Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Hydepark Domyślna

Kategoria: Hydepark

  • 5753 członków
  • 253034 wpisy

Fenomen

w Hydepark

3piorunów

Poniedziałek

Noc minęła spokojnie - na tej polanie było chyba nawet cieplej niż wczoraj na kempingu. Powoli namioty się otwierają, kuchenki grzeją wodę na kawę i kto tam co ma. Zginął nam nasz hasiok, czyli reklamówka na śmieci - J. twierdzi, że słyszał w nocy jakiegoś liska. No cóż, dołożymy swoją cegiełkę do lokalnego krajobrazu, bo niestety śmieci wywala się tu bezwstydnie gdzie bądź, taka postkomunistyczna mentalność.

Po śniadaniu niektórzy idą w las za drogę, co jest o tyle zabawne, że po chwili przejeżdża ciężarówką ekipa po drewno - musieli mieć niezły ubaw :grinning: Ja podziwiam swojego palucha, który po wczorajszej wywrotce codziennie zmienia kolory pod paznokciem.

Ruszamy podobnie jak wczoraj. Zjeżdżamy do miasteczka Берковица (Berkovica) i robimy kilka kółek w poszukiwaniu sklepu. Okazuje się, że jest mały ryneczek, z którego podziwiamy nasz dzisiejszy cel - górę Kom, sięgającą delikatnie ponad 2000 m n.p.m.

Po zakupach wpadamy od razu na TET, który prowadzi coraz węższymi uliczkami i od razu robi się gruby podjazd - kamienie, wyrwy i do tego wściekłe psy. A jeszcze nie wyjechaliśmy z miasteczka xD. Po chwili, już ponad ostatnimi dachami robi się trial, wszystko rozjeżdżone, muldy, koleiny, przeskakujemy wąziutkie, ale głęboko wyryte w suchej ziemi, koryta po tymczasowych rzeczkach. Jest ostro. Stajemy po jakimś czasie - K. mówi, że kiepsko się dzisiaj czuje i faktycznie wygląda słabo. Chwila dyskusji i postanawiamy spotkać się na dole. P. wraca z nim do asfaltu, a my, chwilowo we dwóch, powoli wspinamy się w górę.

Okazuje się, że jak tylko wjeżdżamy do lasu, to jest całkiem przyzwoicie - czasem gorzej, czasem lepiej. Stajemy na elektrolity, dogania nas P., następnie bez większych niespodzianek docieramy na połoniny. Tych widoków po prostu nie da się mieć dość. Pogoda znów nas rozpieszcza, widoczność chyba z 100 km dookoła. Droga się wije, niby jest bardziej płasko, ale i tak trzeba się mieć na baczności, bo dookoła pełno luźnych kamoli, z których niektóre są naprawdę spore.

W końcu ostry podjazd pod sam szczyt Kom. P. zaczyna udzielać mi rad, więc wiem, że będzie srogo. Jadę ostatni, staram się nie myśleć za dużo, w głowie tylko jedno: "trzymaj gaz, jak puścisz, to po tobie, trzymaj, choćby to miało być ostatnie, co zrobisz...". Niestety w połowie drogi wybijam się z koleiny i ląduję na boku.

P. wraca do mnie na piechotę, pomaga postawić moto na koła i proponuje, że wprowadzi je za mnie. Ok, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... On wsiada, ja pcham. Sprzęgło na ostatnich nogach, ale idzie - wściekle gryzie kamienie, nabiera prędkości i udaje się, staje na wypłaszczeniu. Idę do niego na piechotę jakieś 50 metrów i łapię potężną zadyszkę - tu nawet wejść jest ciężko! :grinning:

Zostały jeszcze dwa odcinki ostrego podjazdu. Chłopaki cisną pod górę, ja też wsiadam, czyszczę głowę ze zbędnych myśli, wzrokiem planuję trasę i ruszam. Motocykl na kamieniach tańczy jak narowisty koń, śmierć w oczach, ale trzymam gaz równo. Niestety w połowie tracę panowanie - wyrzuca mnie w bok, poza drogę, tam gdzie zbocze robi się naprawdę strome i skaliste, by po kilku metrach zamienić się w urwisko. Łapię sprzęgło, hamulec i leżę - na szczęście miękko, w jagodach.

Chłopaki zbiegają i na mój widok oddychają z ulgą. Myśleli, że już po mnie...

