MaciekGruba ryba
15piorunów"Dziadek"
Piątek, 20 Lipca
- Chłopaki, wstawajcie. Dziadek zmarł dziś w nocy.
Ojciec stał w drzwiach i trzymał dłoń na klamce naszego pokoju. Jego głos był wyjątkowo spokojny, chyba jeszcze nigdy takiego go nie słyszałem. Patrzył na nas w milczeniu. Widać, że nie wie co ma dalej ze sobą zrobić po tych słowach. Jak teraz mam zareagować? Chyba powinienem płakać. Ale czy chcę teraz płakać? Nie znoszę płakać, gdy ojciec to widzi, zawsze się wtedy wścieka. Ale czy jeśli nie będę płakał, to czy będzie znaczyło że nie jest mi smutno? A czy jest mi smutno? Ale przecież wiedzieliśmy od kilku dni, że dziadek umrze. Czy ja już płaczę? To prawda, wiedzieliśmy, ale przecież to mój dziadek, ten kochany, który zawsze naprawił rower, przyszedł zajrzeć po szkole, odprowadzał na przystanek i dopytywał jak minął dzień. Czemu łzy nie chcą lecieć? Czy powinny? Czy muszą? A co jeśli nie polecą, czy to będzie znaczyło, że nie jestem smutny?
Niedziela, 8 Lipca, popołudnie
- Kto wygrał mecz?!
- Toruń!
- Ktooooooooo?!
- Toruń!
- Ktooooooooo?!
- Toruń, Toruń, Toruń! Do boju, do boju, do boju Apator!
Krzyki kibiców przy stadionie żużlowym przy ulicy Broniewskiego ucichły niedługo po ostatnim biegu. Wspólnie z bratem wychodzimy przez bramę główną i kierujemy się w stronę Placu Teatralnego. Na zabranie się tramwajem nie ma co liczyć, ale do autobusu jadącego w stronę domu i tak jeszcze sporo czasu. Idziemy większość drogi w milczeniu, wymieniając sporadyczne uwagi o meczu. Myśli mojego brata są już gdzieś indziej, gdzieś w miejscu do którego nie mam wstępu, więc nie pytam, żeby nie narazić się na uwagi że jestem młody i nic nie rozumiem. Całą drogę do domu przypominam sobie poszczególne biegi i trzymając się poręczy z tyłu autobusu udaję, że składam się w łuk niczym Tony Rickardsson za każdym razem kiedy autobus skręca w lewo. W głowie mam już plan, żeby po dotarciu do domu odtworzyć co ciekawsze akcje meczu na rowerze. Droga do domu jest długa. Autobus jedzie prawie pięćdziesiąt minut, potem jeszcze kwadrans marszu.
Poruszenie na podwórku zauważamy już z daleka. Przed domem babci są wszyscy mieszkańcy naszego podwórka - rodzice, wujostwo, kuzynostwo. Ciotka i mama w charakterystycznej pozie, którą przybierają kiedy niepokoją się o coś, a jednocześnie są zdenerwowane i nie mają na kogo tej złości przerzucić. Krzyżują wtedy ręce na piersiach, ale tak bardzo, bardzo ciasno, jakby było im zimno, lub jakby miały się zaraz rozpaść na kawałki i tylko ten uchwyt trzymał je w kupie. Wchodzimy przez bramę.
- Coś się stało?
Brat podejmuje temat. Wie, że jeśli nie zapyta, to nikt nic sam z siebie nie powie.
- Dziadka nigdzie nie ma, nie możemy go znaleźć.
Jeden z wujków rzuca w odpowiedzi, ale takim tonem, jakby to było coś czym nie należy się za bardzo przejmować. Dziadek ma alzheimera, to znaczy, że zapomina kim i gdzie jest. Zdarzało mu się już, że brał swoją aktówkę i wychodził “do pracy”. Zawsze ktoś musiał wtedy za nim iść, zawrócić go do domu po pewnym czasie. Mieszkamy tuż obok lasu, który ciągnie się przez kilkanaście wsi, więc trzeba było mieć dziadka na oku.
- Jak to nie ma? Gdzie poszedł? - Ciągnie brat.
- Toć skąd mamy wiedzieć. Byśmy wiedzieli to byśmy tu nie stali chyba. - Mama odpowiada tonem pełnym pretensji o zadawanie takich pytań.
Niewiele udaje się dowiedzieć. Ot, sytuacja jakich było dotąd wiele. Dziadek wyszedł z podwórka, tylko tym razem nikt w porę nie zauważył. Przez następne godziny trwa debata dokąd mógł pójść. Wujkowie idą sprawdzić obrzeża lasu. Chcę pójść z nimi, ale słyszę, że mam się nie kręcić, bo jeszcze sam się zgubię i będzie podwójny kłopot. Po jakimś czasie ojciec wraca do domu. Podchodzi do mnie.
