Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#naopowiesci

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

"Dziadek"

Piątek, 20 Lipca

- Chłopaki, wstawajcie. Dziadek zmarł dziś w nocy.

Ojciec stał w drzwiach i trzymał dłoń na klamce naszego pokoju. Jego głos był wyjątkowo spokojny, chyba jeszcze nigdy takiego go nie słyszałem. Patrzył na nas w milczeniu. Widać, że nie wie co ma dalej ze sobą zrobić po tych słowach. Jak teraz mam zareagować? Chyba powinienem płakać. Ale czy chcę teraz płakać? Nie znoszę płakać, gdy ojciec to widzi, zawsze się wtedy wścieka. Ale czy jeśli nie będę płakał, to czy będzie znaczyło że nie jest mi smutno? A czy jest mi smutno? Ale przecież wiedzieliśmy od kilku dni, że dziadek umrze. Czy ja już płaczę? To prawda, wiedzieliśmy, ale przecież to mój dziadek, ten kochany, który zawsze naprawił rower, przyszedł zajrzeć po szkole, odprowadzał na przystanek i dopytywał jak minął dzień. Czemu łzy nie chcą lecieć? Czy powinny? Czy muszą? A co jeśli nie polecą, czy to będzie znaczyło, że nie jestem smutny?

Niedziela, 8 Lipca, popołudnie

- Kto wygrał mecz?!

- Toruń!

- Ktooooooooo?!

- Toruń!

- Ktooooooooo?!

- Toruń, Toruń, Toruń! Do boju, do boju, do boju Apator!

Krzyki kibiców przy stadionie żużlowym przy ulicy Broniewskiego ucichły niedługo po ostatnim biegu. Wspólnie z bratem wychodzimy przez bramę główną i kierujemy się w stronę Placu Teatralnego. Na zabranie się tramwajem nie ma co liczyć, ale do autobusu jadącego w stronę domu i tak jeszcze sporo czasu. Idziemy większość drogi w milczeniu, wymieniając sporadyczne uwagi o meczu. Myśli mojego brata są już gdzieś indziej, gdzieś w miejscu do którego nie mam wstępu, więc nie pytam, żeby nie narazić się na uwagi że jestem młody i nic nie rozumiem. Całą drogę do domu przypominam sobie poszczególne biegi i trzymając się poręczy z tyłu autobusu udaję, że składam się w łuk niczym Tony Rickardsson za każdym razem kiedy autobus skręca w lewo. W głowie mam już plan, żeby po dotarciu do domu odtworzyć co ciekawsze akcje meczu na rowerze. Droga do domu jest długa. Autobus jedzie prawie pięćdziesiąt minut, potem jeszcze kwadrans marszu.

Poruszenie na podwórku zauważamy już z daleka. Przed domem babci są wszyscy mieszkańcy naszego podwórka - rodzice, wujostwo, kuzynostwo. Ciotka i mama w charakterystycznej pozie, którą przybierają kiedy niepokoją się o coś, a jednocześnie są zdenerwowane i nie mają na kogo tej złości przerzucić. Krzyżują wtedy ręce na piersiach, ale tak bardzo, bardzo ciasno, jakby było im zimno, lub jakby miały się zaraz rozpaść na kawałki i tylko ten uchwyt trzymał je w kupie. Wchodzimy przez bramę.

- Coś się stało?

Brat podejmuje temat. Wie, że jeśli nie zapyta, to nikt nic sam z siebie nie powie.

- Dziadka nigdzie nie ma, nie możemy go znaleźć.

Jeden z wujków rzuca w odpowiedzi, ale takim tonem, jakby to było coś czym nie należy się za bardzo przejmować. Dziadek ma alzheimera, to znaczy, że zapomina kim i gdzie jest. Zdarzało mu się już, że brał swoją aktówkę i wychodził “do pracy”. Zawsze ktoś musiał wtedy za nim iść, zawrócić go do domu po pewnym czasie. Mieszkamy tuż obok lasu, który ciągnie się przez kilkanaście wsi, więc trzeba było mieć dziadka na oku.

- Jak to nie ma? Gdzie poszedł? - Ciągnie brat.

- Toć skąd mamy wiedzieć. Byśmy wiedzieli to byśmy tu nie stali chyba. - Mama odpowiada tonem pełnym pretensji o zadawanie takich pytań.

Niewiele udaje się dowiedzieć. Ot, sytuacja jakich było dotąd wiele. Dziadek wyszedł z podwórka, tylko tym razem nikt w porę nie zauważył. Przez następne godziny trwa debata dokąd mógł pójść. Wujkowie idą sprawdzić obrzeża lasu. Chcę pójść z nimi, ale słyszę, że mam się nie kręcić, bo jeszcze sam się zgubię i będzie podwójny kłopot. Po jakimś czasie ojciec wraca do domu. Podchodzi do mnie.

- Co tak wszyscy stoją? - Ojciec pyta tonem który znam. To ton oczekujący krótkiej i rzeczowej odpowiedzi.

- Dziadek poszedł do lasu i nie wrócił - staram się nie patrzeć mu w oczy gdy mówię.

- Dawno?

- Nie wiem, mówili, że około pierwszej

- I nikt nie wie gdzie poszedł? Szukali go?

- Nikt go nie pilnował, wuj…

- A ty czemu go nie pilnowałeś? - tu już głos ojca przybiera oskarżycielski ton

- Nie było mnie, byliśmy na żużlu

- Mhm… Pewnie, łazicie wszędzie i całe podwórko na głowie babci i mamy.

Po tym poszedł do salonu i zaczął rozmawiać z mamą. Nie wiem o czym. Zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie warto było jechać na ten mecz. Może gdybym był w domu, to bym widział, że dziadek wychodzi i nie byłoby problemu.

Sobota, 9 Lipca, ranek.

- Maciek, jedziemy szukać dziadka, idziesz z nami?

Otwieram oczy. Mama stoi w drzwiach pokoju, cały czas w tej swojej charakterystycznej zamkniętej pozie. Chcę iść. Ubieram się szybko. Śniadanie też jem szybko, żeby nikt nie musiał na mnie czekać. Wchodzimy do lasu i przeglądamy zakamarki. Przeszukujemy rowy, patrzymy za przewrócone pnie. Kiedy wujkowie idą sprawdzać leśne bagna i jeziorka nie idę z nimi. Nie boję się, wiem, że dziadek na pewno się odnajdzie, ale po prostu nie chcę. Tak na wszelki wypadek. Idziemy tak ścieżkami, które dziadek znał, bo albo dawniej chodził nimi do pracy, albo odwiedzić rodzinę, albo na grzyby. Przez chorobę często wymyślał sobie scenariusze, które były całkiem rzeczywiste, więc nie ma sensu szukać go poza miejscami, które znał. Po około dwóch godzinach dochodzimy do jego rodzinnej wioski i rozpytujemy ludzi, czy go widzieli, jednak niestety wydaje się, że go tu nie było. Próbuję pomagać, sam podchodzę do ludzi na drodze i pytam czy widzieli dziadka. Każdy go tu zna, to mała wieś, mieszka tu jego rodzeństwo, więc nawet nie trzeba go opisywać. Jednak słyszę, że mam nie przeszkadzać, bo tylko mącę ludziom w głowie i mam siedzieć cicho, albo wracać do domu. Znów przypomina mi się, że gdybym został w domu, to dziadek by nie zaginął.

Po powrocie do domu zgłaszamy zaginięcie na policji. Do babci co chwila ktoś dzwoni i pyta, czy dziadek już się znalazł. Babcia długo rozmawia z ludźmi przez telefon. Staram się nie rzucać w oczy, ale nie wiem co mam ze sobą zrobić. Czuję, że nie powinienem teraz robić nic, bo należy się martwić, tylko że jakoś nie martwię się o to, że dziadek się znajdzie. Zastanawiam się, czy będziemy teraz w tym programie “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Jeśli tak, to pewnie ciocia będzie mówić w studio, bo ona ładnie mówi.

Tak mija cały dzień. Dziadka nadal nie udało się znaleźć.

Niedziela, 10 Lipca, ranek.

Wstaję, obudzony przez wpadające do domu przez otwarte drzwi muchy. Nie lubię kiedy rodzice zostawiają otwarte drzwi, nie da się wtedy spać. Wchodzę do kuchni. Widzę w salonie ojca, który ogląda coś w telewizji.

- Będziemy dziś dalej szukać dziadka? - Pytam, bo nie lubię, kiedy w domu jest tak cicho.

- Dziadek się znalazł. - ojciec nie przestaje patrzeć w telewizor.

- Co? Kiedy? Wrócił sam?

- Nie wiem, mama jest u babci

Idę do domu babci. Jest u niej całe mnóstwo ludzi, ale nie widzę dziadka. Babci też nie. Nie pytam o nic, staram się nie rzucać w oczy, przysłuchuję się rozmowom i dowiaduję się, że ktoś, kto zna dziadka odnalazł go śpiącego w rowie. Leżał przy drodze, którą dawniej chodził do pracy. Wczoraj uznaliśmy, że nie będziemy tam dalej iść, bo tak daleko dziadek by nie doszedł. A jednak. Ten ktoś kto go znalazł wiedział, że dziadek jest poszukiwany, więc zadzwonił do babci. Teraz babcia pojechała tam z wujkiem, żeby dziadka przywieźć do domu.

