Wpis użytkownika solly-1 w Dyskusje
solly-1Fenomen
6piorunówNie mniej niz 10 lat temu, czyli w gimnazjum, postanowilem, ze zrobie sobie nostalgiczna przygode i wroce do #tibia. W koncu odwazylem sie grac na serwerze PvP, tym bardziej, ze przekonalem sie, ze konsekwencje w przypadku smierci z rak gracza staly sie bardzo lagodne. Bardzo mnie wiec zainteresowaly gildie nastawione na wojne. Z tego tyulu obserwowalem sytuacje na roznych serwerach i ogladalem na YT filmy propagandowe (fragmovie), ktore pozwalaly mi obrazowac sytuacje na roznych swiatach. Bylo to dla mnie nadzwyczaj fascynujace. Wybralem jeden z serwerow i zaczalem na nim grac. Warunki swietne, bo zaludnienie bylo spore, a sama wojna gildii trwala juz troche czasu.
Nie majac zbyt duzego pojecia zaczalem expic i okazjonalnie atakowac innych graczy, ktorzy nie byli zaangazowani w jakikolwiek konflikt. Celem byli wszyscy, ktorzy wygladali na osamotnionych i ktorych uznawalem za w miare rownego przeciwnika. Praktyka zwana jako PK (player killing) dostarczala mi sporo przyjemnosci, natomiast faktem bylo, ze taka walka byla dosc jalowa. Brakowalo mi towarzystwa, z ktorym moglem zrobic cos wiekszego. Wowczas pomyslalem, ze dobrym pomyslem jest wejscie do wojny na wlasna reke. Bylo to bardzo naiwne, poniewaz powaznie wierzylem, ze uda mi sie wkrecic do jakiegos zespolu majac 50 level. Wybor jednak zostal podjety i zaczalem troche bardziej sledzic poczynania dwoch glownych gildii rywalizujacych o wladze. Wg mnie wybor byl prosty - trzeba zmiazdzyc jedna z gildii, bo mialem z nia zle skojarzenia. Na cale szczescie(?) wlasnie ta gildia tak wlasciwie juz byla w trudnej sytuacji i i tak byla bardzo bliska poddania serwera. Ja zaczalem krecic sie wokol wiekszego teamu, zeby moc bohatersko dokladac sie runami do targetow, ktorych nigdy bym nie mial szansy nawet raz uderzyc bez natychmiastowej, smiertelnej odpowiedzi. Jesli ktos gral w te gre, to moze sie domyslic, ze dzialajac w taki sposob faktycznie moglo mi sie udac zrobic ciekawe fragi, ale bylem notorycznie atakowany i zabijany przez gildie, ktorej wlasciwie pomagalem. Zasada jest prosta - jesli ktos nie jest z nami, to mozna, a nawet powinno sie go zabic. Nie zniechecalem sie, ale uznalem, ze musze dac o sobie jakos znac, totez w nastepnych dniach napisalem do leadera gildii, ktora wojne juz praktycznie wygrala. Po kilku moich wiadomosciach w stylu "moge do was?" uslyszalem w koncu odpowiedz "lol, you are 1 maker". Moj ubogi slownik terminologii tibijskich wojen nie pozwalal mi na zrozumienie tej odpowiedzi. Teraz tylko dodam, ze w tibii "makerem" nazywalo sie drugo- lub nawet trzeciorzedna postac, ktora miala znacznie nizszy poziom i sluzyla tylko do zabijania przeciwnikow. Ludzie zaangazowani w wojne mieli kilka takich kapci o czesto wyzszym levelu (np. 3 x 60 level) i glowne postacie z np. 250 poziomem. Tymczasem ja mialem jedna postac, 50 level. To bylem caly ja. Moja historia na serwerze nie trwala po tej rozmowie zbyt dlugo, bo dotarlo do mnie, ze nie jestem chciany, a potem przekonalem sie, ze jesli jedna gildia wygrywa serwer, to ten serwer doswiadcza exodusu graczy. Dzieje sie tak dlatego, ze gildia tzw. dominando nie ma juz zadnej przeciwwagi i moze sobie wrecz bezkarnie atakowac kazdego z byle powodu. W trakcie wojny takie zachowania nie maja miejsca - trzeba oszczedzac fragi na przeciwna gildie i przeszkadzac jej czlonkom w expieniu, a nie losowym graczom. Pare tygodni na tym serwerze spedzilem na partyzantce, probujac sie zemscic zabijajac boty postawione przez gildie, ktora mnie odrzucila. Straty tej gildii oszacowano na 12 groszy xD