- Co tak wszyscy stoją? - Ojciec pyta tonem który znam. To ton oczekujący krótkiej i rzeczowej odpowiedzi.
- Dziadek poszedł do lasu i nie wrócił - staram się nie patrzeć mu w oczy gdy mówię.
- Dawno?
- Nie wiem, mówili, że około pierwszej
- I nikt nie wie gdzie poszedł? Szukali go?
- Nikt go nie pilnował, wuj…
- A ty czemu go nie pilnowałeś? - tu już głos ojca przybiera oskarżycielski ton
- Nie było mnie, byliśmy na żużlu
- Mhm… Pewnie, łazicie wszędzie i całe podwórko na głowie babci i mamy.
Po tym poszedł do salonu i zaczął rozmawiać z mamą. Nie wiem o czym. Zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie warto było jechać na ten mecz. Może gdybym był w domu, to bym widział, że dziadek wychodzi i nie byłoby problemu.
Sobota, 9 Lipca, ranek.
- Maciek, jedziemy szukać dziadka, idziesz z nami?
Otwieram oczy. Mama stoi w drzwiach pokoju, cały czas w tej swojej charakterystycznej zamkniętej pozie. Chcę iść. Ubieram się szybko. Śniadanie też jem szybko, żeby nikt nie musiał na mnie czekać. Wchodzimy do lasu i przeglądamy zakamarki. Przeszukujemy rowy, patrzymy za przewrócone pnie. Kiedy wujkowie idą sprawdzać leśne bagna i jeziorka nie idę z nimi. Nie boję się, wiem, że dziadek na pewno się odnajdzie, ale po prostu nie chcę. Tak na wszelki wypadek. Idziemy tak ścieżkami, które dziadek znał, bo albo dawniej chodził nimi do pracy, albo odwiedzić rodzinę, albo na grzyby. Przez chorobę często wymyślał sobie scenariusze, które były całkiem rzeczywiste, więc nie ma sensu szukać go poza miejscami, które znał. Po około dwóch godzinach dochodzimy do jego rodzinnej wioski i rozpytujemy ludzi, czy go widzieli, jednak niestety wydaje się, że go tu nie było. Próbuję pomagać, sam podchodzę do ludzi na drodze i pytam czy widzieli dziadka. Każdy go tu zna, to mała wieś, mieszka tu jego rodzeństwo, więc nawet nie trzeba go opisywać. Jednak słyszę, że mam nie przeszkadzać, bo tylko mącę ludziom w głowie i mam siedzieć cicho, albo wracać do domu. Znów przypomina mi się, że gdybym został w domu, to dziadek by nie zaginął.
Po powrocie do domu zgłaszamy zaginięcie na policji. Do babci co chwila ktoś dzwoni i pyta, czy dziadek już się znalazł. Babcia długo rozmawia z ludźmi przez telefon. Staram się nie rzucać w oczy, ale nie wiem co mam ze sobą zrobić. Czuję, że nie powinienem teraz robić nic, bo należy się martwić, tylko że jakoś nie martwię się o to, że dziadek się znajdzie. Zastanawiam się, czy będziemy teraz w tym programie “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Jeśli tak, to pewnie ciocia będzie mówić w studio, bo ona ładnie mówi.
Tak mija cały dzień. Dziadka nadal nie udało się znaleźć.
Niedziela, 10 Lipca, ranek.
Wstaję, obudzony przez wpadające do domu przez otwarte drzwi muchy. Nie lubię kiedy rodzice zostawiają otwarte drzwi, nie da się wtedy spać. Wchodzę do kuchni. Widzę w salonie ojca, który ogląda coś w telewizji.
- Będziemy dziś dalej szukać dziadka? - Pytam, bo nie lubię, kiedy w domu jest tak cicho.
- Dziadek się znalazł. - ojciec nie przestaje patrzeć w telewizor.
- Co? Kiedy? Wrócił sam?
- Nie wiem, mama jest u babci
Idę do domu babci. Jest u niej całe mnóstwo ludzi, ale nie widzę dziadka. Babci też nie. Nie pytam o nic, staram się nie rzucać w oczy, przysłuchuję się rozmowom i dowiaduję się, że ktoś, kto zna dziadka odnalazł go śpiącego w rowie. Leżał przy drodze, którą dawniej chodził do pracy. Wczoraj uznaliśmy, że nie będziemy tam dalej iść, bo tak daleko dziadek by nie doszedł. A jednak. Ten ktoś kto go znalazł wiedział, że dziadek jest poszukiwany, więc zadzwonił do babci. Teraz babcia pojechała tam z wujkiem, żeby dziadka przywieźć do domu.