Przyjeżdżają niedługo później. Dziadek wygląda dobrze, tylko jest cały pogryziony przez mrówki i ma trawę we włosach. Babcia nalewa wody do wanny, żeby go umyć. Ktoś dzwoni po lekarza. Bardzo się cieszę, że dziadek się odnalazł, chociaż przecież nie wątpiłem w to ani przez chwilę. Mama mnie zauważa. Podchodzi i pyta czemu się tu kręcę i każe mi iść do domu. Wychodzę niezadowolony. Po powrocie do domu przez okno w naszym salonie obserwuję wjeżdżającą na podwórko karetkę. Lekarz długo jest u dziadka. Ojciec mówi, że pewnie dziadka zabiorą do szpitala. Okazuje się, że pomimo spędzenia dwóch nocy w lesie dziadkowi nic nie jest. Przez resztę dnia do babci zjeżdża mnóstwo ludzi ciekawych co się stało. To zaginięcie dziadka to spora sensacja w okolicy, jednak późnym popołudniem wszyscy już z tego żartują przy kawie i cieście. Ciocia proponuje żeby w marynarki i swetry powszywać dziadkowi takie karteczki z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu.

Wtorek, 11 lipca

Dziadek jednak musi iść do szpitala. Nie wiem dlaczego, ale przyjechała po niego karetka. Mama i ciocia jadą z babcią dopilnować wszystkich formalności.

Czwartek, 13 lipca

Jedziemy odwiedzić dziadka w szpitalu. Ma pokój w końcu korytarza. Dziadek mnie poznaje i pyta jak tam w szkole. Zakłopotany i zniecierpliwiony odpowiadam dziadkowi, że przecież są wakacje. Dziadek śmieje się. Niby wiem, że dziadek jest chory, ale to dziwne, że on nic nie wie. Czy to faktycznie jest taka choroba, czy dziadek po prostu nie słucha? Czasem zachowuje się jak dziecko, a nie jak dziadek. Babcia i mama ogarniają coś przy nim i rozmawiają z pielęgniarkami. Chciałbym już wracać do domu, bo nie lubię szpitali. Jest w nich cicho i dziwnie pachnie, do tego wszyscy są smutni i strasznie wolno chodzą.

Myślę o tym że za kilka dni mam urodziny i zastanawiam się co będę wtedy robił. Pewnie pójdę na rower, albo do kolegi. On ma ogromną piaskownicę za domem, da się tam budować wszystko, a kopiąc w piachu można znaleźć jakieś fantastyczne rzeczy. Ostatnio znaleźliśmy jakieś zawiasy i starą puszkę. Wszystko wykorzystujemy żeby budować nasze miasto dla resoraków. Da się tam spędzić cały dzień, co jest najlepsze.

Do dziadka jeździmy jeszcze kilka razy. Za każdym razem dziadek pyta mnie jak w szkole i już mnie to nudzi. Nie lubię tam jeździć.

Piątek, 20 lipca

- Chłopaki, wstawajcie. Dziadek zmarł dziś w nocy.

…

Do śniadania nie udało mi się rozpłakać, chociaż bardzo się starałem. Udało się dopiero gdy po śniadaniu poszedłem do domu babci. Płakałem tak naprawdę, bo przypomniało mi się jak dziadek przychodził po mnie do szkoły i jak zrobiło mu się smutno kiedy mu powiedziałem żeby już nie przyjeżdżał, bo chcę wracać sam, a teraz już z nim nigdy nie porozmawiam. Mama siedzi na krześle w babcinej kuchni i każe mi podejść. Nachylam się do niej i przytulam ją, ale myślę o tym że musi to wyglądać strasznie głupio.

Babcia rozmawia z kimś przez telefon

- …Stasiu ja wiem, że to był twój brat, ale to był mój M Ą Ż, jak on może leżeć u was, jak mam już wykupione na cmentarzu…

U babci jest całe mnóstwo ludzi. Przyjechała nawet ta ciocia, która od dawna nie odzywa się do nikogo. Jest już cała ubrana na czarno. Widzę, że wszyscy traktują ją z rezerwą, ale i szacunkiem. Ciocia zarządza, że wieczorem będzie czuwanie i nikt się nie sprzeciwia. Nie wiem co to znaczy, ale kiedy mama pyta czy chcę przyjść, bo będziemy wspominać dziadka, to mówię że tak. Szybko zaczęło rozmawiać o terminie pogrzebu. Starszyzna mówiła, że nie godzi się tak żeby nieboszczyk przez niedzielę w kostnicy leżał, bo może kogoś zabrać ze sobą. Wystraszyłem się słuchając o tym. Czy to znaczy, że ktoś jeszcze umrze? Ciocie i wujkowie mówili, że przecież w niedzielę się nie da, a na jutro nie uda się wszystkich powiadomić i zorganizować. Było o to mnóstwo kłótni przez resztę popołudnia.

Wieczorem okazuje się, że to całe czuwanie to mówienie różańca, i wcale mi się to nie podoba. Siostra babci oburzyła się kiedy zauważa, że nie mówię różańca i zaczęła się na głos zastanawiać, czy w ogóle pamiętam o tajemnicach. Nie chciałem wplątać się w dyskusję o różańcu, więc spytałem mamę, czy mogę iść do domu. Mama stwierdziła, że jeśli nie chcę się modlić za dziadka to mogę, ale jak tak to powiedziała, to uznałem, że chcę jednak zostać. “...Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota…”

Poniedziałek, 23 lipca


Dziś pogrzeb dziadka. Mama przygotowała nam ubrania. Mówi, że nie spodziewała się, że moje spodnie od garnituru będą jeszcze potrzebne, a były już za małe, więc je wyrzuciła i pójdę w czarnych jeansach, tylko mam uważać żeby ich nie wybrudzić żeby nie wyglądać jak świnia. Ojciec wrócił z wieńcami. Jeden jest od naszej rodziny, kolejny od dzieci czyli mamy, jej sióstr i brata. Ojciec odebrał jeszcze dwa kolejne, które zamówili wujek z ciocią od nich. Zastanawiam się, czy jeśli nie ma wieńca od wnuków to źle, i czy musi tak być, że każdy daje wieniec. Ojciec wścieka się na mnie i brata, że się guzdrzemy i nie znajdzie miejsca przed kościołem. Brat wyrzuca, że to wszystko przeze mnie.

Przyjeżdżamy do kościoła. W kaplicy cmentarnej tłum ludzi śpiewa “daj mu wieczne spoczywanie”. Lubię tego słuchać, jest takie ładnie smutne. W kaplicy patrzę na dziadka w trumnie. Wygląda bardzo spokojnie i ładnie. Babcia do trumny wkłada mu okulary, jego medale za wysługę lat w pracy i jakiś święty obrazek. Mama mówi, że trzeba iść się pożegnać z dziadkiem. Nie wiem co to znaczy, więc patrzę co robią inni. Ludzie stają przy trumnie, łapią ręce dziadka i stoją tak chwilę. Kiedy jest moja kolej też dotykam rąk dziadka, ale zaraz mam ochotę je cofnąć. Są zimne i twarde. Mówię pod nosem “cześć, dziadek”. Ojciec to słyszy i się wścieka.

- “Cześć, dziadek?”. Nic mądrzejszego nie miałeś?

Razem z mamą wchodzimy do kościoła, ojciec zostaje na zewnątrz. On nigdy nie wchodzi do kościoła, bo mówi że kiedyś powiedział do księdza “cześć” zamiast “pochwalony” i od tamtej pory się wstydzi. Wydaje mi się, że ksiądz już nie pamięta, a po za tym przecież mszę prowadzi nowy wikary a nie proboszcz, ale pewnie ojciec i tak się wstydzi. W trakcie mszy widzę, że mama płacze i mi też robi się strasznie smutno. Też zaczynam płakać. Mama odwraca się do mnie i mówi, że jeśli zaraz się nie uspokoję, to pożałuję w domu, więc staram się tłumić płacz.

Kiedy wynoszą z kościoła trumnę z dziadkiem ksiądz zaczyna śpiewać bardzo ładną pieśń o aniołach. Bardzo mi się podoba, jest bardzo uroczysta i wzruszająca i znów chce mi się płakać, ale powstrzymuję się żeby mama nie widziała.

Na stypie dziwi mnie, że nikt nie mówi o dziadku i nie wiem co takiego się stało, że znów wszyscy wydają się być weseli. Słyszę jak babcia rozmawia ze swoją siostrą

- …pięćdziesiąt lat pożycia i wnuka poznawał, a mnie nie…

Rosół potwornie chlapie i boję się, że coś poleci na spodnie. Ciekawe czy ktoś będzie na boisku.

Fanatyk1piorunów

@Maciek ależ to jest świetne. To otwożyło nie tyle szufladę, co całą szuflandię w mojej pamięci. Ta śmierć widziana oczami dziecka jest tak niesamowicie… zwyczajna?.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

55piorunów

Lubisz pisać opowiadania?

Ten konkurs może być dla Ciebie!

Po burzliwych naradach podczas ostatniego kawiarenkopiwa wybrano temat na nową edycję konkursu !

Temat: Ty!

Tematem może być scena z prawdziwego lub wyimaginowanego życia, ale to Ty jesteś głównym bohaterem!

Forma: dziennik lub pamiętnik

Termin: 1 grudnia 2026 z możliwością przedłużenia

Zasady: piszesz opowiadanie, wrzucasz je na hejto oznaczając tagami oraz . Możesz zilustrować swoją twórczość, będzie nam bardzo miło. Osoba, która wygra, wybiera temat następnego konkursu i bawi się dobrze.

Kryteria oceny: własne, bardzo uznaniowe

Miłej zabawy!

Pokaż więcej komentarzy (5)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

12piorunów

Dzień dobry kochani!

Mamy więc ostatnie minuty, ostatniego dnia września, co oznacza, że dobiliśmy do deadline przedłużonego terminu XXIX edycji .

