Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Książki

Kategoria: Literatura

  • 825 członków
  • 9091 wpisów

Fanatyk

w Książki

29piorunów

Cytat na dziś:

Dziecko zamruczało przez sen. Babcia Weatherwax nie lubiła zaglądać w przyszłość, ale teraz czuła, że przyszłość gapi się na nią. I Babci wcale się nie podobała jej mina.

Terry Pratchett, Czarodzicielstwo

Lider

w Książki

28piorunów

885 + 1 = 886

Tytuł: Oko potwora

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: audiobook

Liczba stron: 176

Ocena: 7/10

Oko potwora jest znacznie bardziej kameralne, spokojniejsze i przede wszystkim dużo bardziej filozoficzne niż inne książki Dkaja, które czytałem. Sama fabuła rozwija się powoli, momentami wręcz leniwie, ale mam wrażenie, że nie akcja jest tutaj najważniejsza. Kluczowe są pytania, które książka zadaje - o sens istnienia, miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu.

Dukaj bardzo długo buduje atmosferę kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Nie chodzi nawet o klasyczne spotkanie z kosmitami, ale bardziej o zderzenie człowieka z czymś, czego nie potrafi opisać ani pojąć. I właśnie wtedy książka działa najlepiej - kiedy zamienia się w filozoficzną dysputę o naturze świadomości, samotności i granicach ludzkiego poznania.

Momentami miałem wręcz skojarzenia bardziej z klasycznym science fiction w stylu Lema niż z nowoczesnym techno-thrillerem. To jedna z tych historii, gdzie odpowiedzi są mniej ważne od samych pytań. Dukaj zostawia dużo przestrzeni na interpretację i nie próbuje wszystkiego tłumaczyć czytelnikowi, co bardzo dobrze współgra z motywem obcowania z czymś większym od człowieka.

Ogromnie dużo daje też forma audiobooka. I mam wrażenie, że tutaj jest to wręcz integralna część doświadczenia. Poza głosem lektora dostajemy specjalnie przygotowane głosy radiowe, komunikaty i stylizowane transmisje, które sprawiają, że całość brzmi bardziej jak zapis wydarzeń niż klasyczna powieść. Dzięki temu filozoficzne rozważania i poczucie izolacji bohaterów działają jeszcze mocniej.

To książka powolna i momentami bardzo kontemplacyjna, więc na pewno nie każdemu podejdzie. Jeśli ktoś oczekuje dynamicznego sci-fi pełnego akcji, może się odbić. Ale jeśli wejdzie w ten rytm i pozwoli historii wybrzmieć, dostanie bardzo ciekawą opowieść o człowieku poszukującym sensu w kosmosie.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Koneser3piorunów

"miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu." czyli to o czym jest połowa albo lepiej w Solaris. Jak wypada porównanie tych tytułów?

Gruba ryba1piorunów

@WujekAlien

Kluczowe są pytania, które książka zadaje - o sens istnienia, miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu.



Dukaj bardzo długo buduje atmosferę kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Nie chodzi nawet o klasyczne spotkanie z kosmitami, ale bardziej o zderzenie człowieka z czymś, czego nie potrafi opisać ani pojąć.

To faktycznie brzmi bardzo jak Lem.

Jeszcze do tego audiobook z Kosiorem. Zapisane na listę.

Lider1piorunów

@saradonin_redux audiobook wypada świetnie, szczególnie te nagrania/radio robią robotę, ma się wrażenie, jakby się było rzeczywiście na statku kosmicznym pośrodku niczego

Pokaż więcej komentarzy (5)

Lider

w Książki

19piorunów

884 + 1 = 885

Tytuł: Fortuna

Autor: Michael McDowell

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

Liczba stron: 272

Ocena: 6/10

Piąty tom sagi Blackwater jest dla mnie zdecydowanie najspokojniejszą częścią całej historii. Po wcześniejszych tomach, gdzie coraz mocniej zaczynały przebijać się elementy grozy, zjawisk nadprzyrodzonych i mrocznych rodzinnych tajemnic, tutaj McDowell wyraźnie przesuwa ciężar w stronę rodzinnej sagi i codziennego życia Caskeyów. Horror - o ile w ogóle chcemy jeszcze używać tego słowa przy tej serii - się w tym tomie ulotnił.

I to jest jednocześnie największa zaleta i wada tego tomu. Z jednej strony nadal świetnie czyta się obserwowanie relacji w rodzinie, walki o wpływy, drobne konflikty i tego specyficznego klimatu południa USA, który McDowell buduje fenomenalnie od pierwszego tomu. Blackwater od początku było przecież bardziej southern gothic i sagą rodzinną niż pełnoprawnym horrorem.

Z drugiej strony mam wrażenie, że Fortuna momentami za bardzo zwalnia. W poprzednich częściach nawet spokojniejsze fragmenty miały gdzieś pod spodem poczucie niepokoju i świadomość, że coś "nadnaturalnego" czai się pod powierzchnią. Tutaj tego napięcia jest wyraźnie mniej. Seria coraz bardziej skupia się na majątku, rodzinnych interesach i codziennym funkcjonowaniu kolejnych pokoleń Caskeyów. A trzeba przyznać, że Caskeyowie w tym tomie śpią na hajsie. Są właścicielami niemal wszystkiego w okolicy, a na ich ziemii odkrywane są co raz to większe pokłady ropy, które przynoszą im milionowe zyski, dużo większe niż tartak.

Oczywiście nadal obecna jest aura tajemnicy wokół Elinor i całego związku kobiecej części rodziny z rzeką, ale wszystko staje się bardziej subtelne, mniej agresywne i mniej "grozowe". Mam wręcz wrażenie, że McDowell świadomie pokazuje, jak nadprzyrodzoność została wchłonięta przez codzienność tej rodziny. Jedynym elementem grozy, jest poród bliźniąt, z których jedno, od razu po urodzeniu, jest inne i łaknie "powrotu" do wody.

To nadal bardzo dobrze napisana książka. McDowell wciąż ma niesamowitą lekkość prowadzenia narracji i budowania postaci. Nawet kiedy niewiele się dzieje, dalej chce się śledzić losy bohaterów. Problem polega tylko na tym, że po mocniejszych wcześniejszych tomach oczekiwałem trochę większego ciężaru emocjonalnego, a w zanadrzu jest już tylko 1 - ostatni tom sagi.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Książki

19piorunów

883 + 1 = 884

Tytuł: Ocalone w tłumaczeniu

Autor: Stanisław Barańczak

Kategoria: publicystyka literacka, eseje

Ocena: 9/10

*

Mówię tu dużo (i, obawiam się, niezbyt interesująco dla osób nie będących zapalonymi miłośnikami wersologii – a takie, choć może to dziwić, stanowią podobno większość społeczeństwa) o rymach [...]

