Cerber108Osobistość
12piorunów1353 + 1 = 1354
Tytuł: Pamięć światłości
Autor: Robert Jordan, Brandon Sanderson
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Format: książka papierowa
ISBN: 9788383354224
Liczba stron: 1128
Ocena: 7/10
Nareszcie koniec (poniekąd). A wiecie, czego z kolei końca nie było widać? Gównianej korekty. Ale o obu rzeczach później.
Tom wieńczący ten wielki cykl stanowił właściwie jeden długi opis totalnej bitwy, w środku którego można znaleźć niepozorny, liczący sobie 222 strony rozdział zatytułowany "Ostatnia Bitwa". Rozdziały tutaj miały zwykle koło stron 20.
Wszystkie pionki rozstawione, wszyscy (czy na pewno?) gracze są przy planszy, każdy sprzymierzeniec Światłości ma nadrzędny cel - pokonać Cień, wspomóc Randa, wygrać Bitwę - ale pod tym kryją się też swoje własne motywacje na okazję zwycięstwa, bo co komu po nim, jeżeli nie będzie czym rozporządzać? Całe to morze wątków prowadzonych - czasem bardziej, czasem mniej umiejętnie, sensownie czy interesująco - na tysiącach stron powoli i stopniowo znajduje swoje zakończenie - zawsze dramatyczne, przeważnie satysfakcjonujące. Nie przychodzi mi do głowy żadna drugoplanowa postać - dobra czy zła - której nie poświęcono by sensownych choć kilku minut czas ekranowego. Z jednym wyraźnym wyjątkiem - Padan Fain. Chłop pojawiał się dosyć rzadko w tej serii, ale za każdym razem ładnie bruździł, niestety jednak nawet nie "właściwie nic" tylko "po prostu nic" z tego nie wynika, a potencjał wątku niezależnego zła wyglądał całkiem obiecująco.
Trup ściele się gęsto. Nie tylko wśród bezimiennego mięsa obu stron, ale też i znanych postaci. Podobało mi się, że nie wszyscy mieli szansę odejść z hukiem i w chwale, a wręcz przeciwnie. Osoby giną w sytuacjach, w których oczekujemy ich standardowej ucieczki spod opadającego ostrza, a gdy obecny punkt widzenia odwraca wzrok, napotyka puste spojrzenie swoich starych sprzymierzeńców. I te sceny miały moc właśnie przez tą swoją nagłość, bezpośredniość i brak litości.
W moim odczuciu tom ten nużył trochę od pewnego momentu przez to nieustanne tkwienie pośród masakrujących się szeregów, choć chyba takie poniekąd powinny być odczucia czytelnika wobec ostatniej z bitew. Ci dobrzy wpadali w coraz to głębsze i głębsze otchłanie desperacji i nadciągającej porażki, niczym jakieś kręgi piekieł, bo gdy wydawało się, że gorzej już być nie może - niespodzianka - może. Niemniej jednak ostatnie, na oko, 200 stron to już gęsta akcja, zwroty akcji i niesamowicie istotne wydarzenia ze świetnymi scenami. Ciąg wydarzeń na samiutkim końcu był może trochę życzeniowy i opierał się na rozwiązaniach, które chyba w żaden sposób nie zostały wcześniej zakomunikowane, ale jednak przyjemnie to wszystko zamknęły. No i nie mogę powiedzieć, że mimo wszystko nie poczułem po zamknięciu okładki lekkiej melancholii. Mimo wszystko.
Tak jak w 2 tomach były objawienia Rhuidean, tak w tym nastąpiły objawienia Czarnego. Nie były może tak okropne w swojej obrazowości i istotne dla światotwórstwa, jednak niosły swoje znaczenie i pozwoliły Randowi osiągnąć odpowiedni stan umysłu, by wreszcie dopiąć swego.
Obok całego tego wzajemnego siekania się na masową skalę i bohaterowania wyróżniał się wątek Androla, jego grupy i ich zmagań w Czarnej Wieży. Z zainteresowaniem śledziłem starania najsłabszego z Asha'manów i jego niezłomnej persony wobec groźnych spisków i okropieństw wywołujących zwątpienie nawet w najhardszych z serc.