Niestety prowadzona przez mnie edycja nie spotkała się z Waszym zainteresowaniem i przyznaję, że z lekką ulgą oddaję pałeczkę @KatieWee , która w ostatnim momencie zgłosiła się ze swoim Interaktywnym Opowiadaniem :).

Liczę, że ona bardziej Was rozrusza, być może wymyśli bardziej normalny temat, czy w końcu lepiej wykorzysta swoje zasięgi by dotrzeć tu do Was :smiley:

Gratuluję @KatieWee i życzę powodzenia w nieco figlarnej numerycznie XXX edycji :smiley:

Autorytet4piorunów

@sireplama ja to bym nawet coś napisał, bo zdarzało się. Tylko naprawdę dałeś taki temat, że kilka razy coś tam pomyślałem, na nic nie wpadłem, aż mi się sezon w robocie zaczął i popisane.

Jestem zdania, że musimy jak najbardziej ułatwiać i temat dawać ogólny.

Ja niby wiem, że zasady są po to żeby je łamać, aczkolwiek dla mnie byłoby jeszcze bardziej przykre, że jedyna pozycja jest nie na temat. Wolę myśleć, że temat zbyt trudny 😉

Ogólnie bym jakoś zmienił. Może właśnie pójść w drugą stronę i musieć zamknąć się w iluś znakach? Żeby nie przerażać opcją pisania elaboratów, które i tak mało kto przeczyta. Niech liczy się historyjka i pomysł, a niekoniecznie opasłość, bo chyba to przeraża większość. Mnie też czasami - bo jak się rozpiszę i pociągnę wątki, to książkę bym pisał zaraz, a sensu brak. Ogranicznik znakowy i zawarcie samego clue pomysłu - mogłoby być spoko.

Dlatego @KatieWee ja bym proponował jakiś luźny temat może. Typu "hejto" xd Pisanie w uniwersum tej stronki. To niektórzy dla jaj może nawet coś klepną.

Pokaż więcej komentarzy (7)

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

35piorunów

Obcięłam włosy, bo były za długie.

W pracy dowiedziałam się, że wyglądam:

a) uroczo;

b) słodko;

c) jak mała dziewczynka.

W związku z tym:

a) tupnęłam nogą;

b) zmarszczyłam brwi;

c) obraziłam się na wieki wieków.

Kto się tym przejął:

a) nikt;

b) zupełnie nikt;

c) absolutnie nikt.

A na pewno nie ja, bo ja jestem dorosła.

Koneser3piorunów

Jeżeli założymy, że usłyszałaś, że wyglądasz jak „mała dziewczynka” to chyba również oznacza to, że jesteś słodka i urocza - one często takie są :grinning:.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Książki

13piorunów

Nabór do Rocznika Fantastycznego 2027

Pozwolę sobie wykorzystać tag , bo to do nich skierowany jest nabór na .

W imieniu Bartka Biedrzyckiego (który nic o tym nie wie xD) zapraszam do składania propozycji tekstów do „Rocznika Fantastycznego 2026”. To corocznie ukazująca się antologia/zbiór tekstów fantastycznych, zarówno prozaicznych, komiksowych czy publicystycznych.

W poprzednich latach na jego łamach publikowali chociażby Paweł Majka (tegoroczny zwycięzca nagrody im. Janusza A. Zajdla za powieść), Agnieszka Hałas, Romuald Pawlak czy Krzysztof Rewiuk.

Zasady, terminy i inne można przeczytać tutaj - > https://www.fahrenheit.net.pl/aktualnosci/rozpoczyna-sie-nabor-do-rocznika-fantastycznego-2027/

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

8piorunów

Drodzy kawiarkownicze, przypominam, że zostały niecałe dwa tygodnie do terminu przedłużonej XXIX edycji . Chyba mnie nie zawiedziecie? :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (4)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Kochani.

Dobiega właśnie końca **XXIX** edycja w kawiarni , jednak z pewnym zawodem muszę stwierdzić, że ilość nadesłanych prac jest lekko... mało urozamicona...

Dobra, sezon ogórkowy się skończył, deszcz za oknem, dzieciaki w szkole, teraz nie macie już wymówek! Przedłużamy edycję do 30.09.2026, nie zawiedźcie mnie proszę! :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

16piorunów

Cholera! Cholera!!! CHOLERA!!!

Zasapana Monika pedałowała jakby od tego miało zależeć jej życie. Cóż, była to w sumie prawda. Pogoń była już tuż za nią, a jej bicyklowy środek ucieczki nie dawał dużych szans na powodzenie zgubienia ogona.

— To się już nigdy nie skończy, prawda?! — pomyślała zrozpaczona — Ten ciąg nieustannych katastrof. On będzie już trwał aż do końca?! Do mojego schwytania?

Po ucieczce z Warszawy, gdy jej podwładna spektakularnie zawaliła swoje obowiązki (głupia flądra!) i poruszyła tym lawinę, która doprowadziła do rozpadu jej organizacji przestępczej, Monika lekko przypadkiem ukryła się w Zakopane, korzystając z bezpiecznego i nietykalnego przebrania Białego Misia. Nietykalność zresztą była dosyć szeroka. Oprócz kultowej roli, jaką spełniała futrzana ikona górzastej komercji, gumowo-filcowo-lepki strój nigdy nie był prany przez chytrych górali i wejście do środka wymagało sporej odwagi i mocnego żołądka ze strony chętnego na to desperata. Monika, podczas 40 st. upałów sierpniowego weekendu, nie wytrzymała w końcu smrodu tysiąca ciał przed nią i zdjęła łeb bestii by przewietrzyć niemytą od tygodni, uwarczykowaną i posklejaną ukropem fryzurę.

Jak tylko górole zauważali, że jakiś dudek zarabia na Kropówkach, zbiegli się wokół niej żądając oddania zarobionych pieniędzy i dychę za każde zrobione tutaj zdjęcie. Monika rozgoniła oscypkowe towarzystwo kilkoma celnym kopniakami w krocze i ciosami w gardła, ale zamieszanie sprawiło, że sprawą zainteresowali się lokalni policjanci, którzy w mig rozpoznali twarz numer 1 ze wszystkich listów gończych wywieszonych na polskich komisariatach.


Na szczęście dla Moniki musieli dopić swoje kwaśnice, żeby się nie zmarnowały, co dało jej cenne minuty by oswobodzić się z niedźwiedziej powierzchowności, desperacko ruszyć biegiem w dół Krupówek, odebrać rower zaskoczonemu dostawcy jedzenia, z pięknie wydrapanym jakimś śrubokrętem na ramie haśle „Glovo = HIV” i zacząć ucieczkę dwukołowcem przez Zakopane. Ryk policyjnej syreny dorwał ją już na skrzyżowaniu Krupówek i Kościeliska, co sprowadza historię do punktu początkowego.

— Przecież to bez sensu! — pomyślała Monika — Jak mam uciec na rowerze przed radiowozem?! Tylko pośmiewisko z siebie robię!

Już zniechęcona istnieniem chciała odpuścić pedałowanie, gdy dojechała do końca osiedla, owiewana przyjemnym tatrzańskim wiaterkiem i poczuła, że coś wpadło pod jej rozwianą koszulkę! Pomyślała, że ktoś w nią czymś rzucił? Ale nie! O zgrozo, po rozchyleniu koszuli, na jej piersiach okazał się wielki szerszeń! Z paniką w wybałuszonych oczach i szaleńczym wrzaskiem w ustach, zaczęła trzepać swoją koszulką, zrywając ją w końcu z siebie i przyspieszając w razie gdyby pasiasty skurwiel zaczął ją gonić! Przez chwilę ulicami Zakopane obył się niesamowity spektakl, w którym półnaga kobieta, na obdrapanym rowerze, w łapach białego misia zamiast butów, z obłąkanym rykiem, zapieprzała przez miasto z prędkością kwalifikującą się już do zabrania prawa jazdy! Za nią człapał się z wyraźnym wysiłkiem, policyjny radiowóz, z kompletnie zaskoczonymi policjantami nie mogącymi nadążyć za glovocyklem!

Monika wpadła na rondo Dmowskiego i kładąc się praktycznie na ziemi dokonała niemożliwego skrętu 90 stopni, wpadając w ulicę Nowotarską, a zdumiony radiowóz za nią władował się z całym impetem w środek ronda, wybijając w powietrze i szykując się do dokonania telemarku na bilbordzie po drugiej stronie ronda.

Absolutnie zszokowana Monika zdążyła się tylko odwrócić i pomyśleć „Chyba mi się uda…” gdy pozlepiana ukropem fryzura i zaplecione warkoczyki wkręciły się w koło roweru i bezwzględnym szarpnięciem do tyłu pozbawiły ją przytomności.

Obudziła się skuta w pędzącym radiowozie, ubrana w foliowy, biało-czerwony płaszcz przeciwdeszczowy, z wielkim białym orłem na piersiach.

— Co do k⁎⁎wy?! — krzyknęła zdumiona, czym zwróciła uwagę eskorty siedzącej z przodu.

— Patrzcie! Wielka Matrona raczyła się w końcu obudzić! — odezwał się policjant. Obejrzał się do tyłu i zobaczył czemu przygląda się Monika i zająknął się trochę zmieszany — Khmm… Taką dali cię nam koledzy z Zakopanego. To było najtańsze odzienie jakie znaleźli w pobliskim sklepie turystycznym. Kutwy nawet karetki do ciebie nie wezwali, bo to mogłoby zająć im czas i kasę na paliwo. Chryste… górale... — był polskim policjantem, ale nawet dla niego to zachowanie to było lekką przesadą.