Tak już mam, że kiedy coś mnie zafascynuje, zaraz chcę się dowiedzieć jak to jest zrobione. To właśnie z tego powodu podglądam treningi akrobatów, których wcześniej oglądałem na jakimś festiwalu sztuki ulicznej, to z tego powodu miałem kiedyś przyjemność być prezenterem i realizatorem studenckiej rozgłośni radiowej (takiej z koncesją, nadającej w eterze, nie w Internecie). To z tego powodu zdarza mi się chadzać na spotkania albo czytać wywiady z autorami literatury i to z tego powodu bardzo interesują mnie niuanse pracy tłumacza. Do dziś doskonale pamiętam wrażenie, jakie zrobił na mnie artykuł pana Filipa Łobodzińskiego o tym jak zmagał się z tłumaczeniem tekstu Like a rolling stone pana Boba Dylana, choć trafiłem na niego dobrych kilka lat temu. Ostatnio coś podobnego zafundował mi pan Barańczak, tylko w znacznie bardziej zaawansowanej i obszernej formie.

Książka, a czytałem jej wydanie trzecie, poprawione i znacznie rozszerzone, zawiera teksty dotyczące teorii tłumaczenia, które autor pisywał przy rozmaitych okazjach – czy to dla celów seminaryjnych, czy do prasy (również niejako w samoobronie przed zarzutami, głównie przy tłumaczeniu Szekspira). To wydanie trzecie, z roku 2004 wzbogacone jest dodatkowo jeszcze o ostatni rozdział – o antologię czterdziestu tekstów „nieprzetłumaczalnych” z wyjaśnieniem tej „nieprzetłumaczalności”, a na końcu z ich już wykonanymi przez pana Barańczaka tłumaczeniami (no dobra – przekładami, bo to jednak różnica).

Fascynująca to była lektura, choć niesamowicie trudna, a pan Barańczak wielkim tłumaczem był! Niemal cała książka wychodzi od słów pana Roberta Frosta, że poezją jest to, co ginie w tłumaczeniu. Pan Barańczak, moim zdaniem, zdaje się zadawać kłam temu twierdzeniu. Porównując sobie oryginały (tam, gdzie byłem w stanie je zrozumieć) z proponowanymi przez niego tłumaczeniami uważam, że praca, którą wykonał pozwoliła przełożyć na język polski wszystko to, co w oryginalnych tekstach było ważne. Przy okazji autor tłumaczy czytelnikowi dlaczego właśnie tak a nie inaczej, niejednokrotnie (a właściwie to zawsze) wychodząc daleko poza tłumaczony utwór. Sięga bowiem nie tylko do całości twórczości autora oryginału, ale i do prądów panujących w literaturze w danej epoce, a robi to po to, żeby przekład był wierny nie tylko w treści, nie tylko w formie, ale i w czymś co ja nazwałbym duchem utworu.

Jeśli przyjąć tę książkę jako edukacyjną, to należałoby wówczas założyć, że człowiek uczy się na błędach, a uczyć się najlepiej – wiadomo! – na błędach cudzych. Świetnym tego przykładem jest wiersz The Tyger pana Williama Blake’a, którego przedstawione są trzy polskie tłumaczenia (pana Romana Klewina, pana Józefa Waczkowa oraz pana Adama Pomorskiego). Każdy z tych przekładów jest dokładnie przeanalizowany, w każdym zostały wskazane wady i zalety. Na koniec pan Barańczak proponuje swoje własne tłumaczenie i rzeczywiście różnica w jakości jest odczuwalna.

To, co na pewno zapamiętam z tej książki to dwie rzeczy. Po pierwsze coś, co pan Barańczak nazywał dominantą semantyczną utworu, bo jasnym jest, że poezji nie da się przełożyć jeden do jednego. Zanim w ogóle zacznie się pracę trzeba najpierw zdecydować (najlepiej prawidłowo, a to już bywa trudne) co bezwzględnie należy w tłumaczeniu ocalić, a gdzie można pójść na kompromis (choć zdarza się, że tłumacząc można napisać utwór lepszy niż oryginał – inny język daje zupełnie inne możliwości, choć w tej sprawie należy raczej stosować podejście „co zrobiłby autor, gdyby jego język dawał mu takie możliwości, jakie tłumaczowi daje język, na który utwór jest tłumaczony, a nie starać się być lepszym czy poprawiać autora). Ta wiedza przyda mi się gdyby kiedyś przyszło mi do głowy próbować jakiś utwór przełożyć samodzielnie, gdybym natomiast miał ochotę zająć się rzeczą wcale nie łatwiejszą, czyli krytyką cudzych tłumaczeń, wówczas chciałbym pamiętać o postulowanym przez pana Barańczaka sposobie oceny tłumaczeń. Polega ona na tym, że wiersz czytamy najpierw jako samodzielny utwór, zupełnie niezależny od oryginału i oceniamy jego wartość artystyczną. Dopiero kiedy ten test da wynik pozytywny należy zastanowić się nad oddaniem sensu i znaczeń oryginału. Cóż, poezja już taka jest – forma jest równie ważna co treść, a czasami nawet ważniejsza.

Choć lektura była trudna (te wszystkie jamby i trocheje, echolalie, aliteracje, a jeszcze i obce języki!), książkę czytało mi się bardzo dobrze. Nie tylko dlatego, że temat mnie interesuje, ale i dlatego, że autor wiele spraw podaje z humorem. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie rozdziału „Wiatr porywisty na wysokości pupy” traktującego o zabawnych wpadkach tłumaczy (napisanego zresztą we wspaniałej formie praktycznego poradnika złego tłumaczenia), ale i dystans do siebie samego, bo jak bez dystansu (ale i pewnej buty, że „ja zrobię to lepiej”) porywać się na tłumaczenie czegoś, co nie tylko już zostało przetłumaczone, ale to poprzednie tłumaczenie na dodatek zostało już ogólnie uznane i weszło do kanonu (trochę się przy okazji dostało innym tłumaczom, szczególnie panu Słomczyńskiemu, ale – moim zdaniem – całkiem zasłużenie).