Pozniej dalem sobie szanse na innym serwerze. Na takim, o ktorym wiedzialem niewiele, ale byl bardzo zaludniony, co bylo sygnalem "serwer tetni zyciem". Wojny gildii odbywaly sie, natomiast populacja serwera byla tak liczna, ze nikt nie byl w stanie przejac go na wlasnosc. Moj gimnazjalny mozdzek jeszcze tego nie pojmowal, stad po wyexpieniu ok. 100 levela uznalem, ze jako wannabe zolnierz mam przed soba dwa wybory. Jeden z nich to bardzo duza gildia, ktora zrzesza duzo czlonkow o bardzo wysokim poziomie. Druga gildia, glowny rywal, miala znacznie mniej ludzi i troche mniejsze poziomy, za to "nadrabiala" siatka sojuszy z innymi gildiami. Przynajmniej tak mi to przedstawil typ, ktory chcial mnie wkrecic do jednej z tych satelickich gildii xD Ja to lyknalem bez popity i pewnego wieczoru sprowokowalem 300 levela z tej najwiekszej gildii, zeby mnie zaatakowal, a nastepnie go uwiezilem. Napisalem do kolezki, a ten wezwal ziomkow i rzeczywiscie, po kilku minutach przybiegla ekipa i koles zostal wyczyszczony. Nie ukrywam, zrobilo to na mnie wrazenie. Sam fakt, ze zlapalem i przetrzymalem takiego gagatka zapewnil mi wstep na serwer TS3 polaczkowatej gildyjki. Spotkalem sie tam z pewna forma organizacji, poradami i co najlepsze - z chamstwem. Niestety kariera w tej gildii szybko sie skonczyla, poniewaz z jakiegos powodu dwoch typow sie mocno poklocilo. Padlo duzo oskarzen i wyzwisk, jednak z jakiegos powodu doszli do wniosku, ze zrodlem calego zla byl jeden z administratorow naszego serwera. W zwiazku z tym przerzucili go na swoj kanal i powiedzieli mu, co o nim mysla, na co ten odpowiedzial im:
Jak macie tak gadac to mozecie sobie baranka w sciane j⁎⁎⁎ac
Oni uznali to za smiertelna obraze, bo przeciez tylko oni mieli prawo wyzywac. Uruchomili sie jeszcze bardziej, po czym zostali zbanowani. W efekcie gildia sie posypala, jednakze zdazylem zawiazac jakies tam przyjaznie. Admin zaoferowal mi miejsce w gildii-matce, co bylo kuszace, ale tlumaczylem sobie, ze nie jestem godzien takiego zaszczytu i odmowilem xD Odwiedzalem jednak serwer TS tej gildii i przylaczalem sie do akcji, co bylo super zabawa. Zabicie 400 levela bylo dla mnie do tamtej pory abstrakcja, a stalo sie niemal codziennoscia. I jeszcze ci, ktorym pomagalem, nie zabijali mnie! Brak "gildii na moim poziomie" zniechecil mnie jednak do gry i zrobilem sobie przerwe. Znajomosci zawarte w polskiej gildii przetrwaly, ale moglem je pielegnowac na osobnych serwerach TS.
Po dosc dlugiej przerwie odwiedzilem jeden z serwerow TS i nie dowierzalem. Polaczonych klientow bylo ok. 50, a nie 5, kanaly byly zapelnione, a przy pierwszym wejsciu na aktywny kanal slyszalem, ze dzieje sie cos grubego. To byla dla mnie wielka zacheta. Uklad sil sie przesunal i wygladalo to tak, ze obie glowne walczace gildie mialy swoje marionetki w postaci polskich gildii, co naturalnie wprowadzilo "poziomy" rywalizacji. Okazjonalnie pomagalismy gildii-matce w walce z najsilniejszym wrogiem, niemniej jednak naszym glownym zajeciem bylo lanie polakow z drugiej strony barykady. Sukcesy byly niemale i zostalem na dluzej, poczatkowo wzbudzajac jakas niezrozumiala nienawisc jednego z adminow, zeby pozniej mu czyms zaimponowac, przez co zyskalem jego ogromny szacunek. Ogolnie zrekrutowano mnostwo ludzi z ktorych niektorzy naprawde wprowadzali sporo. W poprzednich "projektach" nie moglem sie poczuc, jakby moja gildia miala cos do zaoferowania, ale wtedy widac bylo, ze naprawde robilismy roznice na serwerze i czasem to my bylismy proszeni o pomoc. Niestety nic nie moze wiecznie trwac i sporo graczy, ktorzy nie wiedzieli, jakim wysilkiem moze byc wojna, odeszlo, niektorzy admini nie mieli czasu na gre i ostatecznie gildia sporo sie skurczyla. Bylo nas wciaz na tyle duzo, zebysmy mogli o cos powalczyc. Jedna tylko rzecz nie dawala mi spokoju.