— No nic Matrona! Rozejrzyj się! To już Warszawa! Zaraz będziemy na komendzie stołecznej! No ale przecież ty znasz drogę tam, co nie?! Tyle miesięcy robić sobie z nas jaja… oj odwdzięczymy ci się za to, odwdzięczymy! Na razie wieziemy cię na otwarcie nowego posterunku, gdzie chce się tobą pochwalić sam naczelnik!

Nie zdążył dokończyć zdania, gdy służbowy polonez zazgrzytał i kompletnie stracił moc.

— Co jest młody?! — huknął pasażer — Co żeś odwalił?!

— Ja nie wiem! — odkrzyknął speszony kierowca — Ten grat znowu się rozsypał! Mówiłem żeby wziąć Peugeota! Ja nawet nie mam uprawnień do prowadzenia radiowozu na sygnale! — zaczął się usprawiedliwiać.

— Patrzcie go! Limuzyn mu się zachciało! — odburknął „stary” — Ja w twoim wieku to nyską jeździłem i jeszcze ją popychałem połowę czasu żeby paliwo oszczędzić. A sygnałami się nie przejmuj! Sygnały obsługuję ja! Stawaj w zatoczce, otwieraj maskę, zaraz się to zareperuje!

Wyszli przed radiowóz buszując pod otwartą pokrywą silnika.

— No tak... no tak... no tak… — burczał stary – Coś się zjebało! - osądził z autorytetem — Zrobimy jak kiedyś mój szwagier. Ty młody nurkuj tam pod silnik i naparzaj młotkiem w rozrusznik, trzymając łapę na dwóch z czterech przewodów cewki, ja w tym czasie będę dociskał klemę, wysprejuję Plakiem gaźnik i będę machał cięgnem gazu. To się musi udać! - zadecydował.

— Ciemno tu, wszystko w oleju, nic nie widzę! – poskarżył się młody.

— Chryste! Ta dzisiejsza młodzież! — pozłorzeczył dojrzalszy w parze. Rozejrzał się lekko zagubiony, uśmiechnął się, podszedł do Moniki, wyciągnął ją z radiowozu i rozkuł.

— Chodź Matrona! Na coś się przydasz! Trzymaj latarkę i świeć młodemu, żeby wiedział w co przydzwaniać! Młody! Tera widzisz?! Jak świecisz Matrona?! Sobie świecisz czy młodemu?!!!

Odwrócił się, ale po Monice nie było już śladu.

— No tak… — mruknął stary.

— Co robimy? — zapytał się niepewnie kierowca, który wyszedł spod dumy FSO i polskiej policji.

— Jak to, co? — żachnął się pasażer — Dopchniemy grata na Orlena na Lesznie, kupimy sobie po hot-dogu i jak wszyscy możliwi świadkowie tego co się tu wydarzyło będą już daleko, wezwiemy wsparcie. Powiemy, że zaatakowało nas piętnastu... Dwudziestu uzbrojonych bandytów i wydarli nam poszukiwaną! Ja dostanę odznaczenie za bohaterską służbę, ty jakąś lekką pochwałę i może nadgodziny! I fajrant! Pchaj młody, ja siądę za kierownicą.

W tym czasie Monika, w biało-czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym i butach z łap białego misia, przemykała niczym Usain Bolt w okolicach cmentarza Żydowskiego.

*

Trochę długie wyszło 😛

Z pozdrowieniem dla @Shivaa (obiecałem Ci, że mam pomysł na Twoją historię z szerszeniem) i @YourUncle, a także @George_Stark, który nieopatrznie zasugerował, że lubi przygody Moniki :P

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Dzień dobry pisarze i poeci! Przypadł mi, poprzez nominację od @George_Stark, zaszczyt rozpoczęcia XXIX edycji .

Jako że siedzę sobie właśnie spocony w nieklimatyzowanym salonie fryzjerskim i dowiedziałem się, że fryzjerka robi balejaż (???), źle mnie umówiła i się nie wyrobi na moje ciachanie, to ogłaszam następujący motyw przewodni tejedycyjnej twórczości :

Fryzurą w ukrop!

Na zgłoszenia czekam do 31 sierpnia!

Miłej zabawy! :smiley:

GURU4piorunów

@sireplama Mogę cię opierdolić na łyso ino flaszkie postaw żeby mi się ręce trzęsły :upside_down_face:

Gruba ryba6piorunów

@vredo ostatni raz gdy mi głowę goliłeś maszynką po flaszce, to ją połamałeś i teraz nie da się równo ciąć.

Albo to nie byłeś ty, nie wiem, nie pamiętam xDDD

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Dzień dobry, choć już za gorący, a mamy dopiero dziewiątą rano.

Jeszcze przedwczoraj, zamiast myśleć o pracy, myślałem o tym, że XXVIII edycja zabawy w kawiarni przedłuży nam się o kolejny miesiąc. Ale nie! Oto 30 lipca, siedemnaście minut po północy w progi kawiarni wkroczył dumnie kolega @sireplama ze swoim wspaniałym opowiadaniem (ja naprawdę mam nadzieję, że z tego powstanie cała powieść), które zapewniło mu w tej edycji zwycięstwo! Gratuluję!

*

AUTOPROMOCJA

Do tych, którzy nic w tej edycji nie napisali – wykorzystując marketingowy trend patriotyczny, jaki ostatnio z rozbawieniem obserwuję:

Patriotyczny blamaż!

Kultury nie poszerzacie!

A dał Wam przykład [@sireplama](/uzytkownik/sireplama)

jak zwyciężać macie!

KONIEC REKLAMY

*

Dla porządku, komplet nadesłanych opowiadań

Karol Wigierski - @George_Stark

Ryba i Plusk - @George_Stark

wspaniałe zwycięskie opowiadanie kolegi @sireplama .


A pisaliśmy o szkole. Albo o wakacjach.

*

Dziękuję za uwagę, do następnego razu!

Fanatyk2piorunów

@sireplama gratulacje! Mówiłem, że się uda!

To proszę, żeby kolega sobie teraz wybrał nagrodę książkową w budżecie do 100pln i przesłał swój wybór w prywatnej wiadomości do mnie. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (4)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Wakacje!

Na sam powidok tego słowa Monice gul wyskakiwał na szyi i była o krok od zasztyletowania najbliższej osoby!

Tyle pracy, potu i krwi (nie zawsze jej). Plan, którego pozazdrościłby każdy zwyrol z filmu z Bondem. Wyrzeczenia! Kombinowanie! Przemoc i kuszenie! CHOLERNE WSTAWANIE O SZÓSTEJ RANO DO TEGO CHOLERNEGO KOŁCHOZU!!! Wszystko na nic...

Monika zapłakałaby gdyby nie była tak wściekła. Cały misterny i przekombinowany plan, by zdyskredytować ofiary i świadków jej przestępczej aktywności w Zielonce, rozbił się o skały debilizmu i niekompetencji podwładnych.

Cholerna Lisica, która z gorliwością internetowego, politycznego trolla, nie raz udowodniła, że jest kompletną i bezgraniczną KRETYNKĄ, przez chęć wybrania się nad morze i zjedzenia flądry (sic! cholernej flądry!!!), uwaliła lata planów i przygotowań oraz utopiła tysiące jej złotych!

A przecież nie musiała nic! Miała tylko sfałszować dokumenty i udawać egzaminatora WORD! Następnie przekazać łapówkę technikowi, odhaczyć mu egzamin na kierowanie skarbem policji RP - niebieskim polonezem, a następnie spokojnie oddalić się na cs'a! Opłacony technik miał sfałszować wyniki na wizji lokalnej, a po zaliczeniu kursu  miał zostać kierowcą Poloneza i przewozić dokumenty policji na rozprawy. Monika od kilku miesięcy manewrowała grafikami, urlopami oraz odrabiała godziny za innych, żeby tak zorganizować transport akt związanych z mafią Zielonkową, by podmienić, ukryć, dodać i skonfabulować co trzeba, podrzucić fałszywki od technika, uwalić śledztwa i udać się na zasłużoną emeryturę!

A ta cholerna kretynka olała jej polecenia i pojechała na flądrę...

Monika odcięłaby jej oba uszy, gdyby nie jakieś uczucie współczucia, dla osoby, która dobrowolnie postanowiła w sezonie udać się nad polskie morze by kupić rybę. Była bezwzględną suczą, ale miała jakieś pokłady cierpliwości dla głęboko upośledzonych.

Niestety technik bez "zachęty" finansowej olał cały egzamin i celowo uwalił zdobycie uprawnień, wychodząc z założenia, że dostanie dokładnie tę samą kasę siedząc za kółkiem lub w zbiorkomie Warszawy. Obrażony za brak gratyfikacji, zniszczył fałszywe dokumenty, a prawdziwe akta z prawdziwymi badaniami z miejsca zbrodni pojechały nieznanym transportem do CBŚ. Jej przepiękna przykrywka w stołecznej policji posypała się nagle z dnia na dzień, a ona została gwiazdą listów gończych aktualnego sezonu letniego.

Zamiast bogactw i wylegiwania się na plaży, Monika ukrywała się w Zakopane, w przebraniu białego misia, poniżając się fotkami z gówniarzami, którym najchętniej wepchnęła by kilka oscypków w d⁎⁎ę! Boże jak te sery waliły w 40 stopniach Celcjusza! Prawie jak jej kostium! Prawie jak ona...

Boże jak ona nienawidziła wakacji... i gór... i ludzi, niedźwiedzi i skąpstwa górali, a jedyne co trzymało jej umysł z dala od szaleństwa to myśl, że być może Lisica udławi się cholerną ością z cholernej flądry!