Kolega, który polecił mi tę książkę, polecił mi ją słowami „tobie się będzie podobać, ty lubisz dziwne książki”. Miał rację (przynajmniej w kwestii, że będzie mi się podobać, w pozostałych kwestiach nie zajmuję stanowiska). Czy ja bym ją komuś polecił? Nie wiem. Może tym, którzy mają na coś takiego ochotę. No i jeszcze może liczącym sylaby formalistom, bo z tej książki można się dowiedzieć wielu rzeczy nie tylko o tłumaczeniu, ale i o poezji w ogóle. A w kwestii tłumaczenia można się z niej dowiedzieć na przykład dlaczego angielskie równanie 10 + 8 + 10 = 28 można (a nawet warto) na język polski przełożyć jako 13 + 11 + 13 + 3 = 40.

Jeśli zaś miałbym się czegoś w tej książce czepić, to wyłącznie tego, że wiele informacji i stwierdzeń się w niej powtarza. Nie powinno to co prawda dziwić, wszak składa się ona z zebranych tekstów pisanych w różnym czasie i pod różne adresy, a każdy z tych tekstów miał istnieć i być spójny i logiczny samodzielnie. Myślę jednak, że wydając to wszystko w jednym tomie można było się pokusić o jakąś redakcję - książka byłaby wtedy być może nieco przystępniejsza.

EDIT:

A, jest też rozdział o tłumaczeniu poezji polskiej na języki obce. Że też nigdy nie przyszło mi do głowy, że w tę stronę to też działa.

Gruba ryba

w Książki

21piorunów

882 + 1 = 883

Tytuł: Była raz wojna; Bomby poszły

Autor: John Steinbeck

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

Ja w ogóle nie wiem co to za pomysł żeby wydawać te dwie książki w jednym tomie. Z tego powodu podzielę wpis na dwie części, bo inaczej nie będzie w tym żadnego sensu.

*

BYŁA RAZ WOJNA

Nie chcę twierdzić, że korespondenci kłamali. Wcale tak nie było. Wszystko, co zanotowano w tej książce zdarzyło się rzeczywiście. Nieprawda tkwi w tym, o czym w niej nie wspomniano.

Pan Steinbeck był na wojnie. Był korespondentem wojennym, tak jak inny z wielkich amerykańskich pisarzy, pan Ernest Hemingway. Mimo, że wojna ta sama, bo obaj oglądali II wojnę światową, to podejścia tych dwóch autorów, a co za tym idzie i ciężar ich relacji (a także powieści) skupia się na czymś innym. Pan Hemingway pisał o człowieku – o jego bohaterstwie i wyobcowaniu, pan Steinbeck zaś, choć też pisał o człowieku, to jednak o jego „ludzkich” cechach – o przyjaźni, współpracy i o życiu pod bombami.

Była raz wojna to zbiór tekstów z pobytu autora w czasie wojny w Anglii, Afryce oraz we Włoszech. To zestaw miniaturek skupiających się głównie na codziennych sprawach nie tylko żołnierzy, ale i mieszkańców Dover, gdzie pan Steinbeck trafił. Najbardziej chyba poruszyły mnie właśnie te relacje dotyczące życia cywilów w mieście, w którym bombardowania stały się normą (o tym mówi jeden z tekstów, Ludzie z Dovru). Bardzo przypominały mi one książkę, którą czytałem już jakiś czas temu – Sarajewskie Marlboro pana Miljenko Jergovića, która bardzo mi się podobała (w senie poruszyła mnie). Była raz wojna też mnie poruszyła, ale trochę jednak mniej.

Na dodatek teksty te podane są świetnym, obrazowym językiem, a wydanie które czytałem (Prószyński i S-ka) opatrzone jest wstępem autora, z którego czytelnik może dowiedzieć się co nieco o pracy korespondenta wojennego i o okolicznościach wydania tych relacji w formie książkowej.

*

BOMBY POSZŁY

Łatwo też dowieść, że kadeci uchodzą za bardzo atrakcyjnych. Gdy tylko zostają wysłani do jakiegoś nowego ośrodka, bardzo szybko monopolizują czas i myśli ładnych młodych kobiet z okolicy.

O ile Była raz wojna zrobiła na mnie wrażenie bardzo pozytywne, tak Bomby poszły też zrobiły wrażenie, tylko że zupełnie odwrotne. Nie byłem w stanie uwierzyć, że pan Steinbeck (a kilka jego książek przeczytałem i cenię bardzo wysoko) był w stanie napisać coś takiego. Bomby poszły to twór propagandowy, toporny, mający na celu zachęcić młodych Amerykanów do wstępowania do Sił Powietrznych. Napisany językiem prostym, wręcz prostackim, przedstawiający Siły Powietrzne jako elitę zupełnie bez wad, a młodych Amerykanów jako wspaniałych i nadających się idealnie do tego żeby do tej formacji wstąpić, co ma uczynić ich jeszcze wspanialszymi. Jedyną chyba zaletą książki Bomby poszły jest wstęp do niej napisany przez pana Jamesa H. Mereditha wyjaśniający okoliczności jej powstania i motywy, które kierowały autorem oraz zajmujący się problemem tego, czym jest propaganda (z delikatnym zarysem historii propagandy i negatywnego nacechowania tego słowa). Wstęp czytałem z zainteresowaniem, przez samą książkę nie przebrnąłem. Przerwałem ją po dwóch i pół rozdziału (z dziewięciu) – pan Steinbeck skutecznie przekonał mnie może nie do tego, że Amerykanie i Siły Powietrzne są takie wspaniałe, ale przede wszystkim do tego, że nie ma co się niczego więcej już dalej spodziewać.

Gruba ryba0piorunów

@George_Stark kiepska ocena, chyba muszę sprawdzić ten odcień Steinbecka

Gruba ryba1piorunów

@ciszej To jest wypadkowa obu tych książek. Pierwsza jest bardzo dobra, druga fatalna. Jeśli chcesz sprawdzić drugą, to na własną odpowiedzialność. Ja swoje napisałem i umywam ręce. 😉

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

18piorunów

881 + 1 = 882

Tytuł: Dziady i dybuki

Autor: Jarosław Kurski

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 4/10

*

Golem mojej mamy wypowiedział posłuszeństwo żydowskim przodkom. Mama ostentacyjnie deklamowała w towarzystwie, że „nie znosi czosnku”, choć nigdy go nie wyczuwała, gdy dodawany był do potraw.

