
Wpis użytkownika Shivaa w Hydepark
ShivaaFanatyk
70piorunówZawsze zastanawiałam się jak to jest spędzić dzieciństwo na wielkim blokowisku, z sebixami na ławeczce, ogromnymi przestrzeniami między wysokimi blokami i masą zieleni. U mnie było trochę inaczej.
Podwórko
Mieszkałam we Wrocławiu na Ołbinie, gdzie królowały stare kamienice, podwórza nie były urodziwe, zazwyczaj z małą ilością zieleni, w latach 80-90 nie było jeszcze ładnych placów zabaw, ale mame mogła kontrolować z okna co robią jej pociechy i w razie czego rzucić picie albo piłkę, a potem wrócić do oglądania Mody na sukces i mieszania bigosu.
Mój blok wybudowany został w latach 80, wkomponowany w sąsiednie kamienice był najnowszym na tym podwórku.
Podwórko miało kształt litery U, ja mieszkałam na jego środku. Dzieliliśmy się na 3 mniejsze podwórka, każde nazywaliśmy kolorem na który niegdyś pomalowane były drabinki na placach zabaw: Zielone, Niebieskie i moje, Czerwone. Moje było największe i najbogatsze w sprzęty do tracenia zębów, więc zazwyczaj schodziły się do nas dzieciaki z sąsiedztwa.
Podwórze miało taki kształt, ponieważ na środku znajdowała się duża piekarnia 'Sobótka', odgrodzona wysokim płotem, gdzie później powstała jedna z pierwszych Biedronek w mieście.
Oczywiście zieleni nie było zbyt wiele, trochę smutnej trawy, parę młodych wtedy jeszcze drzew, poza tym ziemne klepisko, gdzieniegdzie beton i tajemne napisy na ścianach (długo głowiłam się nad tym co oznaczało hasło WAL KONIA widoczne z mojego okna).
Podwórkowe legendy
Pewnie każde takie miejsce miało swoje, ja wspomnę tylko o dwóch bo pamięć już nie ta.
Nawiedzona piwnica: z jakiegoś powodu dzieciaki lubią się trochę bać a przed snem płakać z powodu potwora pod łóżkiem. O jednej z kamienic krążyła legenda, że w jej piwnicy powiesił się jakiś ziomek. Miejsce w którym ktoś odebrał sobie życie, ma dla dzieciaków +100% statsów do grozy i 200% szans, że są tam duchy. Piwnica rzeczonej kamienicy, tak jak zresztą wszystkie na tym podwórku, miała swoje wyjście zaraz obok Czerwonego placu zabaw. Był to obskurny zaszczany kąt, ze schodkami w dół i skrzypiącymi drzwiami, za którymi szedł długi, nie ładniejszy korytarz bez oświetlenia, który kończył się piwnicami. Większość dzieciaków mieszkających w tej bramie, wychodziła na podwórko naokoło, aby nie narażać się na ducha samobójcy. Po czym wszyscy radośnie siadaliśmy na tych schodkach i straszylismy się nawzajem.
Oczywiście lubiliśmy grać w prawda-czy-wyzwanie z czego najpopularniejszym wyzwaniem było wejść do tej piwnicy, po czym delikwent był zatrzaskiwany w środku, dopóki jakiś wściekły rodzic nie zaczynał drzeć się z okien aby zamknął zaryczaną jadaczkę. Potem szedł do domu naskarżyć, a reszta ulatniała się. Następnego dnia znowu była sztama.
Krzysiu Wariat: na samiuśkim końcu podwórek mieszkał sobie Krzysiu z bratem i ojcem alkoholikiem. Krzysiu miał koło 20-30 lat i nierówno pod sufitem. Ploty krążyły o nim niesamowite, co się u nich w domu wyrabia. Prawda, byliśmy wrednymi, znudzonymi szczylami i granie w gałę i zamykanie się w piwnicy samobójcy czasem nam nie starczało.