Z pozdrowieniami da @YourUncle




Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

5piorunów

Ryba i Plusk

Mówili na nią Ryba, tak jak na komisarza Rybę, choć nazywała się zupełnie inaczej i żadnym komisarzem nie była. W ogóle nie miała nic wspólnego z policją – Ryba była nauczycielką.

Uczniowie lubili Rybę. Najbardziej lubili w niej to, że zawsze była pogodna. Ryba, niezależnie od aury za oknem, niezależnie od temperatury i ciśnienia, niezależnie od opadów lub ich braku zawsze była uśmiechnięta.

– Niestety, Jureczku, wykorzystałeś w tym semestrze już wszystkie trzy nieprzygotowania, wobec czego zmuszona jestem postawić ci jedynkę. – Tak na przykład w drugim tygodniu września powiedziała Ryba do Jurka Ostrowskiego, a słowa te wypowiedziała z tym swoim nieodłącznym uśmiechem, który z jej twarzy nie zniknął również i wtedy, kiedy tę, bądź co bądź zasłużoną ocenę wpisywała Jurkowi do dziennika.

– To już trzecia! – wykrzyknął Jurek.

– Tak trzecia – zgodziła się Ryba. – Trzy jedynki, a trzy to dokładnie tyle, ile lat już spędzasz w ósmej klasie – dodała, po czym wybuchnęła śmiechem. Jurek Ostrowski również się wtedy roześmiał i było w tym ich wspólnym śmiechu coś niezwykłego, coś co łączyło ich oboje, jakieś wzajemne zrozumienie i obopólna sympatia. Ryba i Jurek Ostrowski często się razem śmiali.

Tak, uczniowie lubili Rybę, a Ryba lubiła uczniów. Wśród wszystkich jednak uczniów, z którymi miała do czynienia przez długie lata swojej zawodowej kariery, Ryba szczególnie polubiła Jurka Ostrowskiego, zresztą polubiła go ze szczególną wzajemnością. To właśnie za sprawą Ryby Jurek Ostrowski, pomimo całkiem niezłych ocen z pozostałych przedmiotów, pomimo piątek z języka polskiego w klasach cztery-siedem, od dwóch lat kończył rok szkolny z jedynką na świadectwie. Niedostateczny z języka polskiego skutecznie uniemożliwiał Jurkowi ukończenie podstawówki, co nieuchronnie wiązałoby się ze zmianą szkoły, a więc również z zaprzestaniem uczestniczenia przez Jurka w lekcjach prowadzonych przez Rybę, a na to Jurek zdecydoanie nie chciał pozwolić.

Już piąty rok z rzędu, odkąd tylko Jurek Ostrowski uzyskał promocję do klasy czwartej, lekcje języka polskiego wyglądały w taki sam sposób. Zaraz po dzwonku, kiedy rozwrzeszczana hałastra dzieciaków, niesiona jeszcze ostatnimi tchnieniami przerwy, głośno zajmowała swoje miejsca w klasie, Jurek Ostrowski już stał przy biurku Ryby.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – mówił, a Ryba przez trzy pierwsze lekcje semestru wpisywała ołówkiem przy jego nazwisku „np”, a później, już długopisem, dostawiała kolejne jedynki w coraz bardziej wydłużającym się rządku.

Później Jurek Ostrowski zajmował swoje miejsce w pierwszej ławce, tuż przed biurkiem Ryby (które, z racji niedofinansowania szkoły, również było ławką, taką samą jak te uczniowskie, tylko nazywało się inaczej) i wówczas rozpoczynało się misterium. Lekcje języka polskiego nie były zwykłymi lekcjami, były czymś dużo większym. W czasie lekcji języka polskiego Jurek Ostrowski dyskutował z Rybą na wszystkie możliwe tematy. Rozprawiali o etyce, ontologii, teorii poznania i podejmowali wiele innych tematów, a ciężar tych rozmów i czynionych w nich spostrzeżeń był tak duży, że, gdyby tylko ktoś te rozmowy spisał, można by je pomylić z dialogami Platona. Tak, można było te rozmowy Jurka Ostrowskiego z Rybą pomylić z rozmowami Platona z Sokratesem, o ile tylko założyć, że ci dwaj wielcy filozofowie czytywali kiedyś Muminki.

Nie ma jednak ludzi bez wad (oprócz, rzecz jasna, Jurka Ostrowskiego) więc nawet i Ryba miała swoją przywarę. Kiedy nadchodził drugi tydzień maja, kiedy organizowany był w Zielonej Górze coroczny zjazd miłośników Ani z Zielonego Wzgórza, Ryba brała tydzień urlopu i przez całe długie pięć dni nie pojawiała się w szkole. Jurek Ostrowski cierpiał wtedy, cierpiał męki straszliwe. Męki Jurka były już wystarczająco straszliwe z powodu tęsknoty za Rybą, a ich straszliwość potęgowana była dodatkowo przez panią Orzeszkową, która Rybę zastępowała.

– Dobrze, już dobrze. Zamknij gębę i siedź tam cicho – uciszała Jurka pani Orzeszkowa głosem tak beznamiętnym jak opisy przyrody, kiedy Jurek chciał rozwinąć któryś z wątków omawianego właśnie tematu, a później pani Orzeszkowa takim samym głosem kontynuowała swój wykład aż do dzwonka, którego dźwięku, obwieszczającego uczniom koniec męczarni, często zdawała się nie zauważać. Pani Orzeszkowa gadała, Jurek cierpiał i tak właśnie wyglądał każdy drugi tydzień maja w przeciągu ostatnich pięciu lat. W tym roku zdarzyło się jednak inaczej.

Było już trzy minuty po dzwonku. Do sali, nawykowo pochylając się w drzwiach, wszedł ubrany w czerń wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Zwyczajny rozgardiasz, który panował w klasie dotąd, dopóki nauczyciel nie uderzył dziennikiem w swoją szumnie nazywaną biurkiem ławkę, ucichł natychmiast. Uczniowie zadarli głowy i wpatrywali się w tę postać, której pojawienie się zaskoczyło wszystkich. Mężczyzna, charakterystyczny z powodu swojego wzrostu, był znany w mieście jako cieć na obiektach wojskowych, ale od kiedy na świecie zapanował powszechny pokój i żadne wojsko nie było już więcej potrzebne, stał się bezrobotnym. Mężczyzna miał jednak swoje zobowiązania – musiał wykarmić pająki, psa i żonę, wobec czego zmuszony został do znalezienia innego zajęcia, które, w przeciwieństwie do pływania na supie, przyniosłoby mu jakieś wymierne korzyści finansowe. Wakowało w tamtym czasie wiele stanowisk nauczycielskich, z jakiegoś powodu mało kto chciał zostawać nauczycielem, mężczyzna znalazł więc swoją zawodową niszę w oświacie.

– „Czytać po polsku umiem, pisać też umiem, no to i polskiego mogę nauczać” – pomyślał, a później zrobił tak jak pomyślał. W taki właśnie sposób Marek Plusk został nauczycielem.

Marek Plusk w pełnej napięcia ciszy przemierzył salę. Przeszedł przed tablicą, ale zanim jeszcze zdążył zająć miejsce na, nazwijmy to jeszcze szumniej, ponieważ zmierzamy już do finału opowiadania, stawka powinna więc urosnąć: katedrze, przy ławce nazywanej biurkiem stał już Jurek Ostrowski.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – powiedział.

– C⁎⁎j w twoje nieprzygotowanie – odparł nauczyciel. – I tak wszyscy umrzemy.

*

*

POSŁOWIE

Wczoraj wieczorem, tak zupełnie bez przyczyny, przypomniały mi się słowa kolegi @fonfi z komentarza pod jakimś starym opowiadaniem, gdzie napisał, że (cytuję z pamięci) „ponieważ to opowiadanie w kawiarence, tylko czekałem aż gdzieś pojawi się wysoki mężczyzna z psem”. No i się pojawił. Pojawił mi się w głowie, razem z pomysłem na ten pierwszy akapit, a później to już jakoś poszło, strumień świadomości popłynął. Spisałem te rozchwiane myśli z wczorajszego wieczora w jakąś tam, mam nadzieję w miarę spinającą się całość i będziemy mieć co najmniej dwa opowiadania w przedłużonej edycji naszego konkursu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że dawno się tak dobrze przy pisaniu opowiadania nie bawiłem. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

11piorunów

Sam sobie organizatorem, jurorem i laureator... Cholera, laureatem jednak. :confused:

*

Dobiegła, drodzy Państwo, końca XXVIII edycja zabawy w kawiarni .

Zorganizował ją @George_Stark, udział w niej wziął @George_Stark, wygrał ją @George_Stark.

Dziękuję. :smiley:

*

A tak poważnie, to przedłużymy sobie tę edycję do końca lipca - może (o, naiwności!) ktoś już zaczął pisać i nie zdążył? A może coś się komuś w czasie wakacji przydarzy ciekawego i będzie chciał to opisać? Albo komuś nie przydarzy się nic i w ramach walki z nudą będzie miał ochotę popuścić wodze fantazji?

Przypominam tylko, że tematem są wakacje albo szkoła.

Powodzenia!

I teraz już naprawdę dziękuję. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Karol Wigierski

– A do odpowiedzi poproszę dzisiaj Karolka Wigierskiego – powiedziała pani Irska, zaraz po tym, kiedy tylko skończyła sprawdzać listę obecności.

Tomasza zamurowało. Z ociąganiem podniósł się z ławki. Obrzucił spojrzeniem klasę tak, jakby próbował szukać ratunku, ratunku jednak nie mógł spodziewać się znikąd. Wszystkie pozostałe dziewiętnaście osób, które zasiadły w klasowych ławkach, wzrok miało wbity w znajdujące się przed nimi blaty. Tomasz powoli, noga za nogą, powlókł się w kierunku tablicy. Kiedy dotarł na miejsce, on również opuścił głowę. Wbił wzrok w podłogę, być może dlatego, że w tym momencie nie miał przed sobą żadnego blatu.