Ja takich książek nie lubię i w życiu bym sam z siebie tych Dziadów i dybuków nie przeczytał, no ale wylosowały się jako lektura w klubie książkowym, to nie miałem wyjścia. Wyjście za to miał pan Jarosław Kurski (tak, brat Jacka), który wyszedł z punktu, a punktem tym była reakcja jego matki na zdanie dotyczące wypowiedzi o Żydach pana Lecha Wałęsy, które to zdanie w książce o panu Wałęsie pan Kurski zamierzał zawrzeć. Ta reakcja matki skłoniła pana Kurskiego do poszukiwań, do rozgrzebania przeszłości swojej rodziny i Dziady i dybuki to właśnie efekt (albo opis) tych poszukiwań.

Książka, choć mnie się nie podobała (o powodach za chwilę), ma świetny tytuł, bo jak trafniej można nazwać grzebanie po cmentarzach, to wyciąganie z grobów żydowskich przodków, którzy bardzo chcieli (w większości) być Polakami? Książka ma też podtytuł, a ten podtytuł brzmi Opowieść dygresyjna. Nie jest już tak piękny jak tytuł, jest równie jednak trafny.

To, co wynika z trafności tego podtytułu, to chyba mój największy zarzut do książki pana Kurskiego. Czytało mi się ją zwyczajnie źle. O ile doceniam ogrom wykonanej pracy, o ile doceniam bezstronność (a przynajmniej mam wrażenie tej bezstronności) w opowieści o własnej rodzinie, tak autor podał mi to wszystko w sposób absolutnie dla mnie niestrawny. To mnóstwo osób, które przewinęły się w tej opowieści w pewnym momencie zaczęło mi się zlewać w jedno i nie wiedziałem już do końca kto jest kim, przynajmniej bez sięgania do uproszczonych drzew genealogicznych umieszczonych na końcu książki (może trzeba było sobie w czasie lektury robić notatki?). Na moją uwagę o panującym w książce chaosie, w czasie spotkania dostałem odpowiedź, że w Dziadach i dybukach zachowana jest chronologia, tylko jest to chronologia odkrywania przez autora kolejnych faktów. To prawda, sam w czasie czytania tego nie zauważyłem, niemniej taka chronologia w żaden sposób nie porządkuje chaosu.

Kolejny zarzut, jaki mam do tej książki, to jej warstwa językowa. Dziady i dybuki są według mnie książką językowo niespójną. Od języka reportażu autor przechodzi nagle do stylizacji archaicznej, którą stosuje jednak wybiórczo. W efekcie czytelnik dostaje miszmasz stylistyczny, a mnie to akurat denerwuje. Podobnie zresztą dzieje się z figurami retorycznymi. O ile jestem jeszcze w stanie przełknąć (choć staje mi w gardle) tego „golema polskości”, tak porzucanie i wracanie do tej metafory w sposób przypadkowy to już dla mnie za dużo.

Co do samej treści Dziadów i dybuków, to jeśli ktoś posiada wiedzę o dwudziestoleciu międzywojennym (bo o tym okresie głównie mowa) bliższą źródłom historycznym niż romantyzowanej wizji literackiej dotyczącej tego okresu, to nie znajdzie tutaj nic nowego ponad to, co już wie. Owszem, są tutaj historie pojedynczych osób, jednak nie są one (o ile ci ludzie nie są czytelnikowi w jakiś sposób bliscy) jakoś szczególnie wyjątkowe (może poza Luisem Namierem), co jeszcze nie byłoby wadą, gdyby zostały przedstawione w sposób literacki (choć wtedy trzeba by nazwać tę książkę powieścią) – brakowało mi w tych wszystkich nazwiskach, datach i faktach oprócz porządku również emocji, ale to jest zarzut natury osobistej, wynikający z tego, co ja w książkach lubię, a nie natury ogólnej.

Podsumowując: dla mnie Dziady i dybuki to świetny materiał wyjściowy do powieści, jeśli tylko ktoś taką powieść umiałby napisać (fikcja może być bliższa prawdy niż sama prawda – tutaj zgadzam się z panem Twardochem i panem Myśliwskim). Ja lubię kiedy w opowieści mam coś co mnie przez nią prowadzi. To dlatego w czasie spotkania porównałem sobie tę książkę do dwóch dzieł pana Dehnela – Lali, która mi się nie bardzo podobała (bo nie bardzo miało mnie co przez nią prowadzić) i _Łabędz_i_,_ które podobały mi się bardzo (bo prowadziła mnie przez nią porcelana) – a w Dziadach i dybukach autor niczego takiego mi nie dał.

*

W czasie spotkania byłem w mniejszości, której się ta książka nie podobała. Ci, którym się też nie podobała podnosili podobne do mnie argumenty, głównie dotyczące chaosu. Ci, którym się podobała, zwracali uwagę również na jej „piękny język”, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

20piorunów

880 + 1 = 881

Tytuł: Szafa

Autor: Olga Tokarczuk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

Wzruszam się, kiedy tu sprzątam, bo zdumiewa mnie, że można być w sposób, jakby się w ogóle nie było.

Szafa jest krótka, bo Szafa składa się z trzech tylko opowiadań. A że potrzebowałem książki krótkiej, takiej na jeden późno rozpoczynający się wieczór, zachęcony wpisem kolegi @wewerwe-sdfsdfsdf (nie że treścią tego wpisu, raczej samym faktem jego publikacji i tym, że dowiedziałem się z niego, że taka książka w ogóle istnieje) postanowiłem do Szafy sięgnąć.

W Szafie znalazłem trzy opowiadania: Szafę (to jakiś rodzaj incepcji?), Numery i DEUS EX. Najbardziej podobała mi się Szafa operująca chyba wyłącznie nastrojem, bo o co w tym opowiadaniu chodzi, to nie mam pojęcia, choć jest napisane ładnie. Chyba że jest w nim jakaś głębsza metafora, ale jakoś jej nie dostrzegłem (albo potrafiłbym dopasować ich około siedemnastu, tylko że każdą trochę na siłę). Otóż w Szafa opowiada o tym, że małżeństwo kupuje szafę, a później się w niej zamyka.