K. lubił się na wszystkich drzeć bez powodu i miał swoje dziwactwa, które niesamowicie nas śmieszyły. Bywały dni, gdy szczytem naszych ambicji bywało wołanie pod jego oknami 'Krzysiu Wariat' i uciekanie gdzie pieprz rośnie, nierzadko spowalniając się nawzajem, aby kolega trafił w ręce Krzysia.
K. Uwielbiał tą grę, wybiegał wtedy wściekły z domu (nie miał daleko bo mieszkał na parterze) i gonił nas miotając przekleństwa.
Któregoś dnia dostarczył nam niecodziennych emocji wyskakując na nas z grabiani. Gdyby ktoś mi wtedy mierzył czas, mógłby paść rekord w dziecięcej kategorii sprintu.
Aktywności
Niestety nie dane nam było brainrotować się w tamtych czasach na tiktoku, więc musieliśmy być bardziej kreatywni. Ale już wtedy byliśmy gender fluid I każdy z nas skakał w gumę, aby potem grać w nogę z bramkami tworzonymi przez trzepak oraz drzewo i smutny kamień (tam czasem trudno było ocenić czy był gol). Każdy z nas plotkował co tam się wydarzyło w ostatnim odcinku telenoweli, a kiedy były mistrzostwa, lataliśmy z szalikami losowych zespołów piłkarskich (bo nie było wyboru, brało się co było). Nikt nie mówił że coś jest babskie albo chłopskie, taki fajny mieliśmy team.
Byłam jedną z niewielu osób, które miały piłkę do nogi, pamiętam ją do dziś jak bardzo na koniec była zajechana przez niezliczone mecze juniorów.
Jedną z moich ulubionych zabaw, była zabawa w wojnę. Byliśmy podzieleni terytorialnie na Czerwonych, Zielonych i Niebieskich. Przemykaliśmy po podwórku krzakami, piwnicami I bramami, zastawialiśmy na siebie pułapki i latał nie jeden kamień. Celne trafienia zwykle kończyły się rykiem i wizytą rodzica poszkodowanego na polu bitwy. Wtedy grzecznie udawalismy, że całkowitą uwagę poświęcamy szczepionym tramwajom w trawie albo kopaniu dołów w piaskownicy.
Z bardziej popularnych dziecięcych zabaw z tamtego okresu było dzwonienie do kogoś domofonem i uciekanie, albo co odważniejsi wdawali się w durnowatą dyskusję z ofiarą. Odkryłam wtedy, że aby wejść do zamkniętej bramy, zazwyczaj wystarczy zadzwonić pod losowy numer i powiedzieć 'cześć, to ja' albo proste 'otwórz'.
Atrakcje
Na podwórku był mały sklepik, gdzie lokalne żule zaopatrywały się w napoje wyskokowe a my w oranżadę z kaucjonowanej butelki. Były też gumy kulki i star czipsy do uzupełniania kalorii po bieganiu z patykami z gównem.
Ponadto w sklepiku tym była maszyna go gier, gdzie wrzucało się ciężko wyciągnięte od rodziców monety i patrzyło jak ustawiają się w rządku cytryna, jabłko, truskawka i śliwka, co znaczyło zniszczenie naszych dziecięcych marzeń o dołączeniu do klasy średniej.
Mieliśmy jeden kosz do gry, niestety parę metrów od niego był ulubiony murek lokalnej partii koneserów taniego wina, więc raczej trzymaliśmy się od niego z daleka.
Lokalsi
Nie mówię, że teraz tego nie ma, ale lata 80-90 były obfite w rozmaite patologie i mocno zakrapiane trunkami, bo ciężko było o sensowniejsze zajęcia.
Była taka jedna grupa, składająca się głównie z młodych facetów z zaprawionymi mordami. Wielogodzinne wystawanie na murku o po bramach czasem robiło się monotonne więc wyprawiali fajerszoły dla znudzonych mieszkańców.
