyło wszystkich. Mężczyzna, charakterystyczny z powodu swojego wzrostu, był znany w mieście jako cieć na obiektach wojskowych, ale od kiedy na świecie zapanował powszechny pokój i żadne wojsko nie było już więcej potrzebne, stał się bezrobotnym. Mężczyzna miał jednak swoje zobowiązania – musiał wykarmić pająki, psa i żonę, wobec czego zmuszony został do znalezienia innego zajęcia, które, w przeciwieństwie do pływania na supie, przyniosłoby mu jakieś wymierne korzyści finansowe. Wakowało w tamtym czasie wiele stanowisk nauczycielskich, z jakiegoś powodu mało kto chciał zostawać nauczycielem, mężczyzna znalazł więc swoją zawodową niszę w oświacie.

– „Czytać po polsku umiem, pisać też umiem, no to i polskiego mogę nauczać” – pomyślał, a później zrobił tak jak pomyślał. W taki właśnie sposób Marek Plusk został nauczycielem.

Marek Plusk w pełnej napięcia ciszy przemierzył salę. Przeszedł przed tablicą, ale zanim jeszcze zdążył zająć miejsce na, nazwijmy to jeszcze szumniej, ponieważ zmierzamy już do finału opowiadania, stawka powinna więc urosnąć: katedrze, przy ławce nazywanej biurkiem stał już Jurek Ostrowski.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – powiedział.

– C⁎⁎j w twoje nieprzygotowanie – odparł nauczyciel. – I tak wszyscy umrzemy.

*

*

POSŁOWIE

Wczoraj wieczorem, tak zupełnie bez przyczyny, przypomniały mi się słowa kolegi @fonfi z komentarza pod jakimś starym opowiadaniem, gdzie napisał, że (cytuję z pamięci) „ponieważ to opowiadanie w kawiarence, tylko czekałem aż gdzieś pojawi się wysoki mężczyzna z psem”. No i się pojawił. Pojawił mi się w głowie, razem z pomysłem na ten pierwszy akapit, a później to już jakoś poszło, strumień świadomości popłynął. Spisałem te rozchwiane myśli z wczorajszego wieczora w jakąś tam, mam nadzieję w miarę spinającą się całość i będziemy mieć co najmniej dwa opowiadania w przedłużonej edycji naszego konkursu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że dawno się tak dobrze przy pisaniu opowiadania nie bawiłem. :smiley:

Lider1piorunów

@George_Stark ten plusk w tytule przykuł moją uwagę i nie zawiodłem się! Na końcu się szczerze roześmiałem! 😁

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Książki

17piorunów

1039 + 1 = 1040

Tytuł: Przemienienie

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10

*

uczą też, dlaczego Gombrowicz jest dla socjalistycznej ojczyzny szkodliwy, ale nie biorą tego na poważnie nawet wykładowcy, bo kogo jeszcze obchodzi dobro socjalistycznej ojczyzny.

Po niedawnej powtórnej lekturze Króla i Królestwa przypomniałem sobie dlaczego uważam pana Szczepana Twardocha za jednego z najwybitniejszych pisarzy, których utwory miałem przyjemność czytać i postanowiłem wrócić do badania tego, co zacząłem badać już kiedyś, a badałem drogę, jaką autor przeszedł po to, żeby pisać tak jak pisze, to znaczy pisać w sposób mnie zachwycający. Badałem tę drogę w jedyny łatwo dostępny mi sposób, a mianowicie zapoznając się z powieściami, które pan Twardoch napisał wcześniej, to znaczy przed Morfiną, która to Morfina okazała się przełomowa w jego pisarskiej karierze, przynajmniej jeśli chodzi o tę karierę sensu stricto, to znaczy która przyniosła mu sukces wydawniczy. Bo, w wyniku moich badań uważam, że przełom literacki nastąpił u pana Twardocha już wcześniej, co najmniej w Wiecznym Grunwaldzie (bo wcześniej, przed Wiecznym Grunwaldem były jeszcze Zimne Wybrzeża, których jeszcze nie czytałem, ale zaraz zaczynam).

Jest więc rok 2008, nikomu nieznany autor, pan Szczepan Twardoch ma 29 lat, dwie powieści na swoim koncie (Sternberg – nie czytałem i Epifanię wikarego Trzaski – czytałem i całkiem mi się podobało) i pewnie kilka innych publikacji, jakieś może opowiadania, których nie chce mi się w tej chwili szukać, bo to nie jest dla mnie aż tak istotne. Jakoś pewnie przed tym rokiem 2008 pan Szczepan Twardoch musiał zapoznać się z książką księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej i musiał przeprowadzić z nim długą i treściwą rozmowę (cytat z podziękowań w Przemienieniu) i w ten właśnie sposób mogło powstać Przemienienie.