Numery, też całkiem niezłe i najdłuższe z wszystkich trzech opowiadań, to historia pokojówki, która sprząta piętro w hotelu. Ma na tym piętrze kilka pokoi, a w każdym z nich ktoś mieszka. Po pozostawionych przez gości śladach, po przedmiotach i po bałaganie pokojówka-narratorka snuje opartą na obserwacjach i domysłach opowieść o tych pokoi lokatorach. Więc może Numery to nie historia pokojówki, ale opowieść pokojówki? Smaczku dodaje (o ile to prawda, bo nie sprawdzałem, i być może tylko wydaje mi się, że gdzieś tak kiedyś czytałem), że pani Tokarczuk zanim na dobre zajęła się literaturą (albo zanim środowisko literackie zajęło się panią Tokarczuk i ją doceniło) pracowała w Wielkiej Brytanii właśnie jako pokojówka.

Numery to opowiadanie, które podobało mi się niemal tak jak Szafa, choć akurat w Numerach dokładnie wiadomo o co chodzi. To może być Numerów zaleta. Ale może to być też ich wada.

Na końcu tego zbiorku znajduje się tekst pod tytułem DEUS EX. To historia informatyka, który zajmuje się tym, że tworzy grę, w której tworzy świat. Później tym światem chwilę steruje, a jeszcze później sterować przestaje i ten świat podąża swoją drogą i nie kończy się to dobrze. To, co mnie bardzo raziło w tym opowiadaniu, to lekkość reaserchu, z jakim to opowiadanie zostało napisane. Widać, niestety, że pani Tokarczuk nie wie (a przynajmniej kiedy to opowiadanie pisała nie wiedziała) wiele o komputerach. Widać, że o coś tam kogoś tam spytała, ten ktoś być może nawet jej coś tam opowiedział, ale tekst bije po oczach płytkością i naiwnością jeśli chodzi o aspekty techniczne komputerów i może to ten zgrzyt powoduje, że jeśli jest w nim coś więcej, to to coś więcej pod tą naiwnością ginie. Jeśli zaś chodzi o samą treść, to w temacie „opowiadań kreacjonistycznych” daleko pani Tokarczuk choćby do tego, co zrobił pan Zajdel w swojej Relacji z pierwszej ręki.

Szafa jest krótka, to taka lektura na jeden wieczór (chyba że ktoś chce się na siłę doszukiwać w niej głębi, to można czytać ją i przez dwa tygodnie) i w jeden wieczór ją przeczytałem. To był całkiem miły wieczór, ale niczego w moim życiu nie zmienił. Nie pomyślałem przy lekturze o niczym nowym, na nic nie spojrzałem z innej perspektywy. Miałem w czasie lektury trochę przyjemności estetycznej, bo pani Tokarczuk potrafi pisać ładnie, ale gdybym tamtego wieczora po prostu wcześniej usnął, to myślę, że straciłbym niewiele, a może nawet bym coś zyskał, bo wyspałbym się wtedy trochę bardziej niż zwykle.

Lider4piorunów

@George_Stark

>Tokarczuk

>literatura piękna

Pick one 😂

Lider2piorunów

@George_Stark no okej, tylko wciąż- można napisać skończone gówno używając jak to definicja ujęła "funkcji estetycznej języka", albo innego stosowanej przez takiego Brauna grandilokwencji, żeby brzmieć mądrze, ładnie i udawać. Będzie brzmieć mądrze? Jak najbardziej. Będzie brzmieć ładnie? Oczywiście. Będzie brzmieć elitystycznie? A jakże. Czy to zmieni fakt, że pod spodem to dalej będzie skończone barachło, tylko dla niepoznaki przypudrowane? Powiem tak- możesz sobie na kartofla mówić jaśmin do porzygu, ale żadna ilość tych zaklęć nie sprawi, że nagle zacznie wyglądać i pachnieć jak jaśmin. I dzieła Tokarczukowej to właśnie taki kartofel. A sama autorka już wiele razy pokazała, że to właśnie robi, przy okazji gardząc otwarcie każdym, kto nie czyta tych jej wypocin, za co nieprzypadkowo dorobiła się określenia "arystokarczuk", a ostatnio- używając AI do pisania jakichś prymitywizmów. I naprawdę uważam, że danie jej tego Nobla- pomijając już całą tyradę za co ona go niby dostała- było bardzo złym ruchem, który wyrządził wiele złego. Bo jak inaczej nazwać to, że trafiła do kanonu szkolnych lektur (again- pominę zupełnie tu moje zdanie na temat TEGO wynalazku).

Gruba ryba0piorunów

@NiebieskiSzpadelNihilizmu

No nie musi Ci się podobać. Mnie też nie musi. Ale warto czasami zapoznać się nawet ze słabym pisarstwem żeby umieć docenić dobre, przynajmniej ja tak uważam i ja tak czytam. A pani Tokarczuk umie pisać ładnie. Czy mądrze, to zupełnie inne sprawa, ale ładnie, tak uważam, umie. No i nie wszystko musi być mądre. Czasami wystarcza, że jest ładne.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Fanatyk

w Książki

30piorunów

878 + 1 = 879

Tytuł: Oskar i pani Róża

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Format: książka papierowa

Liczba stron: 88

Ocena: 9/10

Krótka, ale kompletna, pełna, wystarczająca.

Książka dla odważnych, lub tych co szukają ujścia we własnym bólu.

Na pewno nie jest przerysowana, nie próbuje na siłę grać na emocjach.

Sam temat przynosi emocje: ostatnie dni życia śmiertelnie chorego chłopca. Od początku sprawa jest przesądzona, nie trzeba już walczyć, trzymać się nadziei, udawać że będzie dobrze.

Został określony czas, bardzo krótki. Co Ty z nim zrobisz?

Oskar miał dobrą przewodniczkę. Zaproponowała taką zabawę: 12 dni do końca roku, a każdy z tych dni to 10 lat twojego życia. Czy da się przeżyć całe życie w 12 dni? Pierwszy spędzić na nieogarnieciu, drugi na błędach młodości i pierwszej miłości i podobnie kolejne?

W pewnym sensie, tak.

Jest to ciekawy zbiór refleksji na temat życia i śmierci, nie ma tu nic odkrywczego, żadnej tajemnicy. Tylko zwykłe, proste prawdy o których wszyscy zapominamy.