Nie pamiętam ile razy to odwalili ale kilka będzie. Wieczorem, po zmroku, najpewniej z użyciem benzyny, rozpalali ogień w otwartym kontenerze na śmieci. Jarało się jak marzenie, spokojnie potrafiło sięgać mojego 4 piętra i dosięgać pobliskie drzewa. Wtedy, za dzieciaka, było to dla mnie widowisko nie z tej ziemi, sam wjazd straży pożarnej i ugaszenie tego było czadowe. Teraz myślę, ty debilu jeden z drugim, dobrze żeście nas wszystkich nie pozabijali.
Nie zawsze na podwórku było co robić, najczęściej latem w godzinach porannych były pustki bo sporo dzieciaków było na koloniach lub innych wyjazdach.
Jako, że potrafiłam być stara już za młodu, to w takie nudne dni stawiałam fotel przy oknie, kocyk na parapet i wysiadywalam godzinami w tym oknie, obserwując przechodzących ludzi, latające ptaszki oraz objadając się czereśniami i słuchając w radiu Rikiego Martina i krasza Tarkana.
Obecnie to podwórko nie przypomina swoich lat świetności. Po demograficznym boomie dzieciaków było coraz mniej, a nieliczni rodzice z tego podwórka już nie byli tacy chętni na puszczanie dzieciaków samopas. Mój świrnięty sąsiad zaczął obsadzać wszystko co tylko się da, usunął barierki, z piaskownicy zrobił olbrzymią donicę, całe Czerwone zostało ogrodzone płotem i tak sobie stoi i ładnie wygląda, bo funkcji już żadnej innej nie ma, nawet ławki zniknęły, aby przypadkiem ktoś nie przyszedł skorzystać. Może i nie brzmi to tak strasznie, ale znam typa i jego motywacje, dlatego heheszkuję z jego działań na rzecz wyplewienia dzieciaków i innych z JEGO podwórka.
I tak to było, na pewno cieszę się, że mnie puszczano codziennie samopas na podwórko, zamiast być ciąganą przez rodziców po zajęciach dodatkowych. Było fajnie.
Komentarze (38)
@Shivaa dzwonienie domofonami to klasyk. Pamiętam jeszcze sprzed czasu, gdy się pojawiły domofony na moim osiedlu, że trzeba było mieć dobre tempo, bo dzwoniło się do drzwi i uciekało schodami na dół.
za gówniarza pamiętam że właśnie trójkąt i ołbin (u nas znane jako "jedności", ale to drugi trójkąt razem z nowowiejską i wyszyńskiego) miały patusiarską renomę, i mówię to jako mieszkaniec sebiksowego nowego dworu.
@Shivaa @wonsz w dokładnie tym trójkącie mieszkaliśmy.
Muszę jednak przyznać, że gorzej było na Jagiellończyka. Chodziłem do podstawówki na Niemcewicza. Większej patodzielni niż tam i na trójkącie nie zaznałem. Dość powiedzieć, że rówieśnik złamał mi palec krzesłem na lekcji w 4. klasie.
U mnie, na Jedności, wieczne imprezy cyganów, zajmujących lokale na Daszyńskiego. Na balkonie pół rodziny i drą gęby do tych na ulicy w BMW i mercedesach. Ciągłe nocne libacje ze śpiewami.
@wonsz niestety potwierdzam, niebezpiecznych sytuacji było multum, w szkole też nie było lekko
@Shivaa przyznaj się, że Tarkan dalej jest Twoim crush ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@ArmandoNumber5 🤫 xd
@Shivaa czyli wokalista Boys? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@ArmandoNumber5 niet, teraz mam patriotyczne gusta xD
@Shivaa z mojego rodzinnego domu do czerwonego miałem 500 metrów. Gdybyś przeszła przez ulice B. i Ż., znalazłabyś się na równie obskurnym w latach '90 podwórku, świecącym biedą, klepiskiem, pokruszonymi butelkami, gruzem, stalowym placem zabaw, psimi kupami i zapachem amoniaku.
Pamiętam, jak kiedyś, wracając z angielskiego, kolega zaprowadził mnie do sklepiku w niebieskim, gdzie oddawał się upłynnianiu hajsu rodziców na (bodajże) maszynie do pinballa, jak w windowsie 95. Nie wróciłem na czas do domu i mama mnie tam znalazła. Dostałem opieprz.