– Powiedz nam, proszę, Karolku, co wiesz o krajobrazie Tatr? – zapytała pani Irska.

Tomasz nie musiał wcale podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że wszyscy inni, którzy w tej chwili znajdowali się razem z nim w sali podnieśli głowy i wpatrują się w niego. On sam przecież robił dokładnie to samo, kiedy pani Irska wywoływała do odpowiedzi kogoś innego. Czuł się wtedy bezpiecznie. Tylko że tym razem to właśnie on znajdował się w stanie zagrożenia, a bezpieczni, przynajmniej tymczasowo, byli wszyscy inni.

– A więc Tatry… – zaczął Tomasz wpatrując się w swoją obutą w but na jasnej podeszwie stopę, która z jakiegoś powodu mocno wsparła się piątą o podłogę, zaś palcami, jakby sama z siebie, zaczęła na tej podłodze wykonywać półkoliste ruchy. – A więc Tatry leżą w Zakopanem. Główną ulicą Zakopanego są Krupówki i przy tej ulicy znajduje się pensjonat Podhale, w którym pokoje są bardzo drogie – kontynuował Tomasz, przypominając sobie zeszłoroczną próbę ustalenia z Eweliną tego, gdzie mają pojechać na wakacje. Ewelina od zawsze chciała odwiedzić góry, a on był nawet skłonny do tego, żeby to jej marzenie spełnić. Tylko te ceny. Kiedy na jednym z portali internetowych przeglądali ofertę noclegową Zakopanego, Tomasz był przerażony. Nie to, że nie było ich na to stać, ostatecznie mieli odłożone trochę pieniędzy, zresztą na wakacjach nie byli już od ilu to lat? Od trzech, chyba? Tylko że były pilniejsze wydatki. Zawsze były. Nie pojechali więc wtedy do Zakopanego, a Tomasz do dzisiaj pamiętał, jak bardzo się wtedy z Eweliną pokłócił.

– Nie pytam cię, Karolku, o Zakopane, ale o Tatry. Widzę, że się denerwujesz, więc spróbuję ci jakoś pomóc. Opowiedz nam, proszę, czym się różni regiel górny od regla górnego. Mówiliśmy o tym na poprzedniej lekcji.

Faktycznie, Tomasz kojarzył te nazwy. Faktycznie, pani Irska coś w zeszłym tygodniu o tych reglach opowiadała, jednak poza samymi nazwami, poza tym, że coś takiego istnieje, Tomasz nic więcej nie potrafił powiedzieć. Miał nawet zamiar wczoraj wieczorem o tym poczytać, ale przecież tyle miał na głowie, był tak zmęczony, że kiedy wieczorem usiadł przy biurku z podręcznikiem, to zwyczajnie nad tym podręcznikiem zasnął.

– Nie mam pojęcia czym różni się regiel dolny od regla górnego – pięknie, pełnym zdaniem Tomasz odpowiedział pani Irskiej, choć to piękne, pełne zdanie w niczym nie mogło już mu pomóc. Nie mogło ono już w żaden sposób zmienić tego, co usłyszał zaraz po nim:

– No dobrze, Karolku. Znowu jesteś nieprzygotowany, a przecież mówiłam ci, ostatnim razem, że dam ci szansę na poprawę. Ocena niedostateczna. To już kolejny twój niedostateczny w ostatnim czasie i twoja sytuacja zaczyna naprawdę wyglądać poważnie. A teraz wracaj do ławki.

Tomasz, znów posuwając się noga za nogą, przemierzył tę samą trasę co kilka minut wcześniej, ale w odwrotnym kierunku. Kiedy opadł na krzesło, usłyszał jak pani Irska prosi do odpowiedzi Kasię Kunicką. Tomaszowi udało się zarejestrować jeszcze to, jak Marta wstaje, jak podchodzi do tablicy, jednak samej odpowiedzi Marty Tomasz już nie usłyszał. Tomasz pogrążył się w myślach. Martwił się czekającą go w domu rozmową.

*

– Ta facetka się uwzięła na mojego Karolka! – wypuszczając dym stwierdził Tomasz w czasie przerwy, którą razem z Martą Kunicką, mamą Kasi spędzał w męskiej toalecie, gdzie przy uchylonym oknie palili na spółkę jednego papierosa.

– Ja z moją Kasią nie mam takich problemów. Moja Kasia to złote dziecko! Moja Kasia zawsze jest grzeczna i posłuszna. Moja Kasia dobrze się uczy i zawsze jest przygotowana. Ot, choćby dzisiaj, z tej geografii…

– „Łatwo powiedzieć” – pomyślał Tomasz, przestając słuchać Marty, która nie tylko nie przerywała swojego monologu, ale coraz bardziej rozpływała się nad wspaniałością własnej córki. – „Łatwo powiedzieć, kiedy ma się niemal całe dnie dla siebie, kiedy dzieckiem zajmuje się babcia. Kiedy pracuje się w firmie u teścia na stanowisku synowa i, chyba nawet z nudów, bo przecież w takiej pracy na pewno nie ma co robić, bo co też może w pracy robić synowa, chyba tylko jeździć w te delegacje, Malediwy czy inna Dominikana, z których zdjęciami tak lubi się chwalić po wywiadówkach, więc chyba nawet z nudów zaczyna się te podręczniki przeglądać. Kiedy nie ma się innych zajęć niż ten nieszczęsny obowiązek szkolny, a i to nie zawsze, bo przecież dziś Marta przyszła do szkoły wyjątkowo. Zwykle miejsce Kasi Kunickiej w szkolnej ławce zajmuje przecież jej babcia.”

– … i dlatego nie rozumiem tych wszystkich narzekań rodziców na swoje dzieci. Że im tak ciężko, że to tyle roboty, że są zmęczeni i na nic nie mają czasu… – kontynuowała Marta.

– Mieliśmy po trzy palić – w wypowiedź Marty wtrącił się Tomasz.

Marta niechętnie podała mu wypalonego do połowy papierosa. Tomasz włożył lekko czerwony od szminki filtr do ust i właśnie miał się zaciągnąć, kiedy drzwi prowadzące na korytarz nagle się otworzyły.

– Tutaj jesteście! – wykrzyknęła stojąca w nich pani Irska, a w jej głosie brzmiał pewien rodzaj triumfu. – Już od dawna dało się od was wyczuć dym, tylko jakoś wcześniej nie udawało mi się was przydybać! No to teraz będziemy mieli do pogadania!

*

Po szkole, tak jak co dzień, Tomasz udał się do pracy. Zadanie, którym ostatnio się zajmował okazało się być wyjątkowo trudne, Tomasz miał do przygotowania już i tak opóźniony kwartalny raport sprzedażowy. Siedział nad tym raportem już drugi tydzień, a wciąż nie umiał zestawić niezadowalających danych przedstawiających wyniki daleko niższe od założonych planów w taki sposób, żeby spełnić oczekiwania zarządu. Pracy wcale nie ułatwiało mu też to, że nie potrafił swoich spraw prywatnych zostawić poza biurem. Głowę wciąż zaprzątała sprawa kiepskich wyników jego syna.

– „I jeszcze ta cała sprawa z papierosami! Że też to musiało się zdarzyć akurat teraz! Jakbym mało miał jeszcze kłopotów na głowie!” – myślał Tomasz, wciąż zastanawiając się nad tym, w jaki sposób ma wieczorem przeprowadzić rozmowę z Karolkiem. – „A może by tak jakieś korepetycje? – przyszło mu nagle do głowy. – „Nie, to raczej nie jest dobry pomysł. Takie korepetycje przecież sporo kosztują, skąd wziąć na to pieniądze? A zresztą, pieniądze to nawet by się może i znalazły, ale przede wszystkim, to skąd wziąć na to czas?” – Tomasz nie potrafił sobie wyobrazić tego, jak do swojego, już i tak bardzo napiętego harmonogramu byłby w stanie wcisnąć jeszcze regularne spotkania z korepetytorem. – „Z drugiej jednak strony, jeśli Karolek nie zda, to trzeba będzie użerać się tym wszystkim o rok dłużej. No i, przede wszystkim, co sobie inni o nas pomyślą? Mój syn przecież nie może być gorszy, nie może być gorszy nawet od takiej Kasi Kunickiej! Tylko co zrobić? Co zrobić?”.

Tomasz nie potrafił wymyślić co ma zrobić, postanowił więc odłożyć problem na wieczór, rozważyć go w czasie powrotu z pracy. Wrócił tymczasem do raportu, udało mu się skupić na nim całą swoją uwagę, lecz nawet pomimo tego komórki arkusza kalkulacyjnego wciąż nie chciały zapalać się na zielono.

Kiedy nadeszła godzina zakończenia pracy, raport Tomasza wciąż jeszcze nie był gotowy. Mimo tego Tomasz wyłączył komputer, sięgnął po stojąca przy biurku teczkę i udał się do wyjścia. Przy odbijaniu karty spotkał Prezesa.

– Jak tam, panie Tomku? – zapytał Prezes. – Wciąż czekam na ten pański raport.

– Tak, wiem, panie Prezesie. Tyle, że dane ciągle jeszcze spływają. Myślę, że jutro, najdalej pojutrze, wszystko powinno być gotowe. Chociaż, powiem panu, że już teraz wygląda to wszystko bardzo, bardzo obiecująco.

– Cieszę się wobec tego, panie Tomku. I czekam niecierpliwie. A jak tam u w domu? Wszystko w porządku?