Tak, poryczałam się.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Książki

34piorunów

877 + 1 = 878

Tytuł: Ubik

Autor: Philip K. Dick

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: ebook

Liczba stron: 304

Ocena: 8/10

“Ubik natychmiast postawi cię z powrotem na nogi.”

Przyszłość, rok 1992 (książka miała premierę w 1969 także ten), rodzaj ludzki wyewoluował: telepaci czy jasnowidze są czymś powszechnym. Szczególnie poszukiwane są osoby obdarzone antyzdolnościami, tłumiącymi zdolności psychiczne innych, chroniąc tym samym prywatność klienta. Nawet śmierć nie jest końcem, organizm można utrzymać jeszcze przez jakiś czas w stanie półżycia.

Dick jak zwykle niczego nie tłumaczy i od razu wrzuca czytelnika w środek swojego świata. Podobnie jak w “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” burzy postrzeganie rzeczywistości, zaciera różnice pomiędzy ułudą a rzeczywistością, pogłębiając iluzję o percepcję bohaterów. Nawet chronologia wydarzeń nie jest do końca jasna, przy czym w “Ubiku” autor nie wskazuje jednoznacznie rozwiązania i wiele pozostawia domysłom.

Fascynujące jest to, że w 1969 roku autor przewidział świat pełen płatnych usług: abonament za kawę, prysznic, a nawet opłata za otwarcie drzwi własnego mieszkania.

Niewątpliwie błyskotliwa i surrealistyczna lektura, pełna typowych dla autora skrótów myślowych. I choć momentami sprawiała wrażenie napisanej na kolanie, to tym razem pasowało to do koncepcji opowieści.

GURU9piorunów

No k⁎⁎wa w koncu dobra lektura w tej kupie empikowego gowna co wstawiaja na ! Grwtulacje jestes drugim laureatem erwinkowego tokenu dobrego gustu ! To unikallny przedmiot jesli kiedykolwiek ktos ci bedzie mowil ile “1984” mowi o naszym spoleczenstwie wystarczy ze wezmiesz token do reki i powiesz 3 razy Erwinku przybywaj pojawiam sie wtedy z nikad i typa napierdalam.

GURU0piorunów

@saradonin_redux kilka przeczytalem, z tych nowszych devastation of baal i dante, problem taki ze nigdy nie wiesz w tym dark library czy trafisz na dobra ksiazke czy na homo errorice hurr durr ja jestem silniejszy i bardziej honorwy niz ty hur dur

Pokaż więcej komentarzy (9)

Fanatyk

w Książki

15piorunów

Newsy książkowe od Whoresbane'a!

Wydawnictwo Astra zapowiada historyczną nowość. "Kroniki Mercji. Król Offa i początki państwa anglosasów. 630-918" Maxa Adamsa mają zaplanowaną premierę na 22 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 512 stron, w cenie detalicznej 119,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.

W VIII wieku w środkowej Anglii biło serce królestwa Mercji. Jej władcy — po raz pierwszy od upadku Cesarstwa Rzymskiego — sprawowali w regionie skuteczną władzę i aż do czasu hegemonii Wesseksu dominowali w heptarchii anglosaskiej. Rozwijali kulturę, gospodarkę i system obronny, a także budowali sieci handlowe łączące królestwo z kontynentem.

Potęga Mercji rosła za panowania dwóch królów — Æthelbalda i Offy. Ten drugi wzniósł imponujący wał, oddzielający jego królestwo od wojowniczych walijskich państewek i poprzez monety z własnym wizerunkiem umacniał przekonanie o politycznej wyższości Mercji. Za rządów Æthelbalda i Offy, objęte ich patronatem klasztory stały się ważnymi ośrodkami gospodarki i handlu. Utrwaliły się również zależności między władzą królewską, własnością ziemską i Kościołem — zależności, które przetrwały aż do epoki wikingów.

W swojej książce Max Adams opowiada o fascynującym stuleciu w dziejach dawnej Brytanii.

 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach

Chcesz mnie wesprzeć? Mój Onlyfans ( ͡° ͜ʖ ͡°) ⇒ patronite.pl/ksiazkiWhoresbane

   

Fanatyk

w Książki

20piorunów

Cytat na dziś:

Trzy postacie wstąpiły w krąg światła ognia. Babcia spojrzała w zimne oczy - oczy lodowate jak zbocza Piekła.

Ich posiadacz odrzucił na bok kuszę. Kiedy wyciągał miecz, pod jego przemoczonym płaszczem błysnęła kolczuga.

Nie zakręcił młynka ostrzem. Oczy, wciąż wpatrujące się w twarz Babci, nie należały do człowieka, który lubi kręcić młynki. Należały do kogoś, kto doskonale wie, do czego służą miecze.

Terry Pratchett, Trzy Wiedźmy

Fanatyk

w Książki

34piorunów

876 + 1 = 877

Tytuł: Polowanie na Czerwony Październik

Autor: Tom Clancy

Kategoria: kryminał, thriller, sensacja

Wydawnictwo: Copernicus Corporation

Format: e-book

Ocena: 8,5/10

Wielokrotnie oglądałem ekranizacje i bałem się że książka nie zaskoczy. Na szczęście tylko ogólny zarys pamiętałem z filmu..

Także jest bardzo dobrze plus wiele pomniejszych wątków nie ujętych w filmie.

co jeszcze polecacie od Klensiego?

Osobistość5piorunów

Całą serię wal z Jackiem Ryanem, a co :grinning:

Patrioci

Kardynał z Kremla

Stan zagrożenia

Suma wszystkich strachów

Itd.

Spoko rozrywkowo, detale techniczne jak są pokazane to raczej nie przesadzone, jedynie 'Murica numba one z każdego konfliktu spoziera

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Książki

31piorunów

875 + 1 = 876

Tytuł: Anioł Exterminatus

Autor: Graham McNeill

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Copernicus Corporation

Format: książka papierowa

Liczba stron: 617

Ocena: 8/10

“W żelazie nasza siła. W sile nasza wola. W woli nasza wiara. W wierze nasz honor. A honor nasz jest z żelaza!”

XXIII część cyklu Herezja Horusa

Prymarcha III Legionu - Fulgrim dowiaduje się o tajemniczej broni Eldarów mogącej przechylić szalę zwycięstwa na stronę rebeliantów. Ponieważ broń ukryta jest w twierdzy, namawia Perturaba - mistrza oblężeń i prymarchę IV Legionu do udziału w misji.