Samo zakończenie (niekoniecznie sposób jego osiągnięcia) po prostu mi się podobało - ani bardzo, ani ledwo. Z jednej strony z chęcią przeczytałbym po kilka stron na temat dalszych losów każdej co istotniejszej postaci, ale z drugiej cel sagi został osiągnięty, a wszystko ponad to to już zbędna gadanina. Zabawne określenie mając na uwadze tę serię. Widziałem wpisy sugerujące, że Jordan miał plany napisania kontynuacji opierającej się na Seanchanach, ale jako że niesamowicie ich nie cierpię - nie żałuję jej braku.
Kilka rzeczy mi się nie podobało. Inwazja pewnej siły wspominanej dosłownie kilka razy nastąpiła totalnie z czapy. Sam absolutnie nie widziałem znaków to zwiastujących, ale podobno były gdzieniegdzie porozrzucane. Można też to uznać za przełamanie oczekiwań, bo zapewne spora część czytelników sądziła, że wreszcie coś się w związku z tą siłą stanie, ale z pewnością nie takiego, a zwłoka jeszcze tę dezorientację pogłębiała.
Jordan sprawnie lawirował wokół tych tematów, nie nazywając niczego po imieniu, ale oczywiście Sanderson wjechał, cały na biało, i poleciał z "każdy, kto choć trochę interesował się tą sprawą, wiedział, że Baldhere wolał mężczyzn niż kobiety". Robert odziałby to wyrażenie w znacznie bardziej niepozorne szaty.
A teraz dział wtop korekty i tłumaczenia. Skandalicznie długi. Przerażająco.
Mierna korekta. Niemałą ilość razy brakowało spójników i innych tego typu wyrazów. Czasami zdanie dalej miało sens, ale brzmiało strasznie głupio albo drętwo. Raz na jakiś czas przy kwestii tej lub tamtej postaci brakowało pauzy dialogowej. Więcej razy niż mam wszystkich palców w losowym słowie znalazła się spacja. Wszystko to wywoływało już u mnie poczucie bezsilności.
Dziwne tłumaczenie. Tytuł rozdziału 27. brzmi po angielsku "Friendly fire". A jak przetłumaczono na nasze? Bratobójczy ogień? Nie, PRZYJACIELSKI. "Chorował już gwałtownie kilka razy w ciągu bitwy" jako opis stanu jednej postaci wobec realiów pola bitwy. Z pewnością nie chodziło o "got sick" jako "bede rzigoł".
Brak konsekwencji. Gdy zobaczyłem Eldera Hamana zamiast Starszego Hamana, to uniosłem brwi. Gdy zobaczyłem Jaina Farstridera zamiast Jaina Długi Krok, to odłożyłem książkę, bo jasny c⁎⁎j mnie wtedy strzelił. Były jeszcze inne kwiatki tego typu np. Spine zamiast Grzbietu Świata, jakiś tam Square zamiast placu i coś z pewnością jeszcze było, ale zapomniałem zapisać. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że postacie z jakiegoś powodu nazywają lunetę zwierciadłem, choć w poprzednich tomach zastosowano inną, bardziej sensowną nazwę, nie pamiętam już jaką niestety. Sul'dam i damane nagle zaczęły być określane męskimi zaimkami.
Ten problem był obecny, o ile mnie pamięć nie myli, od samego początku i z pewnością od swojego pierwszego pojawienia się doprowadzał mnie do szału - brak wyraźnego oddzielenia od siebie perspektyw. Dla przykładu najpierw śledzimy Randa schodzącego w dół "piekieł", by zmierzyć się z Czarnym. Napotyka jednego z przeklętych, ten powoli do niego podchodzi, a w następnej linijce widzimy Lana w bitewnym szale. Coś takiego miałoby sens w medium wizualnym, gdzie dwóch facetów zamierza się tłuc, biorą zamach, zbliżenie na złączenie mieczy, potem oddalenie i okazuje się, że śledzimy już zupełnie inny pojedynek.
A na sam koniec coś, co wyszło spod pióra samego autora, więc jest zupełnie osobnym podpunktem. Sądzę, że porównywanie niepodważalności czegoś do następowania po sobie pór roku stanowi niefortunny wybór w tym świecie.
#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertjordan #koloczasu #zyskiska #ksiazkicerbera



