Przyjeżdżają niedługo później. Dziadek wygląda dobrze, tylko jest cały pogryziony przez mrówki i ma trawę we włosach. Babcia nalewa wody do wanny, żeby go umyć. Ktoś dzwoni po lekarza. Bardzo się cieszę, że dziadek się odnalazł, chociaż przecież nie wątpiłem w to ani przez chwilę. Mama mnie zauważa. Podchodzi i pyta czemu się tu kręcę i każe mi iść do domu. Wychodzę niezadowolony. Po powrocie do domu przez okno w naszym salonie obserwuję wjeżdżającą na podwórko karetkę. Lekarz długo jest u dziadka. Ojciec mówi, że pewnie dziadka zabiorą do szpitala. Okazuje się, że pomimo spędzenia dwóch nocy w lesie dziadkowi nic nie jest. Przez resztę dnia do babci zjeżdża mnóstwo ludzi ciekawych co się stało. To zaginięcie dziadka to spora sensacja w okolicy, jednak późnym popołudniem wszyscy już z tego żartują przy kawie i cieście. Ciocia proponuje żeby w marynarki i swetry powszywać dziadkowi takie karteczki z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu.
Wtorek, 11 lipca
Dziadek jednak musi iść do szpitala. Nie wiem dlaczego, ale przyjechała po niego karetka. Mama i ciocia jadą z babcią dopilnować wszystkich formalności.
Czwartek, 13 lipca
Jedziemy odwiedzić dziadka w szpitalu. Ma pokój w końcu korytarza. Dziadek mnie poznaje i pyta jak tam w szkole. Zakłopotany i zniecierpliwiony odpowiadam dziadkowi, że przecież są wakacje. Dziadek śmieje się. Niby wiem, że dziadek jest chory, ale to dziwne, że on nic nie wie. Czy to faktycznie jest taka choroba, czy dziadek po prostu nie słucha? Czasem zachowuje się jak dziecko, a nie jak dziadek. Babcia i mama ogarniają coś przy nim i rozmawiają z pielęgniarkami. Chciałbym już wracać do domu, bo nie lubię szpitali. Jest w nich cicho i dziwnie pachnie, do tego wszyscy są smutni i strasznie wolno chodzą.
Myślę o tym że za kilka dni mam urodziny i zastanawiam się co będę wtedy robił. Pewnie pójdę na rower, albo do kolegi. On ma ogromną piaskownicę za domem, da się tam budować wszystko, a kopiąc w piachu można znaleźć jakieś fantastyczne rzeczy. Ostatnio znaleźliśmy jakieś zawiasy i starą puszkę. Wszystko wykorzystujemy żeby budować nasze miasto dla resoraków. Da się tam spędzić cały dzień, co jest najlepsze.
Do dziadka jeździmy jeszcze kilka razy. Za każdym razem dziadek pyta mnie jak w szkole i już mnie to nudzi. Nie lubię tam jeździć.
Piątek, 20 lipca
- Chłopaki, wstawajcie. Dziadek zmarł dziś w nocy.
…
Do śniadania nie udało mi się rozpłakać, chociaż bardzo się starałem. Udało się dopiero gdy po śniadaniu poszedłem do domu babci. Płakałem tak naprawdę, bo przypomniało mi się jak dziadek przychodził po mnie do szkoły i jak zrobiło mu się smutno kiedy mu powiedziałem żeby już nie przyjeżdżał, bo chcę wracać sam, a teraz już z nim nigdy nie porozmawiam. Mama siedzi na krześle w babcinej kuchni i każe mi podejść. Nachylam się do niej i przytulam ją, ale myślę o tym że musi to wyglądać strasznie głupio.
Babcia rozmawia z kimś przez telefon
- …Stasiu ja wiem, że to był twój brat, ale to był mój M Ą Ż, jak on może leżeć u was, jak mam już wykupione na cmentarzu…
U babci jest całe mnóstwo ludzi. Przyjechała nawet ta ciocia, która od dawna nie odzywa się do nikogo. Jest już cała ubrana na czarno. Widzę, że wszyscy traktują ją z rezerwą, ale i szacunkiem. Ciocia zarządza, że wieczorem będzie czuwanie i nikt się nie sprzeciwia. Nie wiem co to znaczy, ale kiedy mama pyta czy chcę przyjść, bo będziemy wspominać dziadka, to mówię że tak. Szybko zaczęło rozmawiać o terminie pogrzebu. Starszyzna mówiła, że nie godzi się tak żeby nieboszczyk przez niedzielę w kostnicy leżał, bo może kogoś zabrać ze sobą. Wystraszyłem się słuchając o tym. Czy to znaczy, że ktoś jeszcze umrze? Ciocie i wujkowie mówili, że przecież w niedzielę się nie da, a na jutro nie uda się wszystkich powiadomić i zorganizować. Było o to mnóstwo kłótni przez resztę popołudnia.