Co teraz? Pada propozycja, żeby zawrócić sprzęt i spróbować jeszcze raz z poprzedniego checkpointu, ale wiem, że nie jestem jeszcze na poziomie tej ścieżki, margines błędu wydaje mi się zbyt mały, więc oddaję kierownicę. Znów P. zjeżdża (a w zasadzie zsuwa się z małą lawiną kamieni) na dół, gdzie może nabrać prędkości, zawraca i ogień. Jak się stoi z boku, to wygląda na banalne, a nie jak walka o życie :neutral_face:

No cóż, kolejny spacer o kilka metrów w górę i obserwuję, jak P. na swoim Kove znów drapie się na sam szczyt. Ok, kamieni jakby mniej, widziałem przed chwilą, jak to się robi, więc teraz pójdzie łatwo, PRAWDA?

No to jazda, raz matka rodziła!

Rozbieg, dwója i gazu od.... Poszło! Tym razem, na sam szczyt, wjechałem o własnych (i kozy) siłach! Staję na płaskim, J. dociera zaraz za mną. Widzę bułgarską flagę na czubku przede mną i rozglądam się. Widoki są NIE-SA-MO-WI-TE. Nawet gdybym miał już teraz wracać do domu, to warto było przyjechać choćby dla tej jednej góry.

Oprócz konstrukcji z flagą jest też marmurowy kamień z jakimiś inskrypcjami i podobizną gościa, który wygląda dokładnie jak Stalin...

Jakieś 10 metrów poniżej szczytu stoi stół z ławeczkami. No to w tak pięknych okolicznościach przyrody robimy dłuższy popas: jemy, pijemy, dzwonimy, filmujemy, a J. puszcza drona. Musi uważać, bo gdy tylko słońce przykryją chmury, od razu zaczyna mocno dąć zimny wiatr.

No dobra, czas się zbierać, ale zauważamy flaka w Kovadle. No trudno, przynajmniej trafiło dzisiaj na J. - on ma opony bezdętkowe (tubeless), więc nie trzeba zdejmować koła. Pudełko, sznurki-makarony, klej, pompeczka - 20 minut i ruszamy w dół.

Ale skoro wjechało się grubo, to zjazd też jest srogi. Technicznie łatwiejszy, bo grawitacja pomaga - wystarczy się nie bać 😆 Ustalonym wcześniej szykiem - oni przodem, ja z tyłu, żeby ich nie spowalniać, a co jakiś czas czekają na mnie, żeby upewnić się, że żyję :grinning:

Połoniny przejeżdżamy elegancko, zaczyna się las i w pewnym momencie doganiam J. Pytam:

-Co jest?

-Pana.

Ech, znów stoimy.

Oglądamy gumę - ta sama dziura! Naszych sznurków nie widać, musiał trafić na kamień, który je po prostu wyrwał. Wyciągam zestaw, w międzyczasie wraca P., który nie mógł się nas doczekać z przodu. Kolejne łatanie, klejenie, pompowanie. Moja CFka, z racji gniazda zapalniczki, robi za elektrownię dla pompki :smiley: Nabieramy wprawy - 20 minut i po krzyku.

Zjeżdżamy w końcu na przełęcz Petrochan, która leży na wysokości bitwy pod Grunwaldem (1410 m n.p.m.). Jest tam już cywilizacja i jakiś zbiornik wodny - całkiem jak ten na górze Żar, tylko że betonowa niecka jest pusta, a panowie zamiatają dno :thinking_face:

Podjeżdżamy pod elegancki lokal o szumnej nazwie "Bistro", gdzie czeka na nas K. rozwalony jak panisko. Chyba dobrze mu zrobił odpoczynek. Zamawiamy obiadek, a po nim odkrywam wspaniały porcelanowy cud cywilizacji w eleganckiej komnacie dumania, jakiej wciąż nie doświadczyło dwóch na trzech mieszkańców Federacji Rosyjskiej. Spośród licznych zalet tego miejsca największą jest to, że nie oglądają cię pracownicy jadący po drewno do lasu, więc przez kilka chwil podziwiam sztukę glazurniczą w pełnym spokoju 😉

Pojedli, popili, czas się zbierać.

Jedziemy koło wspomnianego zbiornika, potem w górę. Nie ma ostrych podjazdów, ale ciągle utrzymujemy się powyżej 1500 m n.p.m. Teren miejscami mocno wymagający: głazy, progi, muldy, trochę lasu, aż nagle wypadamy na coś, co wygląda jak preria. Dookoła pagórki pokryte tylko wrzosami, ale w oddali widać, że jesteśmy na płaskowyżu - to wciąż Stara Płanina.

