
Zaraz po liceum poszedłem robić na produkcji oczywiście za minimalną do lokalnej fabryki. Robota gówniana, hajs słaby, ale jak się ze starymi jeszcze mieszkało to po opłaceniu studiów zostawało jeszcze na jakieś piwo z kolegami. Teraz jak czasem przejeżdżam obok bramy zakładowej po 14:00 to widzę wychodzące stamtąd mordy z którymi robiłem na jednej zmianie dwadzieścia lat temu. I tak sobie myślę, że oni pewnie jak szli do pośredniaka szukać pierwszej roboty to mieli nadzieję na jakiegoś prezesa, albo chociaż dyrektora. A tu klops, robol w kołchozie się wylosował. Nie wiedzą może, że pracę to da się zmienić, że to nie jest tak, że dostajesz pierwszą od tiary przydziału i musisz się jej trzymać. Smutne to.
FABRYKA SMRODU!!!





