Dobrze, że poczekałem z lekturą tej pozycji, gdyż zapoznanie się z Wielkim Oblężeniem Mniejszej Damantyne z “Ery Mroku” jak i bitwy o Phall opisanej w “Cieniach zdrady” pomaga zrozumieć kontekst niektórych wątków.

Książka przedstawiająca doktrynę “Żelaznych Wojowników” oraz Perturaba, o którym do tej pory mówiono tylko tyle, że jest ponury. Perturabo okazał się ciekawą postacią: mistrzem strategii wojennej, budowniczym, wynalazcą, historykiem i przede wszystkim niezrozumianym marzycielem. A także wodzem zmęczonym faktem, że jego legion wykorzystywany jest przez Imperium do prowadzenia żmudnych i wyniszczających oblężeń.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten tom ma w sobie coś z komiksu efektowne narysowanego w jaskrawych barwach. Fulgrim osiąga niespotykany dotąd poziom melodramatyzmu i zepsucia. Fabius - szalony naukowiec, pozbawiony moralnych ograniczeń, przypomina mi złoczyńcę z uniwersum Batmana. Sharrowkyn i Wayland będący parą agentów wyjątkowych nawet jak na standardy Astartes. Stary znajomy - fechmistrz Lucius wciąż szukający przeciwnika mogącego zapewnić mu choć odrobinę rozrywki.

Znów jedna z lepszych części: bogaty język, barwne i pobudzające wyobraźnię opisy, wspaniała scena pojedynku pod koniec oraz emocjonujące zakończenie.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Książki

14piorunów

Nowa Fantastyka 06/2026

„Do sprzedaży trafił właśnie czerwcowy numer "Nowej Fantastyki". Na jego okładce widnieje plakat zbliżającego się wielkimi krokami święta fantastyki - Pyrkonu. A co czeka w środku?

Na początek proponujemy wywiad z twórcami nowych przygód Tytusa, Romka i A'Tomka: Arturem B. Chmielewskim (synem Papcia Chmiela), Karolem Weberem i Zbyszkiem Larwą. Świadomi tego, że kontynuacja tak kultowej serii może budzić obawy fanów, nie stroniliśmy od niewygodnych pytań, aby dać Wam lepszy wgląd w podejście kontynuatorów do tematu.

To nie jest zresztą jedyny okołokomiksowy wywiad w tym numerze, mamy dla Was powiem także rozmowę ze znakomitym belgijskim twórcą Bédu.

A z okazji Dnia Dziecka proponujemy nietypowy komiks: przygody Emilki Sza autorstwa Meago i Maćka Kura.

Dla fanów literatury mamy artykuł o sadze Blackwater, która niedawno trafiła na półki księgarń, a miłośnicy kina znajdą w tym wydaniu obszerne podsumowanie filmów, które pojawiły się na festiwalu Splat!

Do tego tradycyjnie recenzje, felietony i inne stałe atrakcje.

W dziale opowiadań trzy teksty polskie, w tym wyróżnione w naszym konkursie literackim "Nasze wspólnoty" Adrianny Filimonowicz, oraz cztery opowiadania zagraniczne - trochę retro, trochę nowości, z różnych stron świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.

"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej promocja z prezentem książkowym - do wyboru nowe wydanie "Cmętarza zwieżąt" Stephena Kinga albo humorystyczne "Monstery i afery" Sylwii Dec.

NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.

Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:

https://www.gildia.pl/nf.html

E-wydanie, które również możecie zaprenumerować, na platformie Nexto:

https://www.nexto.pl/e-prasa/nowa_fantastyka_p1204368.xml

NF w Legimi:

https://www.legimi.pl/katalog/?searchphrase=nowa%20fantastyka&sort=score

Bądźcie z nami!”

Osobistość

w Książki

20piorunów

874 + 1 = 875

Tytuł: Szóstka

Autor: Przemysław Kowalewski

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Filia

Format: audiobook

ISBN: 9788382809398

Liczba stron: 408

Drugi tom o milicjancie Litwinie-alkoholiku w Szczecinie. Tym razem historia dzieje się w latach 1967-1968 i znów inspirowana jest prawdziwym wydarzeniami, konkretnie największa katastrofą tramwaju w historii Polski oraz niską tolerancją władzy ludowej na żydów. Całkiem dobra.

Licznik prywatny: 33/52

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Fanatyk

w Książki

18piorunów

Newsy książkowe od Whoresbane'a!

Prószyński i S-ka zapowiada pierwsze polskie wydanie książki Johna Steinbecka. "Dziennik pisarza. Na wschód od Edenu w osobistych zapiskach" w księgarniach od 21 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 304 strony, w cenie detalicznej 54,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.

Od 29 stycznia do 1 listopada 1951 roku każdy dzień pracy nad powieścią „Na wschód od Edenu“ John Steinbeck rozpoczynał w szczególny sposób: pisał list do Pascala Coviciego – przyjaciela i redaktora w wydawnictwie The Viking Press. Steinbeck traktował tę korespondencję jako rozgrzewkę, która miała mu pomóc wejść w rytm pisania.

Listy Steinbecka powstawały równolegle na stronach notesu, w którym autor pisał kolejne partie tekstu „Na wschód od Edenu“. Dotykały wielu tematów – problemów związanych z planowaniem fabuły, prób warsztatowych, spraw osobistych.

To zapis jednocześnie intymny i praktyczny: po części autobiografia, po części obraz pracy pisarza. Listy pozwalają zobaczyć Steinbecka nie tylko jako autora wielkiej powieści, ale też jako człowieka – z jego codziennymi rytuałami, wątpliwościami, dyscypliną i potrzebą rozmowy z kimś, komu ufał.

 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach

Chcesz mnie wesprzeć? Mój Onlyfans ( ͡° ͜ʖ ͡°)

⇒ patronite.pl/ksiazkiWhoresbane

⇒ suppi.pl/ksiazkiwhoresbane

    

Fanatyk

w Książki

16piorunów

Cytat na dziś:

Magrat rozejrzała się lękliwie. Tu i tam wśród wrzosowisk wyrastały wielkie głazy. Ich początki ginęły w pomroce dziejów, ale podobno prowadziły ruchliwe i tajemne życie. Zadrżała.

– Czego tu można się bać? – wyszeptała niepewnie.

– Nas – odparła z dumą Babcia Weatherwax.