W Przemienieniu mieszają się ze sobą dwa światy – polski kościół katolicki i Urząd Bezpieczeństwa PRL. Kościół nie wierzy w Boga, UB nie wierzy w ojczyznę ludową, ale wszyscy zachowują formy – już samo to jest w Przemienieniu bardzo ciekawe, a to tylko tej książki tło, bo Przemienienie to thriller i to w dodatku ze wspaniale napisanym głównym bohaterem-psychopatą (o samej psychopatii też zresztą w książce jest trochę, co jest zwiastunem tego, co będę w późniejszych książkach pana Twarodocha uwielbiał, to znaczy ten głos zza fabuły, te spostrzeżenia natury ogólnej, które czasami przeszkadzają w śledzeniu historii, bo zmuszają nie tylko do zatrzymania się, ale jeszcze i do zastanowienia).

Historia jest ciekawa, choć momentami wydawała mi się trochę naciągana (szczególnie rozwiązanie, które jednak – chcę w to wierzyć – jest tak absurdalne, że aż niemożliwe poza książką), postaci są napisane wybitnie, a główny bohater, Antoni Szarzycki jest prowadzony tak konsekwentnie, że mam wrażenie, jakbym gościa spotkał. Choć nie było to spotkanie miłe.

Najciekawszym jednak w tym wszystkim było to, czego szukałem sięgając po tę pozycję. Dla mnie, znającego późniejsze dokonania autora, to było niesamowite doświadczenie poznawać to, co napisał kiedyś i móc sobie jedno z drugim porównywać. I tak, w Przemienieniu widać to wszystko, co u pana Twardocha mnie zachwyca, ale jednak trochę jakby jeszcze mało gęste, jakby trochę rozwodnione, czy jeszcze nieoszlifowane może? Widać w każdym razie zaczątki. Widać solidne przygotowanie się do pisania (choć z osadzeniem w świecie wydaje mi się, że w Przemienieniu autor trochę przesadził – za dużo tych nazw ulic, którymi Szarzycki jeździł swoją czerwoną alfą romeo gtv6), widać umiejętność oddania relacji i ekspozycji postaci. Widać umiejętność opowiedzenia historii w sposób interesujący i trzymający w napięciu, choć to jeszcze nie to, co nastąpiło później. W Przemienieniu, moim zdaniem widać świetnie zapowiadającego się autora, który (również na moje szczęście), faktycznie się rozwinął.

Przemienienie to nie jest książka wybitna, ale wcale takiej się nie spodziewałem. Jest, owszem, bardzo dobra, ale autor zdążył mnie już mnie na tyle rozpuścić, że siłą rzeczy porównuję swoje wrażenia do tego, do czego mnie przyzwyczaił swoimi późniejszymi powieściami i tutaj, głównie literacko, Przemienienie wychodzi raczej na minus. Zresztą, sam pan Twardoch, kiedy wydawnictwo Marginesy (chyba) zaproponowało mu wznowienie jego pierwszych powieści, zgodził się, ale nie chciał mieć z tym wiele wspólnego. Nie chciał – tak przynajmniej twierdził w wywiadach – tych książek poprawiać, nie chciał ich redagować, a to dlatego, że nie był w stanie ich czytać. Dokładnie pamiętam tę jego wypowiedź, że dzisiaj każdą z tych książek, każde jej zdanie, napisałby zupełnie inaczej.

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

7piorunów

Jednak udało się chyba zdążyć. Na czas:

*

Prokrastynacja

Gdyby się chciało, tak jak się nie chce

może nie byłoby tylu spraw jeszcze

do załatwienia? I może wolne by było wreszcie,

gdyby się chciało, tak jak się nie chce?

Gdyby załatwić we właściwym czasie

to, co bez trudu załatwić wszak da się,

więc gdyby załatwić, a nie z tym zwlekać

może bym nie czuł, że czas mi ucieka?

Choć czasem naprawdę mało mam czasu,

a czas ma czasami pretensje zawczasu,

że czas już na coś, a ja nic nie robię,

a ja po prostu poleżałbym sobie! –

leżnie nie w cenie w dzisiejszych czasach,

ale czy wszystko się musi opłacać?

*

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

11piorunów

Sam sobie organizatorem, jurorem i laureator... Cholera, laureatem jednak. :confused:

*

Dobiegła, drodzy Państwo, końca XXVIII edycja zabawy w kawiarni .

Zorganizował ją @George_Stark, udział w niej wziął @George_Stark, wygrał ją @George_Stark.

Dziękuję. :smiley:

*

A tak poważnie, to przedłużymy sobie tę edycję do końca lipca - może (o, naiwności!) ktoś już zaczął pisać i nie zdążył? A może coś się komuś w czasie wakacji przydarzy ciekawego i będzie chciał to opisać? Albo komuś nie przydarzy się nic i w ramach walki z nudą będzie miał ochotę popuścić wodze fantazji?

Przypominam tylko, że tematem są wakacje albo szkoła.

Powodzenia!

I teraz już naprawdę dziękuję. :smiley:

Gruba ryba2piorunów

@George_Stark

Temat mi jakoś nie siadł... Chociaż jak teraz o tym myślę, to może napisałbym coś w stylu „Ciała” Kinga?