Wieczorem okazuje się, że to całe czuwanie to mówienie różańca, i wcale mi się to nie podoba. Siostra babci oburzyła się kiedy zauważa, że nie mówię różańca i zaczęła się na głos zastanawiać, czy w ogóle pamiętam o tajemnicach. Nie chciałem wplątać się w dyskusję o różańcu, więc spytałem mamę, czy mogę iść do domu. Mama stwierdziła, że jeśli nie chcę się modlić za dziadka to mogę, ale jak tak to powiedziała, to uznałem, że chcę jednak zostać. “...Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota…”
Poniedziałek, 23 lipca
Dziś pogrzeb dziadka. Mama przygotowała nam ubrania. Mówi, że nie spodziewała się, że moje spodnie od garnituru będą jeszcze potrzebne, a były już za małe, więc je wyrzuciła i pójdę w czarnych jeansach, tylko mam uważać żeby ich nie wybrudzić żeby nie wyglądać jak świnia. Ojciec wrócił z wieńcami. Jeden jest od naszej rodziny, kolejny od dzieci czyli mamy, jej sióstr i brata. Ojciec odebrał jeszcze dwa kolejne, które zamówili wujek z ciocią od nich. Zastanawiam się, czy jeśli nie ma wieńca od wnuków to źle, i czy musi tak być, że każdy daje wieniec. Ojciec wścieka się na mnie i brata, że się guzdrzemy i nie znajdzie miejsca przed kościołem. Brat wyrzuca, że to wszystko przeze mnie.
Przyjeżdżamy do kościoła. W kaplicy cmentarnej tłum ludzi śpiewa “daj mu wieczne spoczywanie”. Lubię tego słuchać, jest takie ładnie smutne. W kaplicy patrzę na dziadka w trumnie. Wygląda bardzo spokojnie i ładnie. Babcia do trumny wkłada mu okulary, jego medale za wysługę lat w pracy i jakiś święty obrazek. Mama mówi, że trzeba iść się pożegnać z dziadkiem. Nie wiem co to znaczy, więc patrzę co robią inni. Ludzie stają przy trumnie, łapią ręce dziadka i stoją tak chwilę. Kiedy jest moja kolej też dotykam rąk dziadka, ale zaraz mam ochotę je cofnąć. Są zimne i twarde. Mówię pod nosem “cześć, dziadek”. Ojciec to słyszy i się wścieka.
- “Cześć, dziadek?”. Nic mądrzejszego nie miałeś?
Razem z mamą wchodzimy do kościoła, ojciec zostaje na zewnątrz. On nigdy nie wchodzi do kościoła, bo mówi że kiedyś powiedział do księdza “cześć” zamiast “pochwalony” i od tamtej pory się wstydzi. Wydaje mi się, że ksiądz już nie pamięta, a po za tym przecież mszę prowadzi nowy wikary a nie proboszcz, ale pewnie ojciec i tak się wstydzi. W trakcie mszy widzę, że mama płacze i mi też robi się strasznie smutno. Też zaczynam płakać. Mama odwraca się do mnie i mówi, że jeśli zaraz się nie uspokoję, to pożałuję w domu, więc staram się tłumić płacz.
Kiedy wynoszą z kościoła trumnę z dziadkiem ksiądz zaczyna śpiewać bardzo ładną pieśń o aniołach. Bardzo mi się podoba, jest bardzo uroczysta i wzruszająca i znów chce mi się płakać, ale powstrzymuję się żeby mama nie widziała.
Na stypie dziwi mnie, że nikt nie mówi o dziadku i nie wiem co takiego się stało, że znów wszyscy wydają się być weseli. Słyszę jak babcia rozmawia ze swoją siostrą
- …pięćdziesiąt lat pożycia i wnuka poznawał, a mnie nie…
Rosół potwornie chlapie i boję się, że coś poleci na spodnie. Ciekawe czy ktoś będzie na boisku.
@Maciek ależ to jest świetne. To otwożyło nie tyle szufladę, co całą szuflandię w mojej pamięci. Ta śmierć widziana oczami dziecka jest tak niesamowicie… zwyczajna?.