@bishop mieszkałem w dwóch miejscach na Grabiszyńskiej i oba mocno się od siebie różniły, więc trudno wyrokować. Ja bym jednak Żeromskiego unikał. Trochę ciszej, niż na Grabiszyńskiej, ale jednak odgłosy lokalnej fauny potrafią mocno zniechęcić. Nie jest tam bezpiecznie. Pewnie, że to nie lata '90, kiedy mój kolega z klasy stracił tam górne jedynki z powodu takiego, że wracał ze szkoły :/ ale wciąż czasami warto przejść na drugą stronę ulicy, dla spokoju. I chyba nigdy bezpiecznie nie będzie - większość mieszkań w kamienicach jest komunalnych. Warunki życia gorsze, ludzie biedniejsi, więc i statystycznie więcej patologii.
@bishop może nie jako tubylec ale jako częsty bywalec już w dorosłości, w szczególności nocami i po pijaku, mogę ci spokojnie powiedzieć że jeśli nie boisz się własnego cienia to nikt się nie przyjebie. Trójkąt zresztą też stracił swój wątpliwy urok, u mnie na nowym dworze od dawna jest spokój jak patusiarnia wyjechała na zmywak i blanty, a resztki starej gwardii próbują przetrwać kolejny dzień na resztkach wątroby. Kumpel kupił przepiękne mieszkanie na Chemicznej i 10 lat już pykło jak mieszka i sobie chwali.
@bishop ja nie mieszkam tam od 2009, została moja rodzina
Na pewno Ołbin miał masę zalet jak bliskość i dobra komunikacja do centrum, nieopodal Odra, park Tołpy I w zasadzie blisko do wszystkiego co potrzebne
Teraz dodatkowo podwórka są rewitalizowane, kamienice odnawiane, wygląda to wszystko coraz piekniej. Poza tym to osiedle na prawdę ma swój klimat, prawdziwego, starego Wrocławia, na każdym kroku widać historię tego miejsca i dla wielbicieli architektury jest to prawdziwa perełka. Na ulicach jest z pewnością bezpieczniej niż kiedyś
Ale czy podjąłeś złą decyzję, nie wiem, jak każde osiedle ma swoje minusy
@fisti @Shivaa to jako tubylcy Ołbina powiedzcie mi proszę czy popełniłem błąd nie decydując się zamieszkać na Żeromskiego 62 w tej plombie z szeroką bramą naprzeciw Orzeszkowej w 2015 roku kiedy sprowadziłem się do Wrocławia.
Zamiast tamtego mieszkania (na samej górze tej plomby - pamiętam, że oglądaliśmy je w lato i uderzyło mnie jak głośno było słychać przez otwarte okna wszystkie odgłosy z ulicy, rozmowy i krzyki ludzi z kamienic naprzeciw) wybraliśmy inne na Grabiszyńskiej, które wspominam średnio tak jak i same Gajowice. Głównie przez hałas tramwajów, złodziejstwo i brak zieleni w bliskim otoczeniu. Czasami się zastanawiam czy lepiej by było na Żeromskiego żyć te kilka lat.
Teraz już mieszkam za Kromera ale od kiedy pierwszy raz trafiłem na Ołbin to coś mnie do niego od tamtego czasu bardzo ciągnie. Nie wiem czy to przez park Tołpy, bardzo długą historię tego miejsca sięgającą 13 wieku albo i dalej, czy miejscami zabytkowe kamienice i bliskość rzeki ale to osiedle jest dla mnie jednym z najbardziej przyciągających w całym mieście. Bardzo lubię tam spacerować i jeździć rowerem. Zastanawiam się czasem nad kupnem tam jakiejś chałupy ale jednak lokalny folklor bardziej mnie przed tym wzbrania niż zachęca.