Jedzie się fantastycznie, czasem można nawet usiąść na parę sekund i dać odpocząć kręgosłupowi, ale miejscami zabawa przypomina czyste enduro :smiley: W jednym miejscu wyłania się kapitalny widok na miasteczka poniżej - postanawiamy zrobić foto grupowe.

Czasem gubimy drogę, ale zjeżdżamy w końcu do miasta Лакатник (Lakatnik). Wypadamy na równiutki, szeroki asfalt, ale nasz wzrok natychmiast przyciągają pionowe skały pnące się tuż obok drogi. Wyglądają obłędnie - jakbyśmy jechali w Wielkim Kanionie, tyle że z drzewami.

W miasteczku robimy zakupy na wieczór i poranek, po czym wywiązuje się dyskusja: tankować dzisiaj czy rano? Niestety najbliższa stacja jest 20 km stąd, w miejscowości Своге (Svoge), ale decydujemy się załatwić sprawę od razu.

Jazda asfaltem jest odświeżająca: nic nie skacze, przyczepność 100%, prędkość w zakrętach cieszy - aż przypomniały mi się stare wypady w Alpy.

Niestety dzwoni J. ... hat-trick, trzecia guma tego dnia, jeeeez! Kolejne 20 minut na poboczu - powoli myślę, że oni chyba po prostu nie umieją dobrze łatać xD

W końcu dojeżdżamy do Svoge. To miasto powiatowe, bloki, ruch, młodzież na chodnikach, jest stacja, paliwo zalane, po czym szybko wracamy (na kolanku 😉) w poszukiwaniu spokoju pod Lakatnickie Skały.

Odbijamy gdzieś w pole. Dróżka robi się coraz węższa, pozarastana, z dwóch śladów robi się jeden, drzewa i krzewy zwisają tak, że muszę się garbić za szybką, jakbym przejeżdżał przez zieloną bramę, by za chwilę skończyć się wspaniałą łąką z widokiem na skały. Tu się rozbijamy.

Wsuwamy kolację w resztkach światła, po czym rozpalamy małe ognisko i siedzimy przy nim, popijając kto co lubi i dłubiąc słonecznik.

Dzisiaj ekipa szybko się wykrusza. Przez dwa dni zrobiliśmy "tylko" 250 km, ale terenu nie da się porównać z asfaltem. Wszyscy solidnie dostali w kość, ale cali i zdrowi zbieramy się do spania.

Do jutra! :slightly_smiling_face:

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Hydepark

3piorunów

Ciekaw jestem co sądzicie na temat zakończenia kadencji :clown_face:

Do końca kadencji Trumpa zostało 837 dni. Czy Trump zakończy kadencję przed terminem?

  • Nie. Ta żenada będzie trwała jeszcze 837 dni.69% (11 głosów)
  • Tak. Odejdzie z tego świata z przyczyn naturalnych (ma 80 lat).6% (1 głos)
  • Tak. Następny snajper nie będzie podstawiony.13% (2 głosy)
  • Op to ...13% (2 głosy)

16 głosów

Osobistość6piorunów

Jeśli nie zejdzie wcześniej, to zostanie do końca i nie będzie chciał oddać władzy.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Lider

w Hydepark

5piorunów

Jezus Transformers 🤣

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fenomen

w Hydepark

0piorunów

A w zasadzie to Bob pyta.

Mam W7 i nawet nie wiem kiedy wy⁎⁎⁎⁎ła mi się apka DropBox. No to jak biały człowiek ją odinstalowałem. Zasysam nową wersję i nie idzie zainstalować bo błędami sypie.

Błąd 0. Nieznany błąd. Ktoś miał podobny problem ?

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fenomen

w Hydepark

8piorunów

Czytam badania o tym, że "Zetki" odczuwają brak sensu w życiu. Pod tego typu postami w socialach masowo wypluwane są komentarze o tym, że nic nie mają. Drogie mieszkania, kredyty, słabe zarobki na start i ogólne poczucie niesprawiedliwości.