Kiedy w tej grze sie walczy, to zasada prawie zawsze jest taka - jesli ktos jest bity, to rzucasz wszystko co robisz i idziesz pomoc. Jeden z adminow nie stosowal sie do tej zasady i zazwyczaj expil, kiedy inni probowali cos robic. Niestety nie dosc, ze zaczelo mnie to gryzc, to jeszcze inny admin, ojciec gildii, byl jego kumplem z reala i od dawna przymykal oko na takie zachowania. Zniechecilo mnie to do gry i sam udzielalem sie mniej. Kiedy tlumaczylem, ze to jest jakies glupie kolesiostwo, bo normalny typ dostalby za expienie w czasie akcji bana na TS, to bylo to raczej wysmiewane. Niedlugo potem i tak wrocilem do tego smietnika, bo nie mialem gdzie sie podziac i robilem dobra mine do zlej gry. Jeden z adminkow, ten zalozyciel gildii, robil przerwe od gry i desygnowal mnie na nowego admina. Zaczalem wprowadzac swoje porzadki. Jebalem kazdego do spodu za brak pomocy i zaczalem zmuszac wszystkich do kazdorazowej, bezwarunkowej pomocy naszej gildii-matce. Spotkalem sie z uwagami zaiste polskimi w stylu:
A po co my im pomagamy, skoro oni nam nigdy nie pomagaja?
Co bylo oczywiscie bzdura, bo pomagali. Wystarczylo, ze przyszlo 5 osob od nich i bylo pozamiatane. No, kiedy tylko zapytalismy.
Mozecie sie tylko domyslec, jakie negatywne emocje to wprowadzalo, a ja w ogole nie mialem zamiaru odpuszczac. Do tej pory pamietam, jak stare dziady po trzydziestce mi burcza na kanale, ze ja jestem dzieckiem, bo mialem tylko 17 lat. Co ciekawe nikt "za mojej kadencji" z gildii nie odszedl, a wsrod najblizszych bylem chwalony za swoje "reformy" xD Przy okazji zyskalem ogromna sympatie w gildii-matce, bo ci ludzie zobaczyli, ze od kiedy ja mialem wladze, to zawsze mogli liczyc na dodatkowe 15-25 osob do pomocy.
Na moje nieszczescie wrocil ojciec gildii wraz ze swoim kolezka z reala i pozbawil mnie adminka, bo ja mialem, ze tak powiem, byc na zastepstwo. Chwile po tym rzeczy wrocily do starego porzadku, na co zareagowalem wyjsciem z gildii ale z zachowaniem przyjaznych stosunkow. W moje slady poszlo dwoch moich wiernych kumpli, wiec to z nimi glownie gralem. Dalej walczylem w wojnie, ale raczej na wlasna reke i jesli juz, to odiwedzalem TS gildii-matki.
Wtem szok. Polaczkowa gildia nr 2 zerwala sie ze smyczy naszym najwiekszym wrogom. Nie wiem, o co chodzilo, ale pewnie o jakies expowisko. Ktos nie chcial wyjsc albo nie chcial kogos wpuscic. Doprowadzilo to do fajnej sytuacji, w ktorej najwieksza i najsilniejsza gildia byla zmuszona walczyc z trzema calkiem sporymi, czyli z moja gildia-matka, moja polaczkowa gildia i druga polaczkowa gildia. Mozliwosci wykorzystania tego byly naprawde ogromne i pierwsze kilka akcji szlo swietnie. Od tej sily trzech gildii padal kazdy, kogo uznano za cel. Tymczasem ja z kolegami, nie majac sie gdzie podziac wpadlismy na pomysl:
Co gdybysmy dolaczyli do tej drugiej polskiej gildii, skoro juz jestesmy z nia w sojuszu?
Niewiele myslac porozmawialem z dwoma swoimi kolezkamk, ci byli chetni, ja sam tez, wiec postanowilem dopiac ostatni guzik. Wszedlem na TS bylej gildii i zapytalem osobiscie jednego admina, czy nie sprawiloby to jakiegos klopotu, jesli dolaczylibysmy do nowego sojusznika. Odpowiedz byla bardzo luzna i spokojna. Uslyszelismy, ze wszystko jest spoko i nie ma sie czym przejmowac. No wiec dolaczamy do drugiej gildii.