@fisti heh, to Twoje podwórko być może było Opuszczonym z mojego poprzedniego wpisu, bądź z nim sąsiadowało 😉
Ale takie klimaty były tam wszędzie
A ten sklepik o którym mówisz to na 100% musiał być ten gdzie chodziliśmy na oranżadę 😁
@Shivaa było w pytę
Zawsze zastanawiałam się jak to jest spędzić dzieciństwo na wielkim blokowisku, z sebixami na ławeczce, ogromnymi przestrzeniami między wysokimi blokami i masą zieleni. U mnie było trochę inaczej.
Wychowałem się na Gaju AMA ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@Shivaa kurr chodziłem do tej biedronki prawie przez całe studia, głównie dlatego, że obok mieszkała moja dziewczyna (teraz żona). Prawie zawsze można było spotkać najebusów przed wejściem a wnętrze smierdziało okropnie, ale nigdy nie miałem problemu z bezpieczeństwem.
@Amhon yup
@Amhon tak 😉
@KierownikW10 czy to biedra przy nowowiejskiej? Mieszkałem obok 3 lata
@KierownikW10 na samym początku, jeszcze przed reformą biedronki to było mega obskurne miejsce, zresztą do teraz ta biedra jest wyjątkowo paskudna
Wrocław ma dla mnie taką dziwną zabudowę że czuję się tam obco, jakby w innym kraju
Nie zawsze na podwórku było co robić
Zawsze było coś. Na przykład można było do zabawy zaadoptować świeżo wykopana dziurę w ziemi, ale taka ogromną.
Pamiętam jak na sąsiednim osiedlu, ale blisko szkoły była jakaś budowa, Chyba wymiana rur czy co tam. No w każdym razie wielka dziura w ziemi ze wszystkimi atrakcjami tejże. Całe dwa osiedla się tam bawiły.
Poszła jakas plota, że jakiegoś dzieciaka przysypało i już z tego wykopu nie wylazł. Oczywiście wszyscy się wtedy opsrali po uszy, ale to chyba któremuś z rodziców zapaliła się lampka, że może wpuszczanie grupy dzieciakow do swieżego wykopu to nie jest najlepszy pomysł na zabawę, zwłaszcza że najlepszą zabawą było właśnie przysypywanie niekoniecznie lubianych kolegów xD
Dziś to byłby materiał w wiadomościach, w latach 90 zwykła rzeczywistość.
@zachlapany_szczypior dziury były czadowe! Ja miałam taką ulubiona na byłym cmentarzu przekształconym w mini park, niby zwykła dziura w ziemi a dostarczała atrakcji i rozpalała wyobraźnię czy obok nas nie leży jakiś nieboszczyk xD
Czytałeś "To" S. Kinga?
Wyobrażam sobie iż gdyby taka powieść działa się w Polsce, na bank opisywałaby grupkę dzieciaków z Twojego podwórka;))
@michal-g-1 widac ze milenals bo odnosnik do IT, boomersi by mowili the goonies a Ztki stranger things, ehh nostalgia do bezstroskich czazow oraz prostych zdrowych relacji miedzyludzkich to jednak cos universalnego
@michal-g-1 taaa, wtedy się dużo Kinga czytywało, potem schizy po nocach były piękne
Xdd mnie raz kolega jurek zabral do siebie pod blok ale to byl taki jebiutny 30 pare pieter i zadzwonil domofonem pod 666, przecie niema tyle mieszkan, to nie tak ze dzwonilo wtedy to mieszkania z najwiekszym nr, to dzwonilo przecie do piekla i « haloooo » z glosniczka to byl glos diabla, ale spierdalalismy, NB niewiem poco nam byly te domofony skoro polaczenie kiepskiego audio oraz polskiego mentalu sprawialo ze chaslo « otworz to ja » pozwalalo dostac sie do 99% budynkow
@ErwinoRommelo xDD
@Shivaa Ja tam nie wychodziłem bo na dworze zawsze byli nastolatkowie i gnębili mniejsze dzieciaki. Musiałem mieć zamiast tego bogaty świat wewnętrzny.
@SzubiDubiDU u nas nastolatków na podwórku za bardzo nie było, oni przesiadywali na boiskach szkolnych i tam ja się już nie zapuszczałam
@Shivaa Muszę czytać czy wystarczy spojrzeć na mapkę? ;):*