Powiem tak: zgodzę się i nie. Z jednej strony start jest bardzo ciężki, z drugiej są pokolenia, które pamiętają wysokie bezrobocie, brak perspektyw na życie, mało bezpieczne ulice po zmroku i absolutny brak rozrywek. Siłowni kilka na krzyż na mieście, głównie same karki patrzące się na ciebie oceniającym wzrokiem podczas ćwiczeń, o jakichś knajpkach, eventach i innych cudach nie wspominam. Robota w McDonalds to był rarytas, a pójście na obiad na miasto nawet w lepiej sytuowanych rodzinach był od święta. Pochodzę z trochęj lepiej usytuowanej rodziny i mimo to pamiętam nawet w okolicach 2005-2006 roku jak wyjście do restauracji z rodzicami (dziś istniejąca dalej i klasyfikowana w kategorii smażalnio-speluna) to było WOW.

Absolutnie mitem jest to, że każdy kiedyś miał mieszkanie, kupował za pół darmo lub dostawał od państwa. Jak się miałeś gdzie dorobić, to było zdecydowanie łatwiej, ale dziś masz full możliwości, by zarabiać, a kiedyś to nawet wyjazd za granicę nie był łatwy.

Zetkom banie zniszczył Instagram. Nierealne życie jak z bajki, podróże po świecie, drogie samochody, beztroski lifestyle, gdzie się leży, pachnie, zarabia i oddaje tylko przyjemnościom.

Dodatkowo, Żyd zakręcił korbom w głowach kobiet. Dziś ludzie żyją bez miłości, wiary (wiarę tu interpretuję szeroko - zarówno religię, jak i wiarę w siebie, w szczęście, dobrą energię etc), często bez pasji (bo kiedyś bez technologii musieli ją mieć, by nie zwariować), więc jak mają byc szczęsliwi? XD Oglądając rolki jakichś farmazoniarzy, że jeżdżą mercedesami za bańkę, bo zarobili jako influencerzy na youtubie i co miesiąc są w innym kraju? XD

Kiedyś jak spytałeś kogoś o jego marzenia, to powiedział, że chciałby coś osiągnąć zawodowo, mieć rodzinę, co roku w wakacje pozwiedzać trochę świata, dobre auto i tak dalej. Rzecz w tym, że na te marzenia ciężko zapierdalał i były one mierzalne i osiągalne.

Dziś jak spytasz takiego Zoomera to ci powie - Auto za bańkę (albo i kilka), 100 zwiedzonych krajów, willa nad morzem w Hiszpanii, własny jacht, dochód pasywny i c⁎⁎j wie co jeszcze wymyślą XD Oczywiście zapierdalają na to tak, że mają często mało ambitne prace i liczą, że samo się zadzieje.

Widziałem jakieś badania, że pokolenie Z jest pierwszym, które nie jest lepsze od poprzedniego. Czyli millenialsi, wychowani na pograniczu 2 światów (biedy i technologicznego), to jest chyba absolutnie najlepsze pokolenie po upadku II RP i to jest w sumie prawda.


Autorytet6piorunów

94 rocznik here.

Ja uważam, że my dzisiaj (dorośli 30-40lat) mamy o niebo lepiej i łatwiej niż nasi rodzice i dziadkowie.

Glowne powody:
- powszechny dostęp do wiedzy z całego świata
- bezproblemową mozliwosc przemieszczania sie na gigantyczne odległości (pamietam jak rodzice jechali do lekarza z siostrą systematycznie 60km w jwdna strone - wyprawa życia i pp drodze srednio dwie awarie auta)
- bezproblemowa i ogólnodostępna komunikacja praktycznie na caly swiat
- poziom wiedzy ludzkości dzisiaj jest czymś niewyobrażalnym w porównaniu do PRL
- mnóstwo narzędzi nowoczesnych do realizowania zadań, ktore dla naszych rodziców były nie do ogarnięcia

Tylko to wszystko idzie w parze z zagrożeniami, takimi jak szeroko pojęte internety, szury, płaskoziemcy, reptilianie itd. Dzisiaj teoria spiskowa moze miec rzeszę fanów na całym świecie bez większych problemow. W sumie to ciężko jest stwierdzić staremu obywatelowi co jest prawdą, a co nie.

Każde pokolenie ma własny czas, każde pokolenie chce zmienic siwat,
Każde pokolenie odejdzie w cień
I nasze też.

Osobistość1piorunów

@Lopez_ Może to kwestia "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Kiedyś niczego nie było i każdy był szczęśliwy, a obecnie są możliwości, ale poza naszym zasięgiem.

Pokaż więcej komentarzy (9)