Terry Pratchett, Trzy Wiedźmy

Gruba ryba

w Książki

16piorunów

871 + 1 = 872

Tytuł: Kleopatra. Królowa, która rzuciła wyzwanie Rzymowi i zdobyła wieczną sławę

Autor: Alberto Angela

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Czytelnik

Format: książka papierowa

Liczba stron: 412

Ocena: 6/10

Jakoś dłużyła mi się ta książka, wcześniej przeczytałem inną o Starożytnym Rzymie i tutaj mialem w większości te same informacje, co w poprzedniej. Spodziewałem się książki o Egipcie, a dostałem w większości tytuł o Rzymie, więc tak ją męczyłem trochę, ale jak ktoś nie zna tych informacji, które ja znałem, to miło się może zaskoczyć.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Fanatyk

w Książki

29piorunów

869 + 1 = 870

Tytuł: Trzy Diamenty

Autor: Janusz Meissner

Kategoria: literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Iskry

Format: książka papierowa

Liczba stron: 220

Ocena: 5/10

Nic ciekawego nie jestem w stanie o tej książce powiedzieć. Jest sobie młody człowiek, doszkala się w swojej pasji, czyli lotami szybowcem i z czasem osiąga duże sukcesy. Podoba mu się jakaś dziewczyna, ale okazuje się, że to nie ta i wybranką zostaje ta 'niepozorna'. Ma ciekawą pracę i fach w ręku po ojcu, ale marzy mu się więcej, co oczywiście się spełnia.

Wszystko jest mocno przewidywalne, duża część książki jest dość monotonna.

Wydaje mi się, że fanom lotnictwa mogłoby się spodobać, mnie nigdy tematyka nie ciągnęła, może dlatego się wynudziłam.

Podobał mi się za to krótki dodatek na końcu książki: lotnictwo szybowcowe od strony teoretycznej, wraz z charakterystyką rozmaitych wiatrów i ukształtowania terenu. W sumie mogłam to przeczytać na początku xd

GURU0piorunów

@Shivaa Znam człowieka który nastukał te wszystkie diamenty a nawet więcej.

Nigdy nie założył rodziny, nie miał dzieci, umrze sam w ośrodku w którym już ma zarezerwowane miejsce.

Nalatał się, piękne rzeczy widział, i co z tego?
Zostanie po nim tylko pamięć kilku osób jak ja.

Fanatyk1piorunów

@Opornik latanie w ogóle zamieniłabym na cokolwiek xD
Dla mnie na przykład w życiu ważna jest tak samo rodzina jak i własne pasje
Nie czułabym się szczęśliwa bez zdrowego balansu jednego i drugiego
Ale też kumam że niektórym wystarczy sama rodzina lub szybowce ¯⁠\\⁠⁠(⁠ツ⁠)⁠⁠/⁠¯

Pokaż więcej komentarzy (4)

Mistrz

w Książki

39piorunów

868 + 1 = 869

Prywatny licznik: 14+1=15

Tytuł: Ćwiczenia z ciemności

Autor: Naja Marie Aidt

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Cyranka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788367121675

Liczba stron: 248

Ocena: 9/10

I druga książka o przeżywaniu tragedii, napisana ZUPEŁNIE inaczej.

Bohaterką hipotetycznie jest kobieta w wieku 57 lat, która cierpi z powodu długotrwałego i wyniszczającego PTSD. Wraz z kolejnymi wizytami u swojego terapeuty poznajemy kolejne powody takiego stanu bohaterki - przemoc ze strony ojca, brak zainteresowania cierpieniem córek ze strony matki, zaćpanie się na śmierć przez młodszą siostrę i parę więcej (o tych dowiadujemy się w miarę szybko, na kolejne trzeba czekać przy kolejnych i kolejnych wizytach w ramach terapii, nie zdradzę spoilerów), co wszystko w końcu doprowadziło do przelania czary, po czym organizm i psychika bohaterki powiedziała "dość". Tak więc wraz z bohaterką i kolejnymi stronicami przechodzimy przez kolejne ćwiczenia z ciemności i radzenia sobie z nią, aż w końcu docieramy do jądra ciemności. Terapia została oddana naprawdę znakomicie, widzimy górki i dołki walki bohaterki, na którą naprawdę mocno wpływa zwykła codzienność i problemy m.in. rodzinne (które są naprawdę dużym i ważnym wątkiem w książce, ściśle związanym z ciemnością bohaterki).

Długo się zastanawiałem, czy słusznie ująłem główną postać książki - bo tak naprawdę bohaterem tej książki są kobiety. Bez dwóch zdań jest to powieść bardzo mocno feministyczna, której przesłaniem jest: każdą z kobiet mogło spotkać coś takiego i każda kobieta, nawet ta najbardziej niepozorna, może mieć jakieś traumatyczne przeżycia (kapitalne wtręty o anegdotach na pewnej imprezie). Główna bohaterka nie podołałaby w swojej walce gdyby nie pomoc i wsparcie przyjaciółek: nie zawsze robią wszystko dobrze, czasem chcą więcej niż bohaterka jest w stanie unieść - ale bez wątpienia bez nich nie byłoby możliwości pójść dalej. Wiele mówiący jest również obraz budynku, w którym mieszka bohaterka: 4 piętra zamieszkałe wyłącznie przez kobiety, zaś opuszczony przez mężczyzn (bo byli dziećmi i się wyprowadzili, bo ich nigdy nie było, bo zmarli).

Ale mimo tego, że jest to powieść mocno feministyczna, to jednocześnie na szczęście nie jest również wyłącznie wymierzona w mężczyzn: są postacie męskie zarówno pozytywne, jak i negatywne, są postacie kobiecie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Autorka zdołała znaleźć balans zdecydowanie bardziej w stronę pro- niż anty- i za to Jej chwała.

Znowu, zdecydowana polecajka, książka niby podobna w tematyce ale z zupełnie innymi odczuciami. W przeciwieństwie do poprzedniej opisywanej przeze mnie książki, ta jest dużo bardziej miękka narracja, dużo więcej mamy emocji i dużo więcej dzieje się wewnątrz bohaterek. I tutaj światło na końcu tunelu świeci zdecydowanie jaśniej. Ale co to za światło, to już odsyłam do książki 😉

GURU10piorunów

@bojowonastawionaowca Tydzień po ślubie i już czyta o przeżywaniu tragedii :grinning:

Pokaż więcej komentarzy (6)