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedział Tomasz, po czym schował kartę do wewnętrznej kieszeni marynarki i pospiesznie wyszedł z budynku.

*

– Ty myślisz, że po co ja sobie żyły wypruwam?! Ty myślisz, że po co ja to wszystko robię?! Dla siebie?! Dla ciebie to wszystko robię! A tu kolejna jedynka z geografii!

– Ale ja się naprawdę nauczyłem, tato! Mogę iść jutro do szkoły, mogę sam się zgłosić do odpowiedzi! A jak chcesz, to możesz mnie teraz przepytać!

– Ty mi tu nie pyskuj! Ciebie to z czymkolwiek samego zostawić, to człowiek później i tak musi to po tobie poprawiać! To chyba lepiej od razu zrobić dobrze i mieć święty spokój, prawda?

Karolek milczał.

– I jeszcze ta cała sprawa z papierosami! – kontynuował Tomasz wobec milczenia syna. – Co ci w ogóle strzeliło do głowy? Oj, będę się za ciebie wstydził na wywiadówce! Oj, znowu będzie wstyd przed wszystkimi! Tyle w tym dobrego, że i tą całą Kunicką razem z tobą przyłapali, to może jej matce utrze to w końcu trochę nosa i skończy się wreszcie, że „moja Kasia to i moja Kasia tamto”. Już ja będę wiedział, co jej wtedy odpowiedzieć! – Tomasz na chwilę zawiesił głos, po czym kontynuował: – A pomyślałeś może, jak ja bym chciał chociaż raz raz stanąć przed wszystkimi i posłuchać, że to właśnie mój syn, mój Karolek Wigierski napisał najlepsze wypracowanie w całej klasie? Że najlepiej zdał test z matematyki? Wiesz, jak ja bym tego chciał? Ale nie! Ja muszę wysłuchiwać o tym, że mój syn, mój Karolek Wigierski znowu jest zagrożony z geografii albo że został przyłapany na paleniu papierosów w toalecie! Wiesz co? Zejdź mi już lepiej z oczu! Idź mi stąd! Daj mi już święty spokój! Przestań mi już przeszkadzać, bo ja się muszę przecież jeszcze na jutro nauczyć w końcu o tych pieprzonych reglach!

*

– A do odpowiedzi poproszę dzisiaj Kubę Wigierskiego – powiedziała pani Brańczuk, zaraz po tym, kiedy tylko skończyła sprawdzać listę obecności.

Karola zamurowało. Z ociąganiem podniósł się z ławki. Obrzucił spojrzeniem klasę tak, jakby próbował szukać ratunku, ratunku jednak nie mógł spodziewać się znikąd. Wszystkie pozostałe dziewiętnaście osób, które zasiadły w klasowych ławkach, wzrok miało wbity w znajdujące się przed nimi blaty. Tomasz powoli, noga za nogą, powłóczył się w kierunku tablicy. Kiedy dotarł na miejsce, on również opuścił głowę. Wbił wzrok w podłogę, być może dlatego, że w tym momencie nie miał przed sobą żadnego blatu.

– Powiedz nam, proszę, Kubo, co wiesz o krajobrazie Tatr? Czym różni się regiel dolny od regla górnego – zapytała pani Brańczuk.

– A więc Tatry… – zaczął Karol wpatrując się w swoją obutą w but na jasnej podeszwie stopę, która z jakiegoś powodu mocno wsparła się piątą o podłogę, zaś palcami, jakby sama z siebie, zaczęła na tej podłodze wykonywać półkoliste ruchy. – A więc Tatry…

– No, śmiało – próbowała zachęcać nauczycielka.

– A więc Tatry… Nie mam bladego pojęcia o Tatrach i nie wiem czym różni się regiel dolny od regla górnego! – odpowiedział Karol.

*

1772 słowa, jeśli wciąż ma to jakieś znaczenie

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

6piorunów

No dobrze, a raczej no trudno – trzeba otworzyć XXVIII edycję konkursu w kawiarni . Liczba 28 nie kojarzy mi się absolutnie z niczym, może poza tym tylko, że tyle dni ma luty. Dzisiaj jednak nie mamy lutego, ale mamy czerwiec. Czerwiec natomiast kojarzy mi się z rozpoczęciem wakacji, wobec czego tematem tej edycji niech będą wakacje (pamiętacie te okropne wrześniowe wypracowania?). Albo może niech tym tematem będzie szkoła?

I ten temat, a w zasadzie to te dwa tematy – do wyboru albo do połączenia, jak kto woli, niech to będzie wszystko co Wam w tej edycji na początek podsunę. Proszę bawić się dobrze i, w miarę możliwości, licznie. :smiley:

Dziękuję za wypowiedź. :smiley:

Osobistość

w Dyskusje

10piorunów

PODSUMOWANIE XXVII EDYCJI o temacie "narodziny superbohatera"

Jak początkowo mówiłam, wygrywa to opowiadanie, które uzyska więcej głosów. W konkursie wzięły udział dwie osoby i oba opowiadania są super ☺️ także już do was zostaje decyzja, kto wygra. Głosowanie zakończy się jutro 02.06 o 20:00

podobało mi się bardziej opowiadanie :

  • "nie każdy bohater nosi pelerynę" - George_Stark56% (5 głosów)
  • "Narodziny superbohatera"-Fonfi44% (4 głosy)

9 głosów

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

13piorunów

Dzień dobry się z Państwem,

Dzisiaj ostatni dzień zabawy więc trzeba wrzucić coś od siebie. Dla bieżącej edycji były dwie wytyczne - temat "Narodziny superbohatera" i limit znaków w liczbie 8000 ze spacjami. Jedną z nich postanowiłem naszym kawiarenkowym zwyczajem bezczelnie olać (chociaż bardzo się starałem nie). W każdym razie zapraszam do lektury.

*

Narodziny superbohatera

Mówi się, że nie każdy bohater nosi pelerynę i że prawdziwi bohaterowie nie szukają chwały. Mówi się też, że każdy ma swoją historię.

To jest właśnie jedna z nich.

*

Hanka spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już grubo po siedemnastej. Po raz ostatni przejrzała tabelki w Excelu, zapisała plik i załączyła go do maila z codziennym raportem. Kliknęła „Wyślij”, zamknęła klapę laptopa i tym prostym gestem, dzięki urokom “home office”, w jednej chwili wróciła z biura do domu. Nie ruszając się z miejsca.

Z kubkiem letniej już herbaty rozsiadła się wygodniej w fotelu. Za oknem, pogrążoną w zimowym mroku Warszawę rozświetlały latarnie, kolorowe neony i światła samochodów. Przez uchylone okno docierał hałas przejeżdzających tramwajów i klaksonów, przez który, raz na jakiś czas, przebijało się zawodzenie syreny karetki, straży pożarnej albo innego pojazdu uprzywilejowanego.

Zamknęła oczy i pozwoliła myślom swobodnie dryfować wraz z kojącymi odgłosami miasta.

Ból przyszedł nagle. Bez ostrzeżenia.

Jej ciałem szarpnął gwałtowny skurcz. Kubek wysunął się z dłoni i roztrzaskał na podłodze obok fotela. Przez kilkadziesiąt sekund nie była w stanie ani zaczerpnąć oddechu, ani się poruszyć. Kiedy spazm wreszcie ustąpił, równie nagle jak się pojawił, zachłysnęła się powietrzem. Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, jakby ten gest mógł uspokoić kołaczące się wewnątrz serce.

To, że dokładnie wiedziała, co ją czeka, pomagało tylko odrobinę. Odkąd się dowiedziała, miała dość czasu, by się przygotować. Poukładać sprawy. Pogodzić się z nieuniknionym. Teraz poczuła znajome uderzenie adrenaliny, które stopniowo przejmowało kontrolę nad ciałem.

Z wysiłkiem podniosła się z fotela. Wysłała krótką wiadomość do biura, dorzuciła kilka ostatnich rzeczy do spakowanego od dawna plecaka i była gotowa.

Odhaczając w myślach kolejne punkty listy, obrzuciła mieszkanie krytycznym spojrzeniem, po czym zamówiła taksówkę. Zjechała windą na dół i wyszła przed budynek. Nawet przez grubą, puchową kurtkę czuła ukłucia mrozu.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę. Jeszcze nie teraz. – powtarzała te słowa w myślach, spodziewając się w każdej chwili kolejnej fali bólu.

Mimo przenikliwego zimna po plecach spływały jej krople potu. Na szczęście nie musiała długo czekać. Gdy biała Corolla zatrzymała się przy krawężniku, wrzuciła plecak na tylne siedzenie, wsiadła i podała kierowcy adres.

Samochód płynnie włączył się do ruchu i ruszył przez rozświetlone ulice miasta, które jak zwykle nie zamierzało zasypiać.

– Jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę. Wkrótce będę w dobrych rękach. Tam się mną zaopiekują.

Ta myśl przyniosła jej ulgę.

*

Obudziły ją odgłosy krzątania się po sali. Otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w biały sufit, próbując przypomnieć sobie, gdzie jest. Dopiero po kilku sekundach wspomnienia ostatniego wieczoru wróciły.

– Dzień dobry pani. Muszę pobrać krew do badania. – Spokojny głos młodej pielęgniarki ostatecznie rozwiał resztki senności.

Poród był krótki, ale bolesny. Skurcze wróciły już w drodze do szpitala, a akcja porodowa postępowała tak szybko, że na znieczulenie nie było już szans. Ledwie wysiadła z taksówki, personel zabrał ją prosto na salę porodową.