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

8piorunów

Nie prowokował, a sprowokował:

*

Anetka II

W piekle coraz częściej słychać głosy wściekłe:

– Kto tu, do cholery, zarządza tym ciepłem?!

Ja wszystko rozumiem: wiecznej kary miejsce,

ale z ciepła zdechnąć, kiedy raz już zdechłem?

A Anetka w górze, na swoim tarasie

pilnie nadzoruje temeraturografię

i choć sam Belzebub nawet już się wścieka,

ani drgnie jej brewka (czy inna powieka).

Żadnego urlopu i żadnych wagarów,

żadnego wolnego, ani tych dni paru –

ciągle przy robocie! Niczym stachanowiec!

I przy tej robocie tak powtarza sobie:

– Choćbyście pocałowali nawet mnie w siusiaka,

dalej będę grzała! Taki w końcu nakaz.

*

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

7piorunów

Specjalnie dla kolegi @bojowonastawionaowca. Nie zapytał wprost, ale przecież na pewno chciał.

*

Anetka

Ja bym chciała zmienić miejsce!

Ja tam lubię siedzieć w cieple!

Ja tu osiem godzin jestem,

i ja marznąć więcej nie chcę!

Jeszcze przeziębienie złapię!

Gardło mam wrażliwe takie,

że na abonament LEK-AM

zamiast Multisporta czekam!

A w ogóle, panie Jasiu,

choć ten wentylator skasuj!

Już zatoki czuję w głowie,

mam tak delikatne zdrowie!

Już mnie chyba łapie katar!

Na L4! – nie ma bata!

*

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

8piorunów

Prawie jak Dante

Zapraszam państwa na tournée po piekle!

Kotłów przed państwem zdejmiemy dekle,

niejeden państwo poznacie sekret,

i przekonacie się, co to za miejsce.

Mamy ostatnio tu niezły zapieprz –

przychodzą, rzec można, całe parafie!

Jeden za drugim, tynkarz czy lekarz –

cali są w grzechach! Lecz nie narzekam,

ale nie przypisuję też sobie zasług,

ja kuszę tylko od czasu do czasu,

głównie zaś swoją robotę robię –

za przewodnika. I za księgowę.

Słucham? Nie, nie da się płacić w ratach.

Rachunek przyjdzie, później zapłata.

*

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Książki

18piorunów

1025 + 1 = 1026

Tytuł: Ciemność płonie

Autor: Jakub Ćwiek

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10

*

Literat w myślach dziękował Bogu za tę znieczulicę. Nie potrzebowali bowiem samarytan… tylko spokoju.

Jeśli ktoś przed lekturą opowiedziałby mi dość dokładnie o czym jest ta książka, to chyba bym się za nią nie zabrał. Kiedy teraz o niej myślę, to wydaje mi się, że wszystko, co jest w niej zawarte w warstwie fabularnej i światotwórczej wręczy krzyczy do mnie: „Nie czytaj tego!” No bo jak inaczej można zareagować na opowieść o opowieści, która opowiada o tym, że na świecie panoszy się płonąca Ciemność, a jednym azylem, jaki ta Ciemność zostawiła Wybranym jest katowicki dworzec? Już same te słowa, „Ciemność” i „Wybrani” (pisane oczywiście wielką literą, jak "Własna Legenda" u pana Coelho) no, nie ma co ukrywać, według mnie raczej nie wróżą niczego dobrego. Można dodać do tego jeszcze kilka rzeczy, na przykład moją ulubioną metodę budowania napięcia poprzez… użycie wielokropka. No zapowiadałoby się źle, ale się nie zapowiedziało, więc przeczytałem. I, o dziwo, całkiem mi się podobało.

Może to taki czas, że potrzebowałem czegoś lżejszego, bo po Ciemność płonie sięgnąłem odłożywszy po kilkunastu stronach inne, poważniejsze jednak rzeczy? Może potrzebowałem takiej lekkiej opowieści, przy której nie trzeba zbyt wiele myśleć, nie trzeba niczego przeżywać, a można po prostu poznawać dalszy ciąg dość w sumie interesującej historii? W każdym razie bawiłem się przy tej książce nieźle, choć za dwa tygodnie pewnie o niej zapomnę. Póki jednak pamiętam, muszę oddać panu Ćwiekowi sprawiedliwość, że jeśli chodzi o pisanie książek rozrywkowych, to naprawdę nieźle mu to wychodzi, przynajmniej w przypadku tej pozycji. I może właśnie to sprawiło, że ta książka całkiem mi się podobała? To, że ona nawet nie próbowała udawać, że jest czymś więcej niż tylko bardzo dobrą lekturą rozrywkową? Takie lektury przecież też są bardzo potrzebne, a napisać takie pierdoły w sposób interesujący (i bardzo obrazowy), to też przecież duża sztuka.

Twórca0piorunów

tego dworca z ilustracji już nie ma

Pokaż więcej komentarzy (2)