American_PsychoOsobistość
3piorunów#elektryka #bhpfailure
@myoniwy Popsułeś kiedyś stacje elektroenergetyczną?

@American_Psycho Nie, na razie najpoważniejsze co zrobiłem to spowodowałem ewakuację całego zakładu produkcyjnego.
Bo rozebrałem ROPa który miał być wyłączony ale ochrona wyłączyła tylko czujki dymu.
A filmik widziałem już jakiś czas temu.
@American_Psycho Aż przypomniał mi się wpis Verructa na #chemiczneopowiesci
Dziś będzie długo, nudnie i technicznie.
Sercem instalacji był turbozespół, potocznie zwanym – maszyną. Zaś operatorem tego ustrojstwa, czyli maszynistą, był Rychu. Sama maszyna, jako taka, była dość skomplikowana. Szczególnie jeśli chodzi o turbinę parowa. Pomimo jednak dużego stopnia komplikacji jej obsługa była banalnie prosta i gdyby małpy potrafiły czytać instrukcje, to po kilku dniach mogłyby zostać maszynistkami.
Na czym polegała komplikacja? Było wiele „trudności”. Ot, weźmy na ten przykład uszczelnienie walu po stronie niskociśnieniowej. Turbin parowych było (jest) wiele typów. Ta nasza była turbiną kondensacyjną. Krótko mówiąc: po stronie niskociśnieniowej panowała jeszcze dość wysoka temperatura i niemalże próżnia. Problemem wiec było odizolowanie „świata” zewnętrznego (czyli zimnego powietrza) od tej próżni panującej na końcowych łopatach turbiny. Jak ten problem rozwiązano? Zastosowano tzw. zamkniecie labiryntowe (pic. rel. - to te jakby rowki). Działa to tak, ze na jeden z końców tego zamknięcia puszcza się gaz zaporowy. Czasami jest to gaz obojętny (np. azot), czasami powietrze sprężone a czasami zwykłą wodę, bo tego typu uszczelnienia stosuje się na większości „większych” maszyn. W naszym przypadku była to para. Dlaczego akurat para? Bo nawet jeśli się trochę tej pary przedostało do komory turbiny, to ciągle była to… gorąca para.
A co by się stało, gdyby przedostało się zimne powietrze zamiast pary? Tego nikt nie wiedział i nikomu nawet przez myśl to nie przeszło, żeby to przetestować.
Teraz jak wyglądało zatrzymanie maszyny (mówimy tu o normalnym wyłączeniu a nie awaryjnym). Cały turbozespół składał się z kilku części.
1. Turbina parowa. Obroty podczas typowego obciążenia instalacji – ok. 5500. Moc ok. 4 MW.
2. Sprężarka powietrza. Wydajność przy tych obrotach turbiny ok. 80 tys. m3. Ciśnienie na wyjściu 0.5 MPa.
3. Turbina ekspansyjna. Odzyskiwała energie z rozprężania gazu po absorbcji dwutlenku azotu. Odzysk energii c.a. 1 MW.
4. Przekładnia 1:5.
5. Sprężarka gazów nitrozowych. Obroty, jak nie trudno policzyć: 33 tys. Wyło to okrutnie.
Ręcznie maszyny zatrzymać się nie dało. Musiał przyjść impuls z zewnątrz (z systemu) na zawór szybkozamykający pary, który się zamykał i… to tyle. Jeszcze jedna, istotna tutaj, rzecz – cały turbozespół stał na własnym fundamencie, żeby nie przenosić wibracji na hale i sterownie.
Zadanie maszynisty, to stać jak kolek pod turbiną, gdzie był cały osprzęt. Dalej – obserwacja obrotomierza i odczekanie aż obroty spadną do poziomu ok. 1500 i obserwowanie, czy włączyła się pompa olejowa, która miała za zadanie przejąć smarowanie od pomy olejowej napędzanej od walu turbiny. Oprócz tego ciągła obserwacja temperatury oleju i ew. korygowanie jej na chłodnicy. W międzyczasie, jak się komuś chciało, mógł odciąć parę ręcznym zaworem (tak dla bezpieczeństwa). Przy spadku obrotów poniżej 100 można było w końcu „odciąć” kondensator, spuścić z niego „próżnię” i wyłączyć pompę kondensatu. Cały wybieg maszyny (czyli spadek obrotów do 0) trwał ok 15-20 min. Tak wiec przez tych paręnaście minut maszynista trwać musiał na dole, pod turbina. Dopiero na sam koniec szedł na górę i włączał obracarkę (o której kiedyś tez napisze…).
Nudy za nami, bo wracamy do pracy.
Przychodzę na nockę i dowiaduje się, ze nad ranem ok. 4 mamy zatrzymać instalacje i przygotować wszystko na godz. 7 do krótkiego postoju remontowego. Później zmiana dzienna miała rozpocząć uruchamianie tak, żeby zmiana popołudniowa dokończyła dzieła. Do kolejnej naszej nocki miało już wszystko hulać. Jak się później okazało, cały misterny plan w… wiecie w co. Ale dzięki temu będzie kolejny wpis i kolejna premia.
4 rano. I znów środek zimy, - 15 za oknem (tak, były kiedyś takie temperatury w zimę). Wszyscy porozstawiali się tam, gdzie być powinni. Zostałem sam na sterowni i czekam aż się amoniak odparuje i zadziała blokada technologiczna, która sama wszystko zatrzyma. W międzyczasie zabezpieczam swoje zdrowie. Wyłączam drukarkę (igłówkę), która drukowała każda zmianę na instalacji i każdy „ruch” sterowniczego. Przy normalnym wyłączeniu było tego kilka tysięcy linijek, wiec… wiecie, rozumiecie. Oprócz tego podkładam kawałek papierka pod brzęczyk mechaniczny, bo nikt, nigdy nie nadążyłby go kasować. Poza tym, tak, wiem k---a, ze cos jest nie tak albo w pozycji alarmu, bo sam te instalacje właśnie wyłączyłem.