Kilka godzin później było już po wszystkim. Pod czujnym okiem położnej i lekarza przyszedł na świat Leon. Maleńki, różowy, z jasną czupryną i zaskakująco przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu, którymi patrzył na świat tak, jakby już coś o nim wiedział.

Pierwsze dni w szpitalu minęły spokojnie. Pod opieką personelu Hanka szybko opanowywała tajniki opieki nad noworodkiem. Zresztą niewiele wskazywało na to, żeby pomoc była jej naprawdę potrzebna. Instynkt macierzyński od pierwszej chwili przejął stery.

Dlatego też, już trzy dni później, niczym wielbłąd - z garbem plecaka i ciężkim nosidełkiem w ręku, przekroczyła próg swojego mieszkania. Postawiła nosidełko na stole i przez chwilę przyglądała się dziecku i jego spokojnej, czujnej twarzy.

– No. To jesteśmy. Ty i ja.

*

Gdyby ktoś zapytał Hankę, czym jest samotne macierzyństwo, bez wahania odpowiedziałaby, że przypomina jazdę rollercoasterem. Bywały dni, kiedy życie pędziło na złamanie karku i nie dawało jej nawet chwili wytchnienia. Łączenie pracy zawodowej z wychowywaniem dziecka oraz wszystkimi codziennymi obowiązkami — gotowaniem, sprzątaniem czy zakupami — wymagało od niej niemal cyrkowej sprawności.

Potem jednak przychodziły spokojniejsze okresy, podczas których mogła złapać oddech i nacieszyć się zwyczajnym szczęściem. Raz unosiła się kilka metrów nad ziemią, przepełniona dumą i radością, innym razem była gotowa usiąść na środku kuchni i rozpłakać się z bezsilności.

A jednak za żadne skarby świata nie zamieniłaby tego życia na inne.

Szybko okazało się, że Leon nie jest taki jak większość dzieci. Płakał niewiele i zawsze z konkretnego powodu, który Hanka nauczyła się rozpoznawać niemal bezbłędnie. Rozwijał się w tempie, za którym czasami trudno było nadążyć. Nim się obejrzała, raczkował po całym mieszkaniu. Kilka miesięcy później biegał już samodzielnie, przewracając przy tym wszystko, co znalazło się na jego drodze. Pilnowanie go wymagało od Hanki nieustannej czujności i refleksu. Mówić zaczął równie wcześnie, jak chodzić. Około drugich urodzin rozpoznawał już litery i cyfry, a liczba pytań, które codziennie zadawał, zdawała się nie mieć końca.

Najbardziej wyróżniała go jednak ciekawość świata. Kiedy coś przyciągnęło jego uwagę, potrafił poświęcić temu całe godziny. Rozkręcał zabawki na części pierwsze, żeby sprawdzić, jak działają, a potem składał je z powrotem. Zadawał pytania, na które Hanka często nie znała odpowiedzi, i nie odpuszczał, dopóki nie znalazł satysfakcjonującego wyjaśnienia.

Gdy poszedł do szkoły, szybko okazało się, że program nauczania nie nadąża za jego zainteresowaniami. Na lekcjach często się nudził, więc większość wolnego czasu poświęcał swojej największej pasji – rysowaniu.

Jego prace zadziwiały dojrzałością. Były pełne szczegółów i dopracowane w najdrobniejszych detalach. Z czasem Hanka zauważyła, że wszystkie łączy coś jeszcze. Własny, niepowtarzalny styl przypominający kadry z komiksu.

Na rysunkach regularnie pojawiały się te same postacie. Zawsze z charakterystycznymi, żółtymi oczami (). Byłoby to jedynie osobliwe artystyczne upodobanie, gdyby nie jeszcze jeden szczegół. Sceny przedstawiane przez małego Leona niepokojąco często znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Kiedy pewnego dnia zapytała go o te postacie, wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się tak, jakby odpowiedź była oczywista.

– To projekcje.

*

Kiedy Leon wychodził do szkoły, Hanka była już pogrążona w lekturze porannych maili.

– Pa, mamo. Wychodzę.

– Tak, tak… Okej. A śniadanie zabrałeś?

Odpowiedziało jej jedynie trzaśnięcie drzwi.

Sięgnęła po kubek z kawą, ale okazał się pusty. Westchnęła, wstała od biurka i poszła do kuchni. Uruchomiła ekspres, który jak zwykle rozpoczął swoją skomplikowaną procedurę płukania, rozgrzewania i wydawania serii dźwięków sugerujących rychłą awarię. Czekając na kawę, zauważyła leżący na stole szkicownik. Zmarszczyła brwi. Leon praktycznie nigdy się z nim nie rozstawał.

Otworzyła go na pierwszej stronie. Większość kartki zajmowała kobieca postać łudząco podobna do niej samej. Miała na sobie dopasowany kostium, powiewającą pelerynę i ogromną literę „H” na piersi. Pod ilustracją widniał wykonany kolorowymi, komiksowymi literami tytuł:

_„HANNAH – NARODZINY SUPERBOHATERA”_

Zaczęła kartkować szkicownik.

Kolejne plansze komiksu przedstawiały przeróżne historie i dynamiczne sceny, w których główną rolę odgrywała superbohaterka w powiewającej pelerynie w towarzystwie dziecka:

* Hannah używająca mocy „Bezsenności Tytanów”, by uśpić wyjątkowo nieskorego do współpracy noworodka...

* Hannah wykorzystująca „Płaczowidzenie”, dzięki któremu potrafiła błyskawicznie ustalić przyczynę dziecięcego kwilenia i natychmiast zażegnać kryzys...

* Hannah lecąca nad miastem w trybie „Multitasking”, z dzieckiem pod jedną pachą, zakupami pod drugą i telefonem przytrzymywanym ramieniem...

* Hannah siedząca przy komputerze, którą ostrzega zmysł „Prekognicji Katastroficznej”, po czym „Superprędkość” pozwala jej w ostatniej chwili złapać w locie spadającego z piętrowego łóżka syna...

Czując narastające wzruszenie, przewróciła kilka kartek dalej, na których postać dziecka nabrała nastoletnich kształtów. Zaczęła czytać dialogi w balonikach.

– Ty nie jesteś wszyscy. - Hannah przywołała Leona do porządku potęgą “Antykonformizmu”…

– Porozmawiam sobie z tobą w domu! – moc “Retrybucji Domowej” dosięgła Leona nawet przez telefon…

– Bo ja tak powiedziałam! – “Aura Jurysdykcji” sprawiła, że Leona zamurowało…

Poczuła czyjś wzrok na sobie i przerwała lekturę. Odwróciła się. W drzwiach kuchni stał Leon i patrzył na wzruszoną Hankę, trzymającą w drżących dłoniach zeszyt.

– Zapomniałeś szkicownika - wyszeptała wzruszona

– Właśnie po niego wróciłem.

– Naprawdę tak mnie widzisz?

Chłopak, a właściwie już niemal młody mężczyzna, podszedł do niej i ujął jej dłonie. Na ścianie oświetlonej porannym wiosennym słońcem ich sylwetki zlały się w jeden wspólny cień. Przez uchylone okno wpadł podmuch wiatru. Firanka uniosła się lekko, a cień Hanki na krótką chwilę zyskał coś na kształt łopoczącej peleryny.

– Kocham cię, mamo…

Cyferki dla ciekawskich: 1299 słów, 9227 znaków ze spacjami i 7955 bez spacji

*

Gruba ryba1piorunów
z jasną czupryną i zaskakująco przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu, którymi patrzył na świat tak, jakby już coś o nim wiedział.

To jest najlepsze zdanie jakie przeczytałem w tym tygodniu, a konkurowałeś (byc może nieświadomie) między innymi z panem Januszem Głowackim i z noblistą, panem László Krasznahorkaiem.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Inspirator

w Hydepark

40piorunów

Śmieszna i w sumie nie spotykana sytuacja miała dziś miejsce, mamcia wymyśliła że tacie na 60te urodziny kupujemy moto, no to całość z tym związana spadła na mnie. Dziś jechaliśmy oglądać Suzuki marauder, byłem ją obejrzeć z kumplem, bo sam taką posiadał około 8 lat temu. Dojeżdżamy na miejsce, chłop wyciąga motocykl z szopki, kumpel tak patrzy I mówi “ no bardzo podobny do tego co ja miałem ale moja miała chyba wiekszy przebieg” , po chwili mówi “o kurw to moja, poznaje po tym dekielki bo sam go dorabiałem , jak ma pani dowód rejestracyjny to pani zobaczy czy nie ma tam wpisanego xyz” no to się okazało że był xd po 8 latach znaleźliśmy jego były motocykl xd niestety w między czasie właściciele mocno go zaniedbali , a nie dogadaliśmy się żeby zeszli z ceny na tyle żebym wziął, chociaż dzwonił do mnie później i zszedł ale nie wiem, jutro mamy tu obok siebie do obejrzenia inny i szczerze wolałbym tego na miejscu wziąć bo po tamten godzina drogi była. Pozdrawiam

Gruba ryba4piorunów

Oczywiście korekta licznika musiała nastąpić 😅 Nie rozumiem ludzi którzy patrzą tylko na jak najniższy przebieg. Zresztą, wystarczy popatrzeć u sąsiadów na ich oto moto 😅

Pierwsza octavia, która mi wyskoczyła 👍

https://m.mobile.de/auto-inserat/skoda-octavia-1-6-tdi-dsg-combi-ambition-lunderskov/452163676.html?ref=srp&refId=1d628a18-7faa-d169-9516-455365840567&searchId=1d628a18-7faa-d169-9516-455365840567&type=ad

Zugriff verweigert / Access deniedMobile
Pokaż więcej komentarzy (3)