Momentalnie po dolaczeniu do niej spotkalem sie z wyzwiskami ze strony reszty adminow bylej gildii. Bylem jechany jak szmata i atakowany. Kompletnie tego nie zrozumialem i zaczalem dopytywac w czym problem. Jak sie okazalo, chyba tylko ten jeden admin, ktorego spytalem o zgode nie mial nic przeciwko dolaczeniu do innej gildii. Calej reszcie kompletnie odjebalo na moim punkcie. W ich mniemaniu wbilem im noz w plecy. Admin nowej gildii byl bardzo opieszaly, kiedy slyszal o tym, co sie dzieje. Jeden z tych, ktorzy wyszli ze mna z tamtej gildii wpadl na genialny pomysl, zeby zniechecic ludzi do atakowania mnie... Tym rozwiazaniem bylo zdoxxowanie calych rodzin tych ludzi i szantazowanie na wszystkie mozliwe sposoby. Bardzo mi sie nie podobala ta praktyka i wpadlem na jeszcze madrzejszy pomysl: podalem dane kolegi, ktory mnie "bronil przez doxxing". W moim wyobrazeniu mialo to dzialac tak, ze obie strony moga sie zdoxxowac nawzajem, wiec nikt niczego nie odjebie. Nie skonczylo sie to dobrze. Dla mnie nie mialo to sensu i po paru dniach wyszedlem z gildii i dolaczylem do gildii-matki. Pozniej na 98% bylem DDoSowany przez swoja byla gildie. Pare razy spotykalem sie na TS z nowymi oprawcami i za kazdym razem jedyne co slyszalem, to jakies wyszukane wiazanki. Do tej pory pamietam, jak spokojnie zapytalem typa:
Ale dlaczego mnie wyzywacie?
Odpowiedz na nurtujace mnie pytanie byla natychmiastowa i brzmiala:
Bo ci c⁎⁎j z d⁎⁎y wystaje.
I tyle xD Ta kwestia wypalila mi sie chyba w mozgu permanentnie. Smiecham jak po⁎⁎⁎⁎ny przypominajac sobie te wymiane zdan.
Na zakonczenie postanowilem sie pozegnac z serwerem (glowna postacia) i poszedlem na inny, a na TS pojawialem sie tylko swoja slabsza postacia okazjonalnie angazujac sie w aktywnosc gildii-matki. Jednego razu zostalem zaatakowany przez bylego kumpla, co wzbudzilo zainteresowanie na kanale. Mnostwo osob sie zdziwilo i mowilo mu "Go away", bo koles gwarantowal sobie smierc takim wyczynem. Na marginesie, nie mial realnej szansy zabicia mnie, ale byl tak wkurwiony, ze nie myslal o niczym innym. Dopytywany, o co mu chodzi odpowiadal "He's a fucking snitch". Byl to oczywiscie jeden z tych adminow-leserow, ktory wolal expic zamiast walczyc. Po tej sytuacji postanowil z innym adminem wejsc na osobny kanal, zaprosic adminow gildii-matki i przedstawic im ultimatum: albo banujecie tego frajera z TS, albo zabieramy swoja gildie (~25 osob) i dolaczamy do waszego glownego wroga. W tamtej chwili nie liczylem na cokolwiek, zwlaszcza, ze jak mowilem, moja glowna postac byla juz na innym serwerze. Mialem okazje sie jednak mocno zdziwic, poniewaz dowiedzialem sie, ze odpowiedzia na to ultimatum bylo "nie zbanujemy go, bo niczego zlego nie zrobil". Ziomki stanely po mojej stronie mimo ze juz w sumie u nich prawie w ogole nie gralem i nie mialem nic do zaoferowania. To przeciez tylko gra, ale na przestrzeni lat mialem okazje sie przekonac, jak powaznie ludzie ja traktuja. Odnosnie doxxingu, jaki wtedy mial miejsce, to do tej pory zastanawiam sie, czy to prawda, ze jednemu typowi ktos zamowil k⁎⁎wy do pracy xD
Mam nadzieje, ze jest wystarczajaco zrozumiale. A jak nie to c⁎⁎j mi z d⁎⁎y wystaje.
Komentarze (1)
Coś Ci wystaje 😉
Ciekawa historia, cieszy mnie, że MMO nie chwyciło mnie w swoje